Выбрать главу

Wielki ptak nastroszył pióra i powoli obrócił głowę, tocząc wokół okiem. Zakrzywiony dziób stworzony był do rozdzierania ciała, a długie skrzydła — do wysokiego, szybkiego i wytrwałego lotu. Łapy ptaka kończyły się zakrzywionymi, ostrymi szponami, zdatnymi do zabijania. Nie lubił, gdy mu się przyglądano. Potrząsnął skrzydłami i skrzeknął gniewnie. Ikemei wskazała na wydłużony, ciemny przedmiot, mocno przywierający do łapy drapieżcy.

— To neurologiczny rejestrator obrazu — wyjaśniła. — Specjalnie przystosowany do tego celu. Jak na pewno wiecie, obraz z jego oka ogniskuje się na wewnętrznej błonie. Następnie neurony przechowują ten obraz w maleńkich zwojach nerwowych, by mógł być ponownie obejrzany. Ponieważ gromadzone są pojedyncze obrazy, a nie zapisy złożonych zespołów czy ruchów, nie ma nieomal ograniczeń co do liczby obrazów, jakie można rejestrować.

— Obrazów czego? — spytała nagle Malsas‹, znudzona szczegółami technicznymi, z których niewiele rozumiała.

— Wszystkiego, co zechcesz rejestrować, Eistao — wyjaśniła Ikemei. — Ten ptak jest nieomal nieczuły na zimno — lata bardzo wysoko w poszukiwaniu łupu. Dlatego po wytresowaniu nakazano mu lot na północ. Tresura okazała się bardzo skuteczna. Zwykle ptaki te nie interesują się długozębami, drapieżnymi ustuzou zamieszkującymi daleką północ. Niczym im nie grożą, a są za duże, by je zaatakować i zjeść. Lecz ten ptak jest dobrze wytresowany i wie, że za wykonanie naszych poleceń czeka go nagroda. Poleciał daleko na północ. Zaraz zobaczymy dokładnie, co widział.

Ikemei otworzyła jedną z paczek i wyjęła plik zdjęć. Czarnobiałe, gruboziarniste, lecz bardzo wyraźne. Ułożyła je zgodnie z porządkiem wydarzeń. Najpierw białe pole z czarnymi plamkami. Potem, w trakcie lotu w dół, plamki nabierały kształtów, aż stały się wyraźne. Czworonogie, pokryte futrem ustuzou. Jedno z nich rosło wypełniając odbitkę. Patrzyło w górę z groźną miną, szczerząc zakrzywione zęby. Potem uskoczyło w bok, przestraszone atakiem ptaka. Obraz na ostatniej odbitce był najbardziej przejmujący — cień rozłożonych skrzydeł zakrywał długo-zęba i śnieg. Gdy Malsas‹ skończyła się im przyglądać, Vaintè chciwie chwyciła obrazki i zaczęła się im przypatrywać z rosnącym podnieceniem.

— Można go wytresować tak, aby tropił każdą istotę?

— Każdą.

— Nawet ustuzou, takie jak to, które przywiozłam ze sobą z Alpèasaku?

— Zwłaszcza takie. Będzie ich szukał, odnajdzie i powróci. Potem za pomocą zdjęć sporządzimy mapę.

— Takiej broni było mi trzeba! Ustuzou wędrują małymi stadami, a to ogromny ląd. Znaleźliśmy jedno stado i łatwo zniszczyliśmy. Teraz odnajdziemy inne…

— I zniszczycie tak samo — dokończyła Malsas‹.

— Zniszczymy. Obiecuję ci — zniszczymy.

Malsas‹ siedziała nieruchomo i milcząco, czekając aż ciężkie drzwi zamkną się za ich plecami. Dopiero wtedy się poruszyła, zwracając do Vaintè twarz, na której malowały się troska i strach. Eistaa Inegban* zatroskana i przestraszona? Mogła być tego tylko jedna przyczyna. Vaintè zrozumiała.

— Chodzi o Córy Śmierci, prawda?

— Tak. Nie umarły — i coraz ich więcej.

— W Alpèasaku też nie umierają. Początkowo ginęły, pracując ciężko wśród wielu niebezpieczeństw. Ale teraz, gdy miasto wzrosło i rozwinęło się, jest inaczej. Doznają ran, niektóre padają. Ale ginie ich za mało.

— Zabierzesz ze sobą z powrotem największe grzesznice. Te, które przemawiają publicznie, nawracają.

— Zabiorę. Ale każda, którą wezmę, oznacza jedną uzbrojoną fargi mniej. W Alpèasaku te nieumierające stworzenia będą mi zawadzać, bo nie zechcą pomagać w niszczeniu ustuzou. Są obciążeniem.

— Tak jak dla Inegban*.

— Zabiorę je. Lecz tylko w nowych, nie wypróbowanych uruketo. Malsas‹ wyraziła zgodę, nie ukrywając szacunku.

— Są twarde i niebezpieczne, Vaintè. Jeśli młode uruketo nie zdołają pokonać oceanu, to nasza porażka będzie jednocześnie sukcesem.

— Myślę dokładnie tak samo.

— Dobrze. Porozmawiamy jeszcze o tym, nim wyruszysz do Alpèasaku. Teraz jestem zmęczona, dzień był długi.

Vaintè pożegnała się uroczyście, a gdy tylko zamknęły się drzwi, z trudem zdołała opanować podniecenie. Idąc przez miasto, myślała o przyszłości, a jej ruchy uwydatniały te myśli. Było w nich nie tylko podniecenie, lecz także zapowiedź śmierci tak widoczna, iż przechodzące fargi szybko usuwały się jej z drogi. Czuła teraz głód i podeszła do najbliższego miejsca posiłków. Kazała się rozstąpić czekającym tam Yilanè. Dobrze się najadła, potem zmyła resztki mięsa z rąk i poszła do swojej kwatery. Było to pomieszczenie funkcjonalne i wygodne, bogato zdobione tkanymi we wzory zasłonami.

Fargi wyszły, spiesznie wykonując rozkaz. Zatrzymała gestem tylko jedną.

— Ty — rozkazała — poszukaj mego ustuzou ze smyczą na szyi i przyprowadź tutaj.

Trwało to trochę, bo ta nie miała pojęcia, gdzie szukać. Spytała się jednak napotkanych fargi, które pytały następne i polecenie dotarło wreszcie do kogoś, kto widział Kerricka.

Vaintè prawie zapomniała o swym poleceniu. Gdy Kerrick przybył, zatopiona była w planach na przyszłość. Oprzytomniała na jego widok.

— To był pomyślny dzień, dzień mego sukcesu — powiedziała. Mówiła jakby do siebie, nie zwracając uwagi na to, co odpowiedział. Inlènu* siadła wygodnie na swym ogonie, twarzą do zasłon na ścianie, podziwiając bezmyślnie ich wzór.

Vaintè pociągnęła Kerricka, nakłaniając go, by położył się przy niej i zdarła z niego futrzane okrycie. Rozśmieszyło ją, gdy spróbował się odsunąć. Podniecając siebie, podniecała i jego.

Kerrick nie bał się już tego, co miało nastąpić. Było mu dobrze. Gdy po wszystkim odepchnęła go od siebie, poczuł żal. Zaczął marzyć, by zdarzyło się to znów i znów.

ROZDZIAŁ XXIII

Spod ciemnych chmur rozległ się ogłuszający grom, gęsta ulewa siekła powierzchnię oceanu. Uruketo powoli oddalało się od brzegu, a tuż za nim dwa mniejsze. Enteesenaty, szczęśliwe, że są znów na otwartym morzu, gnały naprzód, to ukazując się, to niknąc, gdy nurkowały w falach. Inegban* wkrótce pozostał w tyle, malał, aż wreszcie przepadł za zasłoną deszczu.

To nie był łatwy rejs. Po wymyślnych i niespodziewanych wygodach Inegban* powrót w uruketo był dla Kerricka ciągłą udręką. Wnętrze załadowano po brzegi, dno zaścielały fargi, tak iż nie sposób było chodzić, aby którejś nie nadepnąć. Brakowało żywności i wody, wydzielano je skąpo. Nie stanowiło to problemu dla Yilanè, które po prostu drętwiały i przesypiały większość czasu. Gorzej było z Kerrickiem. Czuł się uwięziony, osaczony, trudno mu się oddychało. Noc też nie dawała mu wytchnienia — w swoich snach dusił się i topił, a potem budził się z krzykiem, cały spocony. Nie mógł się swobodnie poruszać, zaledwie dwa razy podczas ciągnącej się długo podróży zdołał wdrapać się na płetwę, by wciągnąć w płuca ożywcze i słone powietrze.

Sztorm na środku oceanu sprawił, iż płetwy nie można było otwierać przez wiele dni. Było duszno, trudno już było oddychać zatęchłym powietrzem. W końcu trzeba było uchylić płetwę, lecz wraz z podmuchem dostała się do środka fontanna zimnej wody morskiej. Kerrick cierpiał w milczeniu, mokry i lepiący się od brudu, czując na przemian chłód i gorąco.

Wreszcie sztorm ucichł i można było ponownie otworzyć płetwę. Vaintè kazała wszystkim zostać, a sama wdrapała się na górę. Morze było nadal wzburzone, ze wszystkich stron nadbiegały zwieńczone pianą fale. Puste morze. Dwa małe uruketo zniknęły i nigdy ich już nie ujrzano.