Choroba morska Kerricka skończyła się dopiero w porcie Alpèasaku. Podróż tak go osłabiła, że z trudem wstał. Drapieżny ptak w klatce cierpiał równie mocno. Ze zwieszoną nisko głową zaskrzeczał słabo, gdy go wynoszono. Kerrick wyszedł na brzeg ostatni, na płetwę musiała go wynieść Inlènu* i dwie inne fargi.
Vaintè oddychała ciężko w wilgotnym, ciepłym powietrzu, przesyconym silnymi zapachami żywego miasta. Z ogromną przyjemnością otrząsnęła się z letargu podróży. Weszła do pierwszej napotkanej sadzawki chłodzącej, zmywając z siebie sól i zaskorupiały brud uruketo. Wyszła na słońce odświeżona i gotowa do działania.
Nie musiała wzywać przywódczyń miasta, bo gdy przybyła do ambesed, wszystkie już tam na nią czekały.
— Co z Alpèasakiem? — i poczuła się jeszcze lepiej, gdy usłyszała, że wszystko jest w dobrym stanie. — Stallan, a co z ustuzou, co ze szkodnikami podgryzającymi skraje naszego miasta?
— Drobne przykrości, nic więcej. Uprowadzono kilka naszych zwierząt rzeźnych, inne zarżnięto w ciemności, ich mięso zabrano przed świtem. Ale nasza obrona jest mocna, niewiele więcej dokonają.
— Nie chcę mieć nawet najmniejszych kłopotów. Ustuzou muszą być powstrzymane. I będą. Przywiozłam następne fargi wyszkolone w używaniu broni. Ustuzou zostaną wyśledzone i zabite.
— Trudno je wytropić — powątpiewała Stallan. — W dżungli są chytre jak zwierzęta i nie zostawiają po sobie śladów. A jeśli są ślady, to prowadzą do zasadzki. Zginęło tak wiele fargi.
— Koniec z tym — powiedziała Vaintè, słysząc jakby na potwierdzenie swych słów skrzek orła. Tragarki przyniosły właśnie klatkę i ptak gładził teraz na słońcu dziobem swe pióra.
— Wszystko wyjaśnię — dodała Vaintè. — To latające stworzenie umożliwi nam odnalezienie legowisk ustuzou, w których kryją swe szczenięta i samice. Wpierw jednak chcę wysłuchać szczegółowego raportu o wszystkim, co zaszło w czasie mojej nieobecności.
Vaintè czekała niecierpliwie na następny napad ustuzou. Gdy zawiadomiono ją o tym, wydała szybko rozkazy i poszła od razu na odległe pastwisko, gdzie doszło do napaści. Stallan już tam była, wskazując ze wstrętem na pokrwawione ciała leżące na trawie.
— Marnotrawcy. Zabrano tylko najtłustsze udźce.
— Bardzo praktyczne — Vaintè nie była tym przejęta. — Łatwo je zabrać, niewiele się marnuje. Którędy uciekły?
Stallan pokazała otwór wydarty w cierniowym żywopłocie, za nim trop niknął wśród wysokich drzew.
— Na północ, jak zwykle. Ślady łatwe do zauważenia, pozostawione, żeby nas zwabić w zasadzkę. Mięso zniknęło, a jeśli odważymy się je tropić, czeka nas jedynie śmierć.
— Ptak poleci tam, gdzie my nie możemy — powiedziała Vaintè po przyniesieniu drapieżnika. Orzeł krzyczał gniewnie i szarpał okowy przytrzymujące jego nogi. Nie siedział teraz w klatce, lecz na drewnianej grzędzie umieszczonej na platformie. Spoczywała ona na długich tyczkach, tak iż dziób orła nie zagrażał niosącym ją fargi. Przybył również Kerrick, zaciekawiony tym porannym zgromadzeniem.
— Róbcie swoje — rozkazała Vaintè treserce.
Kerrick przekonał się nagle, iż nie jest tylko widzem. Chwyciły go i pociągnęły do przodu mocne kciuki. Drapieżnika drażnił widok i zapach krwawiących ciał, skrzeczał i ogłuszająco bił skrzydłami. Jedna z fargi odcięła z boku zarżniętego zwierzęcia kawał mięsa i rzuciła ptakowi. Ten chciwie wyciągnął po czerwony ochłap wolną łapę, przytrzymał szponami na poprzeczce i rwał krwiste kęsy. Wszystkie czekały, aż skończy. Kerrick wyrywał się, gdy ciągnięto go do przodu, niemal w zasięg skrwawionego, haczykowatego dzioba.
— Szukaj, znajdź! Szukaj, znajdź! — wołała ciągle treserka, a Kerricka przyciągano jeszcze bliżej.
Drapieżnik nie zaatakował, lecz obrócił głowę i utkwił w Kerricku zimne, szare oko. Podczas gdy wykrzykiwano rozkazy, wpatrywał się w niego nieprzerwanie. Zaczął mrugać i kiwać głową dopiero wtedy, gdy zamilkły polecenia.
— Obróćcie grzędę w stronę tropu — nakazała treserka, po czym wyciągnęła rękę i szybko zwolniła okowy.
Drapieżnik wrzasnął, rozchylił nogi i wzbił się w powietrze potężnymi uderzeniami wielkich skrzydeł. Kerrick rzucił się w tył, gdy ptak spojrzał na niego, a treserka wykrzykiwała instrukcje.
Ptak był dobrze wytresowany. Wzniósł się szybko, zatoczył jeden krąg i ruszył na północ.
— Zaczęło się — powiedziała bardzo zadowolona Vaintè.
Jednak entuzjazm opuszczał ją w miarę, jak upływały dni, a drapieżnik nie wracał. Zmartwione treserki unikały jej, podobnie jak wszystkie, widząc gniewne ruchy eistai. Także Kerrick, jeśli nie był wzywany, trzymał się od niej z daleka.
Spokojne schronienie, gdzie trudno go było znaleźć, stanowiło hanalè. Nie był tam, odkąd powrócił z Inegban*.
Ikemend otworzyła przed nim drzwi.
— Byłeś w Inegban* — powiedziała głosem, w którym pobrzmiewała zazdrość.
— Nigdy jeszcze nie widziałem takiego miasta.
— Opowiedz mi o nim, bo już nie ujrzę go na własne oczy.
Gdy zaczął opowiadać, umieściła smycz w szparze wydłubanej w drzwiach, które potem zamknęła. Kerrick wiedział, co chciała usłyszeć, mówił jej więc o pięknie miasta, tłumach i ruchu, ani słowem nie wspominając o głodzie i chłodzie zimy. Zależało mu bardzo na wizytach w hanalè, starał się więc, by Ikemend zawsze oczekiwała go z niecierpliwością. Słuchała, dopóki nie musiała odejść do pilnych zajęć. Samce nie lubiły Ikemend i starannie unikały jej towarzystwa. Żadnego nie było teraz w zasięgu wzroku. Kerrick spoglądał w ciemną sień, gdzie nie mógł wejść, potem zawołał, gdy tylko usłyszał kroki:
— To ja, Kerrick, chcę pogadać.
Samiec zawahał się, potem ruszył znów i zatrzymał się dopiero, gdy Kerrick zawołał go jeszcze raz. — Byłem w Inegban*. Czy nie chciałbyś posłuchać o mieście?
Takiej propozycji nie zdołał się oprzeć. Yilanè wyszedł wolno na światło i Kerrick poznał go. To Esetta, ponury osobnik, z którym rozmawiał raz czy dwa. Wszystkie pozostałe samce podziwiały śpiew Esetty, choć Kerrick uważał go za monotonny i nudnawy. Nigdy jednak nie powiedział tego głośno.
— Inegban* to prawdziwe miasto — powiedział Esetta, szybko i bez tchu, jak wszystkie samce. — Mogliśmy tam siedzieć wysoko wśród liści i obserwować wszystko, co działo się na zatłoczonych korytarzach w dole. Nie byliśmy wiecznie skazani na nudę, jak tutaj, gdzie niewiele nam pozostaje poza rozmyślaniem o pisanym nam na plażach losie. Powiedz mi…
— Powiem. Ale najpierw poślij po Alipola. Chcę opowiedzieć i jemu.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Odpowiedź dała Esetcie perwersyjną przyjemność.
— Dlaczego nie mogę? Chcesz wiedzieć dlaczego? Powiem ci, dlaczego nie mogę.
Zastanawiał się nad wyjaśnieniem, wysuwając język między zęby, by zwilżyć wargi przed odpowiedzią.
— Nie możesz z nimi rozmawiać, bo Alipol nie żyje. Ta wiadomość wstrząsnęła Kerrickiem. Krępy Alipol, mocny jak pień drzewa. Wydawało mu się to niemożliwe.
— Zachorował czy miał wypadek?
— Gorzej. Zabrano go, zabrano siłą. Już dwa razy był na plażach. Wiedziały o tym te okrutne bestie, wiedziały, mówił im, błagał je, pokazywał im śliczne rzeczy, które robi, lecz tylko się z tego śmiały. Niektóre przekonał, lecz najwstrętniejszą z nich, z bliznami i szorstkim głosem, tę, która przewodzi łowczyniom, podnieciły sprzeciwy Alipola. Złapała go i stłumiła jego krzyki swym ohydnym ciałem. Byli tam cały dzień, upewniła się, cały dzień, widziałem. Upewniła się o jajach.