Выбрать главу

Gdy powoli posuwali się na północ, zauważał zmiany wybrzeża. Dżungla ustąpiła miejsca puszczy, potem bagniskom, wreszcie niskim krzewom. Minęli ujście wielkiej rzeki, lecz płynęli dalej. Dopiero po dotarciu do dużej zatoki zboczyli z północnego szlaku. Vaintè i Stallan na prowadzącej łodzi zmieniły kierunek i wpłynęły do zatoki. Było to coś nowego i nawet otępiałe fargi zaczęły się ożywiać. Gdy zbliżyli się do rosnących wzdłuż brzegu trzcin, spłoszyli pożywiające się tam ptaki. Wzniosły się w wielkich stadach, zasłaniając niebo; krzyczały ogłuszająco. Gdy mokradła znów przeszły w plaże, Vaintè nakazała wylądować — choć słońce znajdowało się jeszcze wysoko. Kerrick wraz z innymi przysunął się blisko, by usłyszeć, co postanowiono. Stallan pokazywała na jedno ze zdjęć.

— Jesteśmy tutaj, a ustuzou są tam, na brzegu rzeki. Gdybyśmy dziś popłynęli dalej, mogłyby nas zauważyć. Mądrzej będzie rozładować tu łodzie, zostawić na plaży całą wodę i jedzenie. Dzięki temu będziemy gotowe do szybkiego uderzenia o świcie. Vaintè zgodziła się.

— Zaatakujemy z wody, z przyboju, bo tym razem nie możemy zajść ich od tyłu. Chcę, by zginęły wszystkie, poza kilkoma, które Stallan ma pojmać. Czy to jasne? Powtórzyć!

Kierujące grupami doprowadzały rozkazy do świadomości fargi. Robiły to wielokrotnie, tak że nawet najlepsza wiedziała, co ma robić. Kerrick odszedł znudzony, lecz musiał wrócić na znak Vaintè.

— Zostaniesz tu z zapasami i poczekasz na nasz powrót Nie chcę, byś zginął przez pomyłkę w czasie walki. Twoje zadanie zacznie się później.

Odwróciła się, nim Kerrick zdołał odpowiedzieć. Nie chciał być świadkiem żadnego zabijania, nawet ustuzou, chętnie więc przyjął jej decyzję.

Wstały z samego rana i wsiadły do łodzi. Kerrick, siedząc na brzegu, obserwował ich ciche odpłynięcie aż do chwili wtopienia się w poranną mgiełkę. Inlènu* przypatrywała się także, choć bez zainteresowania. Gdy tylko wszystkie zniknęły, otworzyła jeden z pojemników z mięsem.

— Wstrętny z ciebie żarłok — powiedział Kerrick. — Utyjesz.

— Jeść dobrze — odparła Inlènu*. — Ty jedz też.

Nie lubił mięsa przechowywanego w pęcherzach, zawsze smakowało stęchlizną. Zjadł jednak trochę, potem się napił wiedząc, że w żaden sposób nie ruszy Inlènu*, póki ta się nie naje. Przyjrzał się jej bliżej i stwierdził, że tyła, całe jej ciało pokrywała warstwa tłuszczu, wygładzająca ostre zarysy mocnych mięśni.

Choć przywykł do przebywania wśród innych, cieszyła go wolność w samotności. Inlènu* się nie liczyła. Po odpłynięciu łodzi zapanowała cisza. Słychać było tylko wietrzyk szumiący w wysokiej trawie, uderzenia o brzeg drobnych fal. Nie było jednak hałasu, jak podczas ciągłych rozmów w ambesed.

Szli powoli wzdłuż czystego piasku, między kępkami trawy, płosząc ptaki zrywające się do lotu niemal spod ich stóp. Kerrick prowadził, aż Inlènu* zaczęła narzekać na zmęczenie i musiał ją uciszyć. W czasie odpływu doszli do pasma wysokich, czarnych skał. Zwisały z nich wstęgi wodorostów, a tuż nad wodą widniały wielkie skupiska przyczepionych do kamieni czarnych małży.

— Dobre do jedzenia — powiedziała Inlènu*, głośno cmokając. Stojąc po kolana w wodzie, starała się kilka oderwać, lecz mocno trzymały się skały. Bez protestu dała się zaciągnąć na brzeg, gdzie Kerrick znalazł kamień wielkości pięści. Użył go do odbicia kilku muszli. Inlènu* chwyciła je, włożyła do ust i zgniotła potężnymi szczękami. Kawałki skorup wypluła do oceanu i bardzo szczęśliwa połknęła smaczne mięso. Kerrick zebrał kilka dla siebie i otworzył za pomocą zawieszonego na szyi metalowego noża. Zostali tam i najedli się do syta.

Był to przyjemny dzień, najlepszy z wszystkich, jakie pamiętał. Kerrick pragnął jednak zobaczyć powrót z wyprawy, wrócili więc wczesnym popołudniem na miejsce lądowania. Musieli długo czekać. Łodzie pojawiły się tuż przed zachodem słońca.

Pierwsza wysiadła Vaintè. Poszła plażą w kierunku zapasów, rzuciła broń na piasek i rozdarła pęcherz z mięsem. Odgryzając wielki kęs, zauważyła pytające spojrzenie Kerricka. Przeżuła i potknęła chciwie mięso, nim się odezwała:

— Żadne nie uciekło. Zabiłyśmy zabójców. Walczyli zażarcie i straciłyśmy fargi, lecz świat jest ich pełen. Zrobiłyśmy to, po co tu przybyłyśmy. Teraz ty też wypełnisz swoje obowiązki.

Wydała polecenie i dwie fargi przyniosły z jednej łodzi ciężki, owinięty pakunek. Kerrick myślał, że to zwinięte skóry.

Gdy fargi rzuciły je na piasek, skóry rozchyliły się i Kerrick ujrzał brodatą twarz. Z włosów stworzenia kapała krew; w szeroko otwartych oczach widniało przerażenie. Otworzyło usta na widok Kerricka i wydało dziwne, chrypliwe dźwięki.

— Ustuzou mówi — powiedziała Vaintè. — Co powiedziało, Kerricku? Każę ci słuchać i powtarzać mi jego słowa.

Nie pomyślał nawet o nieposłuszeństwie. Gdy eistaa coś poleci, jej rozkazy są zawsze wykonywane. Kerrick nie mógł jednak tego uczynić i drżał ze strachu.

Nie rozumiał tych dźwięków. Nic dla niego nie znaczyły, nic zupełnie.

ROZDZIAŁ XXV

— Czy ta istota mówi? — niecierpliwiła się Vaintè. — Powiedz mi natychmiast!

— Nie wiem — przyznał Kerrick. — Może mówi. Nic nie zrozumiałem. Nic zupełnie.

— A więc wydawany przez nią głos to tylko bełkot.

Vaintè była wściekła. Waliły się jej plany. Nie powinna była nigdy uwierzyć Enge, gdy ta upierała się, iż te wstrętne bestie porozumiewają się ze sobą. Musiała się pomylić. Vaintè wyładowała swój gniew na ustu-zou — postawiła mu nogę na twarzy i mocno przycisnęła. Jęknęło z bólu i krzyknęło głośno.

Kerrick przechylił głowę, słuchał uważnie, nim powiedział:

— Eistao, poczekaj, proszę — mam coś.

Odstąpiła i spojrzała na niego, nadal gniewna. Mówił szybko, by zdążyć, nim zwróci przeciw niemu swą wściekłość.

— Słyszałaś, powtarzało coś — wiele razy. I wiem, co to znaczy, chyba wiem, co powiedziało.

Umilkł. Przygryzając wargę, szukał w pamięci dawno zapomnianych słów.

— Marag, to mówi. Marag.

— To nic nie znaczy.

— Znaczy. Wiem to. Ma to taki sam sens, jak ustuzou. Vaintè była teraz zdumiona.

— Ależ to stworzenie jest ustuzou.

— Nie o to mi chodzi. Dla niego Yilanè są ustuzou.

— Nie jest to całkowicie jasne i nie podoba mi się ten twój wniosek, ale pojmuję, co chcesz powiedzieć. Pytaj dalej! Jeśli uważasz, że to ustuzou jest yiliebe i nie potrafi dobrze mówić, wówczas znajdziemy ci inne. Zaczynaj!

Kerrick nie mógł jednak. Jeniec milczał. Gdy Kerrick nachylił się nad nim, by go ośmielić, ustuzou plunęło mu w twarz. Vaintè nie była zadowolona.

— Wytrzyj się — rozkazała, potem skinęła na fargi. — Przynieś tu inne ustuzou.

Kerrick ledwo dostrzegł, co się dzieje. Marag. Słowo tłukło mu się ciągle po głowie, pobudzając wspomnienia, nieprzyjemne wspomnienia.

Krzyki w dżungli, coś strasznego w morzu. Murgu. To więcej niż jeden marag. Murgu, marag, murgu, marag…

Zesztywniał, gdy pojął, że Vaintè woła do niego z gniewem.

— Ty też stałeś się nagle yilelin, równie niezdolny do mówienia, jak fargi wyszła świeżo z morza?

— Przepraszam, myśli, dźwięki wydawane przez ustuzou, moje myśli…