— Nic mnie to nie obchodzi. Pomów z tym drugim!
Kerrick zajrzał w szeroko otwarte, przestraszone niebieskie oczy. Nad nim kłębiły się jasne włosy. Nie było ich na twarzy stworzenia, a ciało pod ubraniem miało spuchnięte i inne. Przerażona istota zaszlochała, gdy Vaintè chwyciła jedną z zakończonych kamieniem drewnianych włóczni zabranych ustuzou i szturchnęła nią bok jeńca.
— Spójrz na mnie — powiedziała Vaintè. — Teraz dobrze. Pokażę ci, co cię czeka, jeśli się nie uspokoisz i nie zaczniesz mówić.
Brodaty jeniec krzyknął głośno, gdy Vaintè odwróciła się i wbiła włócznię w jego ciało; powtórzyła to kilkakrotne, aż umilkł. Drugi jeniec jęczał i rzucał się, na ile mu tylko pozwalały mocno zaciśnięte więzy. Vaintè odrzuciła ociekającą krwią włócznię.
— Rozluźnijcie mu więzy i niech mówi — rozkazała i odeszła. Nie było to łatwe. Jeniec jęczał, potem się rozkaszlał, aż z oczu trysnęły mu łzy, na wargi wystąpił śluz. Kerrick nachylił się i odczekał, aż ustuzou się uspokoiło, wtedy wypowiedział jedyne znane sobie słowa.
— Marag. Murgu.
Odpowiedziało szybko; słowa padały zbyt prędko, by mógł je zrozumieć — choć rozpoznał „murgu” — i coś jeszcze. Sammad. Tak, sammad, sammad został zabity. To znaczyły te słowa. Wszyscy z sammadu zamordowani przez murgu. Oto, co ona powiedziała.
Ona. Nieproszone słowo cisnęło mu się na usta. Samica. Ona to „linga”, tamten martwy to „hannas”. Samiec i samica. Sam też jest hannasem.
Pojmował coraz więcej, choć przychodziło to wolno; jedno słowo, wyrażenie co jakiś czas. Niektórych wyrazów nie rozumiał zupełnie; słownictwo ośmiolatka, a tylko takie pamiętał, różniło się od zasobów słów dorosłej kobiety.
— Wymieniacie między sobą głosy. Czy się rozumiecie?
Kerrick zerknął na Vaintè, zerwał się i gapił przez dłuższą chwilę, nim jej pytanie przebiło się przez wypełniający mu głowę gąszcz słów marbaku.
— Tak, oczywiście, Eistao, rozumiemy się. Postępuje to wolno, lecz postępuje.
— No, to dobrze sobie radzisz.
Cienie wydłużyły się, słońce zapadało za horyzont i Vaintè otuliła się płaszczem.
— Zwiążcie je znów, by nie uciekło. Rano będziesz dalej rozmawiał. Gdy będziecie mogli się porozumieć, zadasz ustuzou kilka pytań. Pytań, na które musi odpowiedzieć. Jeśli to stworzenie odmówi — przypomnij mu o losie tamtego drugiego. Pewna jestem, że to wystarczy.
Kerrick poszedł po płaszcz dla siebie, po powrocie usiadł na piasku obok ciemnej postaci kobiety. Głowę wypełniała mu niezborna mieszanina słów, dźwięków i nazw.
Kobieta coś powiedziała — i stwierdził, że ją rozumie, choć nie widział jej ruchów!
— Zimno mi.
— Możesz mówić po ciemku. Ja rozumiem.
— Zimno.
Oczywiście. Język marbak nie przypominał Yilanè. Nie zależał od poruszeń ciała. Opierał się na dźwiękach, samych dźwiękach. Rozważał to, odwijając kilka przesiąkniętych krwią skór z martwego mężczyzny i przykrywając nimi kobietę.
— Możemy rozmawiać — nawet w nocy — powiedział, wycierając w piasek lepkie ręce. Odpowiedziała mu głosem cichym, pełnym lęku, lecz i ciekawości.
— Jestem Inę z sammadu Ohso. A ty?
— Kerrick.
— Też jesteś jeńcem, przywiązanym do maraga. Umiesz z nimi rozmawiać?
— Tak, oczywiście. Co tu robiliście?
— Szukaliśmy pożywienia, to jasne, co za głupie pytanie. Nie powinniśmy byli wypuszczać się tak daleko na południe, lecz ostatniej zimy wielu zmarło z głodu. Nie mieliśmy wyboru.
Spojrzała na jego sylwetkę na tle nieba i zapytała z ciekawością:
— Kiedy cię złapali?
— Kiedy? Trudno na to odpowiedzieć. Musiało to być wiele lat temu. Byłem bardzo mały…
— Wszyscy nie żyją — przypomniała sobie nagle, potem zaczęła szlochać. — Murgu zabiły ich wszystkich, tylko kilku pojmały.
Zapłakała jeszcze głośniej, gdy Kerrick poczuł nagły ból na karku. Poczuł, że smycz napina się, ciągnie za obręcz. Rozmowa przeszkadzała spać Inlènu*; odsuwała się od nich, wlokąc za sobą Kerricka. Nie próbował już rozmawiać.
Rano budził się powoli. Głowa mu ciążyła, a skóra paliła. Poprzedniego dnia musiał zbyt długo przebywać na słońcu. Odnalazł naczynie z wodą i pił chciwie, gdy podeszła do niego Stallan.
— Eistaa zawiadomiła mnie, że rozmawiałeś z innym ustuzou. — Użyte przez nią wyrażenia o rozmowie pełne były głębokiej niechęci.
— Jestem Kerrick, siedzący blisko eistai. Mówisz do mnie obraźliwie.
— Jestem Stallan, zabijająca ustuzou dla eistai. W nazywaniu cię tym, kim jesteś, nie ma obrazy.
Łowczyni była dziś nasycona zabijaniem. Zawsze zachowywała się i mówiła brutalnie. Kerrick nie czuł się na tyle dobrze, by spierać się z tym okrutnym stworzeniem. Nie dzisiaj. Ignorując jej ruchy pełne wyższości i pogardy, odwrócił się plecami zmuszając, by szła za nim do miejsca, gdzie leżała związana kobieta.
— Przemów do tego! — nakazała Stallan.
Kobieta wzdrygnęła się na odgłos słów Stallan, spojrzała na Kerricka przerażonymi oczami.
— Chce mi się pić.
— Przyniosę trochę wody.
— Wierci się i wydaje głosy — powiedziała Stallan. — Twoje słowa są równie paskudne. Co to znaczyło?
— Chce wody.
— Dobrze. Daj trochę. Potem będę pytała.
Ine bała się maraga stojącego obok Kerricka. Patrzył na nią zimno i bez wyrazu, potem poruszył się i wydał głos. Kerrick przetłumaczył.
— Gdzie są dalsze Tanu? — spytał.
— Gdzie? O co ci chodzi?
— Pytam za tego brzydkiego maraga. Chce wiedzieć, gdzie są dalsze, inne sammady.
— Na zachodzie, w górach, wiesz o tym.
Ta odpowiedź nie zadowoliła Stallan. Wypytywanie trwało nadal. Kerrick zrozumiał, mimo swojej niedoskonałej znajomości języka, że Ine unika jasnych odpowiedzi.
— Nie mówisz wszystkiego, co wiesz — powiedział.
— No, oczywiście. Ten marag chce się dowiedzieć, gdzie są inne sammady, aby je wymordować. Nie powiem. Prędzej umrę. Chcesz, by ona się dowiedziała?
— Jest mi to obojętne — odpowiedział szczerze Kerrick. Był zmęczony, bolała go głowa. Murgu mogą sobie zabijać ustuzou, ustuzou murgu, nic go to nie obchodziło. Zakaszlał, potem jeszcze raz, z głębi płuc. Gdy wytarł usta, zobaczył, że w ślinie jest krew.
— Zapytaj jeszcze raz! — powiedziała Stallan.
— Zapytaj sama! — Kerrick powiedział to tak obraźliwie, że Stallan syknęła gniewnie. — Chcę się napić. Wyschło mi w gardle.
Łykał chciwie wodę, potem zamknął oczy, by odpocząć chwilę.
Poczuł, że ktoś go szarpie, lecz nie mógł otworzyć oczu. Po chwili dano mu spokój. Przyciągnął nogi do piersi i objął się rękoma. Nieprzytomny, jęczał z zimna, choć słońce nad nim paliło żarem.
ROZDZIAŁ XXVI
Świadom był upływu czasu; stale świadom bólu. Bólu, który szybko stał się najważniejszym odczuciem w życiu Kerricka, jego obecność przytłaczała go bez reszty. Odzyskiwał i tracił przytomność, witając puste okresy ciemności jako ucieczkę przed gorączką i bezkresną męczarnią. Raz obudziły go słabe jęki; dopiero po jakimś czasie pojął, że sam je wydaje.
Najgroźniejszy okres choroby mijał powoli. Świadomość odzyskiwał na krotko. Czuł wówczas słabszy ból, nie tak ostry, jak przedtem. Choć mącił mu się wzrok, wiedział, że obejmujące go i podtrzymujące, by mógł pić, mocne, zimne ramię mogło należeć do Inlènu*. Nieodłączna opiekunka, pomyślał, rzeczywiście nieodłączna. Rozśmieszyła go ta myśl, nie wiadomo dlaczego, i znów zapadł w mrok.