Ten nieskończenie długi okres dobiegł niepostrzeżenie kresu, gdy pewnego dnia obudził się przytomny, choć niezdolny do ruchu. Nie dlatego, by był przytrzymywany czy związany. Do leżenia zmuszało go straszliwe osłabienie. Stwierdził, że może poruszać oczyma, lecz zapiekły go, gdy nieopatrznie zapłakał. Obok tkwiła Inlènu*, siedząc wygodnie na ogonie, milcząco patrząca gdzieś niewidocznym wzrokiem. Z wielkim trudem zdołał wychrypić jedno słowo: woda, nie będąc jednak w stanie dopełniać go ruchami ciała. Spoczęło na nim bliższe oko Inlènu*, zastanawiającej się nad znaczeniem tego słowa. W końcu stało się to jasne nawet dla niej, wstała i przyniosła mu tykwę. Przytrzymała, by mógł pić. Pociągnął łyk i zakaszlał. Opadł na posłanie wyczerpany, lecz przytomny. U wejścia coś się poruszyło i ujrzał przed sobą Akotolp.
— Czy dobrze słyszałam, on mówi? — spytała i Inlènu* kiwnęła potwierdzająco. — Bardzo dobrze, bardzo dobrze — powiedziała uczona, nachylając się i przyglądając Kerrickowi. Zamrugał oczami, gdy pojawiło się przed nim okrągłe jak księżyc w pełni oblicze z bujającymi się ciężkimi koralami.
— Mogłeś umrzeć — powiedziała poważnie. — I umarłbyś, gdyby mnie tu nie było. Porusz głową, by okazać, jak bardzo jesteś za to wdzięczny.
Kerrick zdołał lekko wysunąć szczęki i Akotolp uznała to za należne jej podziękowanie.
— Przerażająca choroba, szalała w całym organizmie; te wrzody na skórze są jej częścią. Fargi nie chciały cię dotykać, są zbyt głupie, by wiedzieć, że taka zaraza nie przenosi się na inne gatunki. Sama musiałam się tobą zajmowaać. Bardzo ciekawe. Gdybym w przeszłości nie pracowała nad ciepłokrwistymi ustuzou, na pewno spotkałaby cię śmierć.
Mówiąc to, głównie do siebie, Akotolp zmieniła bandaże na jego ciele. Było to bolesne, lecz nie przypominało nawet odczuwanych uprzednio męczarni.
— Niektóre ze schwytanych ustuzou chorowały na to samo, lecz łagodniej. Od młodego miały przeciwciała. Ty żadnych. Z najbardziej chorego wytoczyłam całą krew, zrobiłam szczepionkę. Podziałała. Już po wszystkim. Teraz zjedz coś.
— Jak… długo — Kerrick zdołał wyszeptać te słowa.
— Jak długo jeść? Jak długo przeciwciała? Ciągle majaczysz? Kerrickowi udało się wykonać dłonią ruch oznaczający czas.
— Zrozumiałam. To nie ma znaczenia. Teraz to wypij, potrzebujesz protein, straciłeś jedną trzecią wagi. Masz tu delikatne, lekko strawne mięso rozłożone enzymami na płyn.
Kerrick był zbyt słaby, żeby się sprzeciwiać. Przez zaciśnięte usta wypił wstrętny napój. Potem zasnął, wyczerpany. Było to jednak przesilenie. Choroba minęła, zaczął dochodzić do siebie. Nikt go nie odwiedzał poza grubą uczoną.
Nie pragnął żadnych gości. Ciągle rozmyślał o Tanu, z którymi rozmawiał. Nie, nie z Tanu, z ustuzou, ze zwyrodniałymi, ciepłokrwistymi zabójcami. Ciało z jego ciała, Tanu. Ten sam lud, te same istoty. Miał podwójną tożsamość, której nie rozumiał. Starał się doszukać w tym wszystkim sensu. Oczywiście, on sam był Tanu, kiedy przywieziono go tutaj w bardzo młodym wieku. Było to jednak dawno, tyle się z nim odtąd działo, że zatarły się wszelkie wspomnienia z tamtych czasów. Wraz z nimi stracił coś więcej. Wspomnienia wydawały mu się opowieściami o cudzych przeżyciach. Choć fizycznie nie był Yilanè i nigdy nie będzie, to jednak myślał jak one, ruszał się jak one, mówił jak one. Ciałem był jednak Tanu i w snach wędrował ze swym plemieniem. Były to sny niepokojące, nawet przerażające, i rad był, że niewiele z nich pamiętał po przebudzeniu. Próbował przypomnieć sobie dalsze słowa Tanu, lecz bezskutecznie, bo nawet wymawiane na głos po wyzdrowieniu umykały mu z pamięci.
Poza wiecznie obecną i milczącą Inlènu* był zupełnie sam. Odwiedzała go tylko Akotolp i zaczęło go to zastanawiać.
— Czy nadal są poza miastem te wszystkie, które zabiły ustuzou? — zapytał pewnego dnia.
— Nie. Wróciły co najmniej dwadzieścia dni temu.
— Ale nikt nie przechodzi w pobliżu, nawet fargi, nikogo nie widuję oprócz ciebie.
— Oczywiście, że nie — Akotolp rozsiadła się mocno na ogonie, splatając cztery kciuki i składając je wygodnie na grubym wałku sadła na brzuchu. — Mało wiesz o Yilanè, tyle tylko, ile mam miejsca między kciukami. — Ścisnęła je mocno. — Żyjesz wśród nas, ale nic nie wiesz.
— Jestem niczym, nic nie wiem. Ty wiesz wszystko. Z chęcią zostanę oświecony.
Kerrick naprawdę tak myślał, nie była to tylko uprzejmość. Żył w gąszczu zagadek, gmatwaninie pytań bez odpowiedzi. Przez większą część życia mieszkał tu, w tym tajemniczym mieście. Zachodzące na jego oczach fakty z życia Yilanè były oczywiste dla wszystkich i nie stanowiły przedmiotu rozmów. Jeśli pochlebstwami i przymilaniem się zdoła wydębić odpowiedzi z tej grubej istoty, to poniży się do każdego hołdu.
— Yilanè nie chorują. Choroby atakują tylko niższe istoty, takie jak ty. Przypuszczam, że kiedyś i nas nękały, lecz już od bardzo dawna zostały wyeliminowane. Choćby gorączka, która zabiła kilka Yilanè spośród najwcześniej tu przybyłych. Zarażeniu mogą towarzyszyć urazy psychiczne; szybko się roznoszą. Tak więc twoja choroba wywołała zamieszanie wśród głupich fargi, nie mogły jej zrozumieć ani się z nią pogodzić — przeto ją zignorowały, razem z tobą. Ja jednak jestem tak biegła w pracy z wszystkimi formami* życia, że podobne głupoty nie mają do mnie przystępu.
Była z siebie bardzo zadowolona, a Kerrick ją tylko w tym umacniał. — Dla Waszej Wysokości nic nie jest tajemnicą — dodał. — Czy ktoś tak głupi, jak ja może ośmielić się zadać pytanie komuś tak mądremu?
Akotolp przyzwoliła znudzonym gestem.
— Czy nie ma chorób wśród samców? Słyszałem w hanalè, że wiele z nich umiera na plażach.
— Samce są głupie i za dużo pytlują głupimi jęzorami. Yilanè mają zakaz rozmawiania o tych sprawach.
Akotolp spojrzała najpierw badawczo na Kerricka jednym okiem, rzuciwszy jednocześnie drugim na silne plecy Inlènu*. Potem się zastanowiła.
— Nic się jednak nie stanie, gdy ci powiem. Nie jesteś Yilanè i jesteś samcem, możesz więc się dowiedzieć. Opowiem o tym w uproszczeniu, bo tylko ktoś obdarzony wiedzą tak głęboką, jak moja, może to w pełni zrozumieć. Opiszę ci intymne i złożone szczegóły procesu rozmnażania. Po pierwsze musisz poznać swą niższość. Wszystkie samce ciepłokrwistych, łącznie z tobą, wydzielają spermę — to cały wasz wkład do rozrodu. W naszych wyższych gatunkch jest inaczej. Podczas stosunku zapłodnione jajo zostaje złożone do sakwy samczej. Wyzwala to w samcu przemiany metaboliczne. Staje się on nieruchawy, wydatkuje mało energii i tyje. Wylęgłe z jaj młode rosną bezpiecznie w chronionej sakwie i nabierają sił. Wychodzą z niej dopiero wtedy, gdy są na tyle dojrzałe, by przeżyć w morzu.
Wspaniały proces, pozwalający samicom na zajmowanie się ważniejszymi obowiązkami.
Akotolp cmoknęła z głodu wargami i sięgnęła po jedną z nieopróżnionych do końca tykw Kerricka z płynnym mięsem, by wypić zawartość jednym haustem.
— Samicom wyższym pod każdym względem. — Beknęła z zadowolenia. — Po wejściu młodych do morza kończy się rola samców w rozrodzie. Przypomina to, można by powiedzieć, owady zwane modliszkami, u których samice zjadają samca w czasie kopulacji. Sposoby przestawiania z powrotem metabolizmu samców są niezbyt skuteczne. Umiera ich przy tym mniej więcej połowa. Choć przypuszczalnie jest to nieprzyjemne dla samców, to jednak nie wpływa zupełnie na przeżycie gatunku. Nie masz pojęcia, o czym mówię, co? Odgaduję to po zwierzęcej pustce w twych oczach.