Ale Kerrick zrozumiał aż za dobrze. Trzeci raz na plażę, pewna śmierć — pomyślał. Głośno zaś powiedział:
— Jaka wielka jest twa mądrość, Najwyższa. Choćbym żył od jaja czasu, poznałbym tylko drobną cząstkę tego, co ty wiesz.
— Oczywiście — zgodziła się Akotolp. — Organizm istot ciepłokrwistych nie jest zdolny do poważniejszych zmian metabolicznych, dlatego jest ich tak mało i mogą przetrwać jedynie na obrzeżach świata. Pracowałam w Entoban* ze zwierzętami, które podczas suszy zagrzebują się w mule dna wyschłych jezior i trwają tam aż do następnego deszczu, obojętnie po jak długim czasie to nastąpi. Dlatego nawet ty powinieneś zrozumieć, że zmiana metaboliczna może spowodować zarówno przeżycie, jak i śmierć.
Fakty złożyły się w całość i Kerrick powiedział na głos, bez namysłu:
— Córy Życia.
— Córy Śmierci — poprawiła go Akotolp z najwyższym wstrętem. — Nie mów mi o nich! Nie służą miastu ani nie mają tyle przyzwoitości, by umrzeć, gdy są wyganiane. Dobra jest ta, która umrze. — Gdy spojrzała na Kerricka, w jej gestach była chłodna groźba. — Zmarła Ikemei, wielka uczona. Miałeś zaszczyt spotkać ją w Inegban*, gdy pobierała próbki tkanek twego ciała. To ją zgubiło. Niektóre idiotki na wysokich stanowiskach chciały, by znalazła sposoby biologicznego niszczenia was, ustuzou. Uczone zachowują życie, a nie mszczą go. Zmarła jako Yilanè odrzucona przez miasto. Jesteś nierozumnym, zwierzęcym samcem i nie będę więcej z tobą rozmawiała.
Odeszła niezgrabnie, lecz Kerrick ledwo to zauważył. Po raz pierwszy zaczynał rozumieć coś z tego, co się dzieje wokół. W swym niedoświadczeniu brał świat takim, jakim go widział. Wierzył, że takie stworzenia, jak hèsotsany i łodzie są w pełni naturalne. A przecież Yilanè w jakiś nieznany sposób przekształciły ich ciała, tak jak musiały przekształcić każdą roślinę i zwierzę w mieście. Jeśli gruba Akotolp wiedziała, jak tego dokonać, to jej wiedza rzeczywiście znacznie przewyższała wszystko, co mógł sobie wyobrazić. Po raz pierwszy szczerze ją podziwiał, szanował za to, co widziała i co potrafiła. Uleczyła go. Nie żyłby już, gdyby nie jej wiedza. Potem zasnął i jęczał, przerażony wizjami zwierząt pojawiających się wokół niego. We śnie miał wrażenie, że się przekształca i zmienia.
Wkrótce czuł się na tyle dobrze, by siedzieć. Potem, oparty o Inlènu*, zdołał uczynić kilka chwiejnych kroków. Powolutku odzyskiwał siły. Któregoś dnia wyszedł ze swej komory i usiadł na słońcu, oparty o liściastą ścianę. Gdy tego dokonał, gdy mógł już rozmawiać, znów uznano jego obecność. Przywoływane fargi podchodziły i przynosiły mu owoce, którymi zmywał z ust smak płynnego, surowego mięsa.
Stale przybywało mu sił i w końcu, przystając często dla odpoczynku, zdołał nawet dojść do ambesed. Przed chorobą byłaby to dla niego jedynie krótka przechadzka. Teraz stanowiła wyprawę i nim oparty o Inlènu* dotarł do celu, cały spływał potem. Przywarł do ściany ambesed ciężko dysząc. Vaintè dostrzegła jego przybycie i kazała mu się zbliżyć. Dźwignął się na nogi i z trudem do niej podszedł. Obserwowała jego niepewny chód.
— Nadal jesteś chory — stwierdziła, wyrażając przy tym troskę.
— Choroba minęła, Eistao. Pozostało jedynie osłabienie. Akotolp o niezmiernej wiedzy kazała mi jeść dużo mięsa, bym nabrał ciała, a wraz z nim sił.
— Rób, co ci każe, to i moje polecenia. Zwycięstwo towarzyszyło nam na północy, zniszczyłyśmy wszystkie napotkane ustuzou. Kilka stało się naszymi jeńcami. Pragnę, byś pomówił z nimi, zasięgnął informacji.
— Jak rozkażesz, Eistao — odpowiedział Kerrick. Choć mówił to z pokorą i uprzejmością, opanowało go nagłe podniecenie; zarumienił się i zadrżał. Wiedział, że brzydzi się tymi wstrętnymi istotami, lecz mimo to tęsknił do rozmowy z nimi.
— Pomówisz, ale nie z tymi, które przywiozłyśmy z sobą. Zdechły. Odzyskuj siły. Gdy na północ powróci ciepłe słońce, wybierzemy się tam znowu na jeszcze większe zabijanie.
Kerrick poprosił o zgodę na odejście, zdziwiony swym nagłym rozczarowaniem.
Wystarczyło teraz wylegiwanie się na słońcu, by odegnać ślady choroby i odzyskać siły. Minęło wiele dni, nim Akotolp posłała po niego. Fargi poprowadziła go do części miasta, której nigdy dotąd nie odwiedził, do zamkniętej, dziwnie znajomej tafli. Otwarła się, ukazując mokrą jeszcze komorę.
— To wejście wodne — takie jak w Inegban*! Inlènu* potwierdziła to skrętem ciała.
— Bolą oczy.
— To je zamknij, ty wielka głuptasko. — Sam szybko zamknął swoje, gdy tylko ciepły płyn spłynął na niego.
Gdy weszli, Akotolp oderwała się od swej pracy, wyciągnęła rękę i uszczypnęła Kerricka kciukami.
— Dobrze. Już nie widać żeber. Musisz też ćwiczyć, lak brzmi rozkaz, jaki przekazuję ci od eistai. Bardzo się o ciebie troszczy, byś mógł z innymi wybrać się na północ.
— Słyszę i jestem posłuszny. — Kerrick rozglądał się po dziwnym pokoju, próbując bezskutecznie zrozumieć, co widzi.
— Kiedyś, w dalekim Inegban*, byłem w podobnym miejscu.
— Jesteś sprytny przy swej głupocie. Wszystkie laboratoria są takie same.
— Powiedz mi, wielka, co tu robisz.
Akotolp cmoknęła, a jej tłuste ciało zadrżało.
— Chcesz bym ci powiedziała, ty stworzenie o bezdennej głupocie! Choćbyś żył dziesięć razy dłużej, to nawet nie zacząłbyś rozumieć. Nasza nauka istnieje odkąd Yilanè po raz pierwszy wyszły z morza i od tej pory ciągle się rozrasta i dojrzewa. Nauka to wiedza o życiu, dostrzega jego wnętrze, dostrzega komórki składające się na każde życie, dostrzega w komórkach geny, dostrzega spirale, które można ciąć, przenosić i zmieniać, aż opanujemy całe życie. Czy zrozumiałeś choć jedno słowo z tego, co powiedziałam, czołgający się i pełzający?
Odpowiadając, Kerrick wyrażał czołganie i pełzanie.
— Bardzo mało, mająca bezgraniczną wiedzę, ale dość, by pojąć, że jesteś panią życia.
— To prawda. Masz przynajmniej tyle rozumu, by to docenić, choć nie potrafisz zrozumieć. Spójrz i podziwiaj to stworzenie!
Akotolp odsunęła na bok jedną ze swych asystentek i wskazała na poskręcaną, pokrytą kolcami istotę przycupniętą za przezroczystą ścianą. Jaskrawe światło słońca lśniło na czymś, co wyglądało jak wielkie oko w jej boku. Miała też inne oko na szczycie głowy. Akotolp skinęła, by Kerrick podszedł, zatrzęsła się od śmiechu, widząc jego wahanie.
— Boisz się tego?
— Tamte oczy…
— Nic nie widzą, głupi. Jest ślepe i nic nie czuje. Przekształciłyśmy oczy dla naszych celów, soczewki skupiają światło, byśmy widziały niewidzialne. Spójrz tutaj, na tą przezroczystą płytkę, co widzisz?
— Kroplę wody?
— Ciekawe spostrzeżenie. Patrz, co się stanie, gdy umieszczę je w sanduu.
Akotolp pukała palcem, aż w boku sanduu pojawił się otwór, wtedy wsunęła do niego płytkę. Zajrzała następnie do górnego oka i mrucząc do siebie, kciukiem wydawała instrukcje sanduu. Zadowolona, wyprostowała się i przywołała gestem Kerricka.
— Zamknij jedno oko. Drugim zajrzyj tutaj. Powiedz, co widzisz.
Nic nie widział, tylko plamę światła. Mrugnął i przesunął głową — wtedy zobaczył przezroczyste stworzenia o szybko poruszających się mackach. Nie zrozumiał tego i zwrócił się o wyjaśnienie do Akotolp.
— Coś widzę, poruszające się istoty, co to jest?