Выбрать главу

— Zwierzęta, maleńkie. Znajdują się w kropli wody, widzimy je powiększone przez soczewki. Czy wiesz, o czym mówię?

— Nie.

— Właśnie. Nigdy się nie nauczysz. Masz taki sam rozum, jak tamto ustuzou za tobą. Odejdź!

Kerrick odwrócił się i oniemiał na widok milczącego, brodatego Tanu stojącego we wnęce ściany. Potem poznał, że to tylko wypchane, ustawione zwierzę. Nic go nie obchodziło; wyszedł szybko.

Czuł się jednak dziwnie poruszony, gdy wracał w słońcu grzejącym go mocno w ramiona. Z tyłu człapała cierpliwie Inlènu*. W myśli i mowie był Yilanè. Z postaci był ustuzou. Znaczyło to, że nie był ani jednym, ani drugim, i gdy o tym myślał, zaczęło go to niepokoić. Był Yilanè, oto czym był, nie miał wątpliwości.

Ciągle to sobie powtarzając, nieświadomie szczypał palcami swe ciepłe ciało Tanu.

ROZDZIAŁ XXVII

— Nadeszła pora, żeby wyruszyć — powiedziała Stallan. — Na tych zdjęciach mamy wszystko, co potrzeba.

— Pokaż — nakazała Vaintè. Jej pomocnice i fargi napierały, by także zobaczyć, lecz wystarczył jeden gest, by pozostały w tyle. Stallan podawała zdjęcia po kolei, każde dokładnie objaśniając.

— Te są najwcześniejsze, pokazują położone wysoko doliny, w których ustuzou zwykle zimują. Jednakże ubiegłej zimy doliny pozostawały pod lodem. Nie było odwilży, które umożliwiają w nich życie przez resztę roku. Dlatego ustuzou musiały powędrować w poszukiwaniu pożywienia.

Na południe, z dala od mrozów, pomyślała Vaintè, tak jak myśmy uciekły z Inegban* na południe przed srogimi zimami. Te fakty nie miały żadnego związku, nie dopuszczała porównań pomiędzy Yilanè i ustuzou. To zwykły zbieg okoliczności. Ważne jest tylko, że te stwory ruszą na południe, by znaleźć pożywienie.

— Na południe — stwierdziła głośno — gdzie je dopadniemy.

— Przewidujesz przyszłość, Eistao. Jeżeli pozostaną, umrą z głodu. Jeśli nie zostaną, będziemy na nich czekały.

— Kiedy wyruszamy?

— Wkrótce. Popatrz tu i tu. Wielkie zwierzęta ciągnące tyczki i skóry. Schodzą ze wzgórz. Jest tam trawa, lecz szara i martwa po zimie. A to białe, w jamach, to twarda woda. Muszą iść dalej na południe.

— Pójdą. Wszystko przygotowałaś?

— Tak. Zapasy są zgromadzone, łodzie nakarmione, uzbrojone fargi czekają.

— Dopilnuj, żeby wszystko było w porządku.

Odprawiwszy Stallan, zapomniała natychmiast o łowczym i skupiła się na nadchodzącej kampanii. Tym razem wyruszą daleko w głąb lądu i nie będzie ich przez całe lato. Na tak długi okres nie mogą zabrać ze sobą dostatecznej ilości żywności — czy ma zorganizować jej dostawy? A może polować? Byłoby to łatwiejsze, ponadto każde zabite i zjedzone zwierzę to mniej jedzenia dla ustuzou. Muszą mieć również zapas zakonserwowanego mięsa, by zbytnio nie opóźniać marszu. Wszystko należy rozważyć. Muszą też brać jeńców. Latający na oślep drapieżny ptak mógł znaleźć jedynie kilka stad ustuzou. Przesłuchiwanie jeńców pozwoli im posuwać się od jednego do drugiego stada, aż wszystkie zostaną zniszczone. Fargi podskoczyła na jej skinienie.

— Każ przyjść Kerrickowi.

Zamyślona nad wyprawą, nie zauważyła jego wejścia.

— Jesteś szczuplejszy niż kiedyś. Powiedz mi, co z twoim zdrowiem — rozkazała.

— Tak, ale osłabienie minęło, zagoiły się blizny po wrzodach. Co dzień zmuszam tą tłustą Inlènu*, by biegała ze mną po polach. Ona traci na wadze, ja zyskuję.

— Wkrótce wyruszymy na północ. Pójdziesz z nami.

— Tak mówi Eistaa, więc posłucham.

Odchodząc podkreślił swój szacunek dla Vaintè. Pod maską zewnętrznego spokoju kłębiły się jednak myśli o przeszłości.

Pragnął wyjechać, lecz jednocześnie bał się tego. Choroba sprawiła, że zapomniał o wielu przeżyciach poprzedniej wyprawy na północ. Łatwiej mu było w czasie największego natężenia choroby, bo ciągle leżał nieprzytomny i nic nie pamiętał. Lecz potem nadeszły dni, kiedy ból rozsadzał piersi, a wrzody pokrywały całe ciało. Wiedział, że musi jeść, choć nie mógł. Czuł utratę sił, bliskość śmierci, lecz był zbyt słaby, aby na to reagować. Dopiero, gdy zaczął wracać do zdrowia, znowu zaczął myśleć o jedzeniu. Miał to już jednak za sobą. Choć nadal czuł się pod wieczór zmęczony, każdego dnia stawał się odrobinę mocniejszy. Wszystko będzie dobrze. Pojedzie z nimi i będzie rozmawiał. Przez długi czas nie dopuszczał do siebie tej dręczącej myśli, lecz teraz wypełniło go dziwne podniecenie i niecierpliwie wyglądał wyprawy. Znów porozmawia z Tanu — i tym razem przypomni sobie więcej słów. Na myśl o tych rozmowach poczuł nagłe, niezrozumiałe podniecenie i ruszył szybciej, aż Inlènu* zaprotestowała.

Wyprawa ruszyła na północ kilka dni później. Wymarsz przyśpieszono, zakładając wolniejsze tempo. Vaintè chciała sprawdzić, czy zdołają zaopatrywać się w mięso podczas drogi. Pierwszego dnia po południu zatrzymały się na biwak na skalistym brzegu. Stallan odeszła natychmiast z najlepszymi łowczyniami, a za nimi grupa rozgorączkowanych fargi.

Wróciły dobrze przed zmrokiem, fargi dźwigały ciało sarny. Kerrick patrzył z dziwnym podnieceniem, jak podeszły i z szacunkiem złożyły sarnę przed eistaą.

— Dobrze, bardzo dobrze — powiedziała z zadowoleniem. — Słusznie nazywasz się Stallan, bo jesteś niezrównaną łowczynią.

Łowczyni. Kerrick nigdy nie zastanawiał się nad znaczeniem jej imienia. Łowca to ktoś, kto chodzi do puszczy, wędruje wytrwale przez stepy, poluje.

— Też chciałbym polować, Stallan — powiedział. Nachylił się, by podnieść leżący w pobliżu hèsotsan, lecz Stallan odsunęła go spod jego dłoni. Odmowa była jednoznaczna.

— Ustuzou giną od hèsotsanów, tylko wtedy mogą być razem. Kerrick cofnął się. Nie chodziło mu o broń, lecz o polowanie. Gdy myślał nad odpowiedzią, odezwała się Vaintè.

— Czy masz tak krótką pamięć, Stallan, że zapomniałaś, że to ja wydaję rozkazy? Oddaj Kerrickowi swoją broń! Wyjaśnij ustuzou, jak się z nią obchodzić.

Stallan zamarła, usłyszawszy rozkaz. Vaintè nie zmieniła swej władczej postawy. Wszystkie Yilanè, nawet takie jak Stallan, muszą pamiętać, że eistaą jest tylko ona. Lubiła też doprowadzać tych dwoje do starcia, bo tak bardzo się nienawidzili.

Stallan musiała posłuchać. Fargi cisnęły się wokół, jak zawsze, gdy coś objaśniano, podczas gdy Stallan z oporami wręczyła broń Kerrickowi.

— To stworzenie to hèsotsan, wyhodowany i rozmnażany jako broń. — Kerrick skwapliwie wziął w dłonie chłodną, ciemną i długą istotę. Śledził wskazujący kciuk. — Za młodu się poruszają, dopiero po dorośnięciu zmieniają swą postać. Nogi im zanikają, kręgosłup sztywnieje, aż przybierają taki wygląd. Muszą być karmione, bo inaczej zdechną. To gęba — wskazała na szparę z czarnymi wargami — nie pomyl jej z tym otworem, do którego wkłada się strzałki. Zrywa się je z krzaków i suszy. — Nie ruszaj!

Stallan wyrwała broń z ręki Kerricka i trzymała przed sobą, starając się opanować. Udało jej się to tylko dlatego, że za sobą miała eistaę. Gdyby nie ona, powaliłaby ustuzou na ziemię. Gdy znów się odezwała, mówiła jeszcze ostrzej.

— Ta broń zabija. Aby tak się stało, ściskasz jej ciało jedną ręką tam, gdzie trzymałeś, potem naciskasz tu na dole, kciukiem drugiej ręki.

Rozległ się ostry trzask i strzałka wyleciała z sykiem, lądując nieszkodliwie w morzu.

— Strzałki wkłada się tutaj. Gdy hèsotsan odbiera sygnał, wydziela małą ilość płynu przechodzącego gwałtownie w parę, która wyrzuca strzałkę. Podczas ładowania strzałki są nieszkodliwe. Gdy jednak przesuwają się w przewodzie wyrzucającym, trą o gruczoł wydzielający tak silną truciznę, że jej mała, niewidoczna kropelka zabija natychmiast istotę wielkości neniteska.