— Znakomicie to wytłumaczyłaś — powiedziała rozbawiona Vaintè. — Możesz na tym skończyć.
Stallan rzuciła hèsotsan Kerrickowi i szybko się odwróciła. Nie dość jednak szybko, aby nie dojrzał w jej ruchach palącej nienawiści. Odwzajemnił się jej tym samym. Szybko jednak o wszystkim zapomniał, badając broń. Pragnął bardzo wypróbować ją na łowach. Nie chciałby jednak znaleźć się w pobliżu Stallan, gdy nikt nie będzie ich widział. Mądrzej będzie trzymać się teraz stale z dala od łowczyni, zwłaszcza w czasie polowania. Zatrute strzałki zabiłyby go równie łatwo, jak każde inne zwierzę.
Gdy następnego dnia nadeszła pora łowów, chodził ze swoją bronią, dopóki nie ujrzał Stallan i gdy poszła — wtedy wybrał się w przeciwną stronę. Nie miał ochoty zostać ofiarą nieszczęśliwego wypadku.
Nie było mu łatwo polować, holując za sobą niezdarną Inlènu*. Odnosił jednak sukcesy i w ciągu następnych dni Inlènu* przyniosła na plażę niejedną sarnę. Bardziej niż strzelanie do saren bawiło go podchodzenie do zdobyczy w wysokiej trawie. Była to przyjemność sama w sobie. Nie zauważał zmęczenia, miał wilczy apetyt i sypiał dobrze. Podczas powolnego posuwania się na północ Yilanè polowały stale, Kerrick każdego dnia przekonywał się, że może iść odrobinę dalej bez zmęczenia. Gdy oddaliły się od oceanu i ruszyły w górę szerokiej rzeki, poczuł się silny jak nigdy dotąd. Już w kilka dni później doszło do pierwszej bitwy, do pierwszej masakry tego lata.
Gdy wyruszyły, Kerrick pozostał jak zwykle w obozie na brzegu rzeki. Zdjęcia orła wskazywały, że ustuzou zbliżają się wzdłuż rzeki, wybrano więc dokładnie miejsce zasadzki. Nie była to sprawa Kerricka. Siedział na ziemi ze skrzyżowanymi nogami, drażniąc hèsotsan paznokciem, by otworzył gębę. Wtedy włożył do niej kawałek mięsa, myśląc o następnym polowaniu. Inlènu* jest taka hałaśliwa. Przynajmniej nauczyła się stać cicho i bez ruchu, gdy czatowali. Okrąży szerokim łukiem następne stado saren, potem położy się pod wiatr i będzie czekał. Sarny, uciekając przed łowczyniami, wyjdą prosto na niego. To był dobry plan.
Rozmyślania przerwał mu donośny głos. Nawet Inlènu* wzdrygnęła się i rozejrzała. Ryk rozległ się powtórnie, tym razem bliżej. Kerrick zerwał się, trzymając oburącz gotowy do strzału hèsotsan, gdy znów usłyszał krzyk i ciężkie dudnienie.
Coś ochryple ryczało na brzegu ponad nim. Nagle pojawił się tam wielki łeb. Długie białe kły, uniesiona trąba, kolejny słabnący ryk.
— Zabij ustuzou — błagała Inlènu*. — Zabij, zabij! Kerrick trzymał przy oku wycelowany hèsotsan, patrzył wzdłuż niego na ciemne oko zwierzęcia.
— Karu… — powiedział i nie strzelił. Inlènu* jęknęła ze strachu.
Mastodont uniósł trąbę i znów ryknął. Potem zawrócił i zniknął.
Karu. Dlaczego to powiedział? Co to znaczy? Ogromne stworzenie zaskoczyło go, ale ani trochę nie przestraszyło. To dziwne słowo „Karu” wzbudziło znów wspomnienia. Ciepłe i przyjacielskie, ale też zimne jak śmierć. Zadrżał, gdy o tym pomyślał. Walka musi się toczyć bardzo blisko.
Wielkie, włochate zwierzę spłoszyła bitwa, uciekło tutaj. Rad był, że go nie zabił.
— Eistaa posłała po kogoś imieniem Kerrick — powiedziała fargi, poruszająca się powoli wzdłuż brzegu rzeki. Była zraniona czymś ostrym, na przedramieniu miała duży bandaż. Z boku spływała jej krew.
— Umyj się — nakazał Kerrick, szarpnął smycz i Inlènu* sic podniosła. Hèsotsan zjadł kawałek mięsa. Chłopiec pogładził go, by zamknął pysk. Zwierzak miał drobne, ostre zęby i gdyby pozostały na wierzchu, mógłby kogoś pokaleczyć.
Szli wzdłuż rzeki, potem odsunęli się od niej, wychodząc na dobrze udeptany szlak. Mijały ich idące w przeciwnym kierunku ranne fargi. Niektóre leżały na ziemi, zbyt słabe, by iść dalej. Widzieli też zmarłą, z szeroko otwartymi oczami i ustami. Walki musiały być zażarte.
Potem Kerrick zobaczył pierwszych zabitych Tanu. Leżeli zwaleni na stos, mężczyźni, kobiety, obok drobne ciałka dzieci. Z tyłu — zdechły mastodont wśród złamanych tyk, rozrzuconych bagaży.
Kerrick, miotany sprzecznymi uczuciami, przechodził obok w milczeniu. To ustuzou, należy je zabijać. To Tanu — dlaczego zginęli? To wstrętne ustuzou, które wyrżnęły samców i młode Yilanè na plażach. Ale co go naprawdę obchodziły, co o nich wiedział? Nigdy nawet nie znalazł się w pobliżu plaż.
Fargi, przebita włócznią, leżała w śmiertelnym uścisku z łowcą, który ją ugodził. Fargi należała do Yilanè, a on, Kerrick, także jest Yilanè.
Choć nie, należy do Tanu. Czy jest także i Tanu?
Mimo iż na te pytania nie umiał odpowiedzieć, nie mógł o nich zapomnieć. A powinien. Wystarczy, żeby pamiętał, że był kiedyś chłopcem, lecz tamten chłopiec umarł. Jeśli chce żyć, to musi żyć jako Yilanè. Jest Yilanè, a nie brudnym ustuzou.
Fargi pociągnęła go za ramię i musiał iść za nią. Przechodził obok nieżywych Tanu, mastodontów, Yilanè. Nie wytrzymywał już tego widoku. Doszli do grupy uzbrojonych fargi, które usunęły się na bok, przepuszczając Kerricka. Stała tam Vaintè; każdy ruch jej ciała zdradzał niepowstrzymywany gniew. Ujrzawszy Kerricka, wskazała bez słowa na leżący przed nią przedmiot. Była to zwierzęca skóra, jakby źle wyprawiona i poplamiona, obwisła i bezkształtna z wyjątkiem wypchanej głowy.
Kerrick cofnął się z przerażeniem. To nie zwierzę — lecz Yilanè, rozpoznał ją. Sókain, geometrka zabita przez ustuzou. Zabita, odarta ze skóry i przyniesiona tutaj.
— Popatrz — Vaintè zionęła nienawiścią i nieokiełznaną wściekłością. — Widzisz, co te zwierzęta zrobiły osobie o takiej inteligencji i takim wdzięku. Chcę wiedzieć, które z nich jest za to odpowiedzialne, gdzie możemy je znaleźć? Wypytasz ustuzou, które złapałyśmy. Musieliśmy je zranić, by się poddało. To może być przywódca stada. Wyciągnij z niego wszystko, niech powie, co wie, zanim go zabiję. Pośpiesz się! Chcę to wiedzieć, gdy wrócę. Kilka ustuzou uciekło przed śmiercią, lecz Stallan weźmie swe łowczynie, wyśledzi je i zniszczy.
Na otoczonej wysokimi drzewami polanie leżał Tanu o poranionych rękach i nogach, a fargi biły go jego własną włócznią.
— Niech cierpi, ale niech nie umiera! — rozkazała Vaintè. Kerrick zobaczył, że łowca jest wysoki, wyższy od niego. Długa broda i włosy nasiąkły obficie krwią. Bity mężczyzna zachowywał milczenie.
— Przestańcie! — nakazał Kerrick, uderzając fargi bronią, by zwrócić na siebie uwagę. — Cofnijcie się!
— Kim jesteś? — mężczyzna zapytał niewyraźnie, potem zakaszlał i splunął krwią pomieszaną z kawałkami zębów. — Czy jesteś jeńcem, tak związanym? Ale umiesz mówić ich językiem. Gdzie są twoje włosy? Kim jesteś? Umiesz mówić?
— Jestem… jestem Kerrick.
— Imię chłopca, a nie łowcy. Ale już wyrosłeś…
— To ja zadaję pytania. Podaj mi swe imię.
— Jestem Herilak. To mój sammad. Zginęli, wszyscy zginęli, prawda?
— Część uciekła. Są ścigani.
— Imię chłopca. — Mówił teraz łagodniej. — Podejdź bliżej, chłopcze, który jesteś już mężczyzną. Niech ci się przyjrzę. Uszkodzili mi oczy, musisz podejść bliżej. Tak, widzę. Choć nie masz wcale włosów, to jednak masz twarz Tanu.
Herilak kręcił głową, usiłując usunąć krew z oczu. Kerrick pochylił się i łagodnie je wytarł. Jakby dotknął siebie, swej ciepłej skóry. Skóra taka jak jego, ciało też. Kerrick zadrżał, ręce mu się trzęsły w nie znanym dotąd zdenerwowaniu.