— Coś do nich mówisz — powiedział Herilak — i wiercisz się jak one. Potrafisz z nimi rozmawiać, tak?
— Odpowiedz na moje pytania. To nie ty masz prawo je zadawać. Herilak kiwnął ze zrozumieniem głową.
— Chcą, byś dla nich pracował. Jak długo z nimi jesteś?
— Nie wiem. Wiele lat… zim.
— Cały ten czas zabijały Tanu, Kerricku. My zabijaliśmy je także, ale zawsze za mało. Widziałem kiedyś chłopca trzymanego przez murgu. Czy mają wielu jeńców?
— Nie ma jeńców, tylko ja… — Kerrick zamilkł. Dawno zapomniane wspomnienie powróciło, brodata twarz wśród drzew.
— Złapali cię i wychowali, prawda? — Herilak niemal szeptał. — Umiesz z nimi rozmawiać, potrzebujemy twojej pomocy. Tanu potrzebuje cię teraz…
Przerwał ujrzawszy, co zwisa na szyi Kerricka. Odezwał się stłumionym głosem.
— Odwróć się chłopcze, odwróć do światła. Na szyi — czy to twoje?
— Moje? — powiedział Kerrick, dotykając zimnego metalu noża. — Chyba tak. Powiedziały, że miałem to na szyi, gdy po raz pierwszy do nich trafiłem.
Głos Herilaka dobiegał jak z oddali, on sam pogrążył się we wspomnieniach. — Gwiezdny metal. Byłem wśród tych, którzy widzieli, jak spada z nieba, szukali go i znaleźli. Byłem przy tym, jak robiono noże, wycinano je z bryły metalu płytkami kamienia, kuto i wiercono. Teraz — sięgnij mi pod futra, z przodu, o tu. Masz to, wyjmij.
Na rzemyczku zawisł metalowy nóż. Kerrick trzymał go mocno, nie wierząc oczom. Był taki sam jak jego — tylko dwa razy większy.
— Widziałem, jak je robiono. Większy dla łowcy, sammadara, mały dla jego syna. Syn miał imię chłopca, może brzmiało Kerrick, nie pamiętam. Ale ojciec był mi bliski. Nazywał się Amahast Potem, po wielu latach ponownie znalazłem nóż z gwiezdnego metalu — wśród połamanych kości jego ciała. Kości Amahasta.
Odkąd padło to imię, Kerrick słuchał nieporuszony. Imię, które wracało w snach, o którym zapominał po przebudzeniu. „Amahast”.
Amahast! Słowo to wyzwoliło falę wspomnień, przepływających przez jego umysł. Karu, jego mastodon t, zabity obok. Jego ojciec, Amahast, zabity, wokół unicestwiony sammad. Odkryła się mgła niepamięci, z której wyłonił się obraz ludzi z jego sammadu, ich trupy leżące wszędzie. Masakra sprzed lat, sprzed wielu lat Poprzez te wspomnienia powoli przebijały się słowa łowcy.
— Zabij je, Kerricku, zabij je, jak one zabiły nas.
Kerrick odwrócił się i pobiegł, ciągnąc za sobą Inlènu*, chciał uciec od łowcy i jego głosu, od wspomnień, które go opanowały. Ale przed nimi nie było ucieczki. Przeciskał się pomiędzy uzbrojonymi fargi, coraz wyżej po trawiastym stoku. Na jego szczycie usiadł, obejmując nogi, wpatrywał się w morze niewidzącym wzrokiem. Widział swego ojca, Amahasta. I jego sammad. Początkowo niewyraźnie, lecz w miarę odzyskiwania pamięci pojawiały się nowe szczegóły. Wspomnienia tkwiły w nim nadal, zagrzebane od dawna, acz ciągle przechowywane. Oczy wypełniły mu dziecięce łzy, choć jako dziecko nigdy nie płakał. Wezbrały w nim i spłynęły po policzkach dopiero na widok unicestwionego sammadu, wymordowanego niegdyś, tak samo jak teraz został wymordowany sammad Herilaka. Obie sceny zlały mu się w jedną. By przetrwać u Yilanè przez wszystkie te lata, musiał zapomnieć o przeszłości. Przeżył, zapomniał.
Ale teraz pamięć wróciła. We wspomnieniach było w nim dwóch ludzi, ustuzou mówiące jak Yilanè i chłopiec, który był Tanu.
Chłopiec? Popatrzył na swe dłonie, wygiął palce. Nie był już chłopcem. Urósł przez te lata. Był mężczyzną, choć nie wiedział, co znaczy być mężczyzną. Zrozumiał, że to jego ojciec i inni łowcy zajmowali tyle miejsca w pamięci. Teraz musi stanąć po ich strome.
Skoczył na nogi i ryknął głośno w wyzwaniu pełnym gniewu. Czym był? Kim był? Co się z nim działo? Miotany uczuciami, poczuł obręcz na szyi. Odwrócił się i zobaczył, że to Inlènu* szarpie go za łączącą ich smycz. Miała szeroko otwarte oczy, jej ruchy wyrażały zmartwienie i lęk wobec jego niezrozumiałych zachowań.
Chciał ją zabić, uniósł do połowy ściskaną w dłoniach broń.
— Marag — powtórzył na głos — marag. — Lecz gniew opadł z niego równie szybko i opuścił broń ze wstydem. W tej prostej istocie nie było zła, bardziej niż on była więźniem.
— Nie bój się, Inlènu* — powiedział. — Nic się nie dzieje. Nie bój się.
Uspokojona Inlènu* usiadła na ogonie i patrzyła zmrużonymi oczyma na wieczorne słońce. Kerrick spojrzał na polanę wśród drzew, na której czekał Herilak.
Czekał na co? Na odpowiedź, to jasne. Odpowiedź, której Kerrick nie mógł udzielić, choć rozumiał pytanie.
Kim był? Fizycznie był Tanu, mężczyzną o pamięci chłopca, który nigdy nie wyrósł na Tanu. Było to jasne i oczywiste, gdy się nad tym zastanawiał. Chłopiec ten, aby przeżyć, musiał zostać Yilanè. To było też oczywiste. Yilanè wewnątrz, Tanu na zewnątrz. Tyle wiedział na pewno. Nie wiedział jednak, co z nim będzie dalej. Jeśli nic nie zrobi, będzie prowadził życie podobne do tego w przeszłości. Nadal utrzyma wysoką pozycję, tuż obok eistai, pozycję bezpieczną i szanowaną. Jako Yilanè.
Ale czy tego chciał? Czy taka ma być jego przyszłość? Nigdy się przedtem nad tym nie zastanawiał, nie miał pojęcia, że mogą powstawać takie problemy. Wzruszył ramionami, próbując zrzucić niewidzialne brzemię. Musiał powoli wszystko rozgryźć. Zrobi to, co kazała mu Vaintè, wypyta ustuzou. Potem będzie czas na zastanowienie się nad tymi sprawami, już teraz boli go od nich głowa.
Gdy wrócił, nadal związany Herilak leżał na ziemi. Pilnowały go trzy fargi, stojące posłusznie. Kerrick spojrzał na łowcę, chciał się odezwać, ale nie znajdował słów. Herilak przerwał milczenie.
— Zrób, co ci powiedziałem — szepnął. — Zabij murgu, przetnij mi więzy i uciekaj ze mną. Pójdziemy w góry, w śniegi zimy, gdzie łowy i ogień w namiotach. Wróć do swego ludu.
Słowa, choć powiedziane szeptem, rozbrzmiewały mu w głowie jak dzwon.
— Nie! — krzyknął głośno. — Zamilknij. Będziesz tylko odpowiadał na moje pytania. Nie będziesz mówił nie pytany…
— Zaginąłeś, chłopcze, zaginąłeś, lecz nie zostałeś zapomniany. Próbowały uczynić cię jednym z nich, ale nie jesteś jak one. Jesteś Tanu. Możesz teraz wrócić do swego sammadu, Kerricku.
Kerrick krzyczał gniewnie, każąc Herilakowi zamilknąć, nie mógł jednak uciec od głosu łowcy i jego słów. Ale im nie ulegał. To fargi, trzymająca nadal włócznię łowcy, zdecydowała za niego. Nic nie rozumiała, lecz dostrzegła sprzeciw. Pamiętając wcześniejsze rozkazy eistai, pośpieszyła na pomoc, waląc Herilaka po bokach końcem włóczni.
— Nie! — Kerrick ryknął głośno w języku Tanu. — Nie możesz tego robić!
Broń w jego rękach wypaliła niemal bezwiednie, fargi upadła martwa. Z gniewem odwrócił się i strzelił do następnej. Zwaliła się z rozwartymi szeroko w niedowierzaniu ustami. Trzecia zaczęła unosić swą broń, lecz padła jak poprzednie. Ściskał ciągle hèsotsan, plujący dookoła strzałkami.
— Weź włócznię — nakazał Herilak. — Uwolnij mnie.
Inlènu* pochyliła się, gdy Kerrick powlókł się do fargi i wyszarpnął włócznię z jej martwych rąk. Przeciął więzy na kostkach Herilaka, potem na rękach.
— Co to znaczy? Co się stało? — zawołała gniewnie Vaintè.
Kerrick odwrócił się i ujrzał ją, jak stoi nad nim z otwartymi ustami, błyskając zębami. Zobaczył teraz, w nagłym przypływie pamięci, jak te zęby rozrywają gardło dziewczyny. Widział nad sobą rzędy zębów, gdy go dosiadała, rycząc z rozkoszy. Rozkoszy, która była także jego udziałem.