Rozkosz i nienawiść, czuł je teraz jednocześnie.
Mówiła coś, czego nie słyszał, wydawała rozkazy, których nie chciał wykonać, potem odwróciła się i sięgnęła po jeden z porzuconych hèsotsanów.
To, co było odruchem, nie wymagało namysłu czy wysiłku. Włócznia, rzucona w przód, uderzyła w bok Vaintè, zagłębiła się w jej ciało. Złapała ją i wyciągnęła. Krew trysnęła z rany.
— Biegnij! — krzyknął Herilak, szarpiąc Kerricka za ramię. — Chodź ze mną. Nie możesz tu zostać po tym, co zrobiłeś. Musisz iść ze mną. Tylko to możesz zrobić.
Wziął Kerricka za rękę, ciągnąc go ku ciemnej ścianie lasu za polaną. Kerrick opierał się — potem ruszył za nim chwiejnie, ściskając kurczowo w dłoni zapomnianą włócznię. Z tyłu wlokła się Inlènu*.
Odgłosy ich kroków ucichły, gdy zniknęli wśród drzew. Polna była też cicha.
Cicha jak śmierć.
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ I
Stadko wron zataczało szerokie kręgi, nim głośno kracząc zapadło między drzewami. Było już popołudnie, ciepłe mimo lekkiego wiatru. Pod drzewami było chłodniej, liście brzóz i dębów rosły tak gęsto, że do poszycia lasu dochodziły jedynie migocące plamki światła. Układały się w ruchome wzory na trzech ciałach rozciągniętych na miękkiej trawie.
Wyczerpały się nawet niespożyte siły Herilaka. Z otwartych na nowo ran spływała krew, sklejając włosy i brodę, brocząc po bokach. Łowca leżał na wznak, miał zamknięte oczy, chrapliwie oddychał.
Naprzeciw leżała Inlènu*, mimowolnie naśladująca jego pozę. Rozwarła szeroko usta, chłodząc się po wytężonym marszu.
Kerrick nie był aż tak zmęczony, wiedział, co się stało i gdzie się znajdują. Na wzgórzu nie opodal brzegu. Uciekali, dopóki Inlènu* mogła biec, a gdy zatoczyła się i stanęła, Herilak padł obok niej. Podczas ucieczki panika powoli opuszczała Kerricka — teraz, odpoczywając, z przerażeniem myślał o tym, co zrobił.
Co uczynił?
Wiedział, do czego doprowadził. Zniszczył siebie. Zamordował eistaę. Teraz, gdy opuściły go emocje, nie mógł zrozumieć, co pchnęło go do tak szaleńczego czynu. Jednym ciosem włóczni przeciął wszystkie więzy łączące go z Yilanè, zwrócił przeciw sobie każdą Yilanè. Skończyło się dotychczasowe życie, odeszło w przeszłość. Nie ma już dla niego powrotu do wygód Alpèasaku, do łatwego życia, jakie tam prowadził. Przed sobą zaś miał jedynie niewiadomą pustkę, pewny mógł być tylko śmierci. Drżąc z lęku, odwrócił się i rozgarnął krzaki. Na dole nie zobaczył żadnego ruchu. Nic nie wskazywało na pościg. Było chyba jeszcze za wcześnie, ale nadejdą na pewno. Nie pozwolą, by morderca eistai umknął bezkarnie. Po tym, co uczynił, nie mógł wrócić. Przeszłość umarła. Był teraz zbiegiem, Yilanè między ustuzou. Bardziej samotnym niż kiedykolwiek dotąd. Rozmyślania przerwały mu słowa Herilaka.
— Dobrze zrobiłeś, Kerricku, ładne, czyste pchnięcie. Zabiłeś dowódcę.
Głos Kerricka zabrzmiał niepewnie:
— Coś więcej niż dowódcę. Przywódcę, wodza miasta, jego sammadara.
— Jeszcze lepiej.
— Lepiej? Jej śmierć to wyrok na mnie!
— Jej? Ten wstrętny marag był samicą? Trudno w to uwierzyć.
— To wszystko samice. Samce są trzymne w zamknięciu. Herilak dźwignął się na łokciu i spojrzał zimno na Inlènu*.
— To też samica?
— Jak wszystkie.
— Daj mi włócznię. Będzie o jedną mniej.
— Nie! — Kerrick odsunął broń, nim palce Herilaka zdołały ją odnaleźć. — Nie zabijaj Inlènu*. Jest nieszkodliwa, to taki sam więzień, jak ja. Nie zabijaj jej.
— Dlaczego? Czy to nie takie jak ona wycięły mój sammad, zabiły wszystkich, co do jednego? Daj mi włócznię. Zabiję ją i uwolnię ciebie. Czy daleko zajdziesz przywiązany do niej?
— Nie skrzywdzisz jej, zrozumiałeś? — Kerrick sam był zdumiony zdecydowaniem, z jakim bronił Inlènu*. Dotąd nic dlań nie znaczyła. Uważał ją jedynie za zawadę. Teraz jednak dodawała mu odrobinę otuchy.
— Skoro nie chcesz jej zabić, to uwolnij się od niej, przecinając grotem linkę.
— Tej linki nie mogę przeciąć. Widzisz, kamienne ostrze nawet jej nie zarysuje. — Bez żadnego skutku piłował gładką, twardą powierzchnię.
— Uciekła część twego sammadu. — Chciał odwrócić na chwilę myśli Herilaka od Inlènu*. — Tak słyszałem. Słyszałem też, że są ścigam.
— Czy wiesz, kto uciekł? Ilu?
— Nie. Tylko to, że uciekli.
— Muszę się zastanowić. Ktokolwiek jest wśród nich, nie pójdą dalej na południe. Nie są tacy głupi. Wrócą drogą, którą tu przybyliśmy. Tak, to właśnie zrobią. Ż powrotem do najbliższej wody, do strumienia, nad którym obozowaliśmy ostatniej nocy. My też musimy tam iść. — Spojrzał na Kerricka. — Czy jesteśmy śledzeni?
— Oglądałem się. Chyba nikt nie widział, jak uciekaliśmy. Ale ruszą za nami. Są dobrymi tropicielkami. Po tym, co zrobiłem, nie pozwolą mi uciec.
— Niepotrzebnie się martwisz. Jeszcze ich tu nie ma. Nie będziemy jednak bezpieczni, dopóki nie oddalimy się od brzegu. Mogą nas znaleźć na tych wzgórzach, jeśli jak powiedziałeś, znają się choć trochę na tropieniu. — Spróbował wstać, udało mu się to przy pomocy Kerricka. Starł z oczu zakrzepłą krew i rozejrzał się. — Pójdziemy w tę stronę, wzdłuż doliny. Jeśli skierujemy się nią na północ, to po przekroczeniu grzbietu trafimy na obozowisko nad strumieniem. Ruszajmy.
Posuwali się powoli aż do wieczora, opóźniani słabnącymi siłami Herilaka. Mimo braku pogoni parli bez odpoczynku. Wspinali się w górę porosłej trawą doliny, gdy Herilak przystanął i uniósł głowę, by wciągnąć powietrze.
— Sarna — powiedział. — Potrzebujemy jedzenia. Nie sądzę, by nas ścigano, lecz gdyby nawet tak było, musimy spróbować. Kerrick, przynieś dobrze wyrośniętego koziołka. Kerrick spojrzał na włócznię, wyważył ją w dłoni.
— Nie rzucałem, odkąd byłem chłopcem. Nie mam już wprawy.
— Odzyskasz ją.
— Nie dzisiaj. Ty masz wprawę, Herilaku. Czy starczy ci sił? — Podał mu włócznię.
— Gdy zabraknie mi sił na łowy, wówczas umrę. Idź nad potok, pod drzewa. Popatrz uważnie i czekaj, aż wrócę.
Herilak wyprostował się, sprawdził wyważenie włóczni, potem szybko i cicho odbiegł. Kerrick odwrócił się i zszedł nad potok. Najpierw ugasił pragnienie, potem ochlapał swe pokryte kurzem ciało. Inlènu* przyklękła i hałaśliwie chłeptała wodę, a następnie rozłożyła się na brzegu, trzymając ogon w strumieniu.
Kerrick zazdrościł jej spokoju, obojętności. To chyba przyjemnie być taką głupią. W ogóle nie zastanawiała się, co tu robi, nie miała pojęcia, co się zdarzyło.
Kerrick wiedział, co tracił — natomiast przyszłość była dlań całkowicie mglista. Musi na nią przystać, ale jeszcze na to za wcześnie. Jak zdoła żyć poza miastem? Nic nie wiedział o prymitywnym bytowaniu. Dziecięce wspomnienia nie wystarczały, by żyć jak Tanu. Nie umiał nawet miotać włócznią.
— Idzie Yilanè — powiedziała Inlènu*. Przerażony, skoczył na nogi. Stallan ze swymi łowczyniami! Nadchodzi jego śmierć. Cofał się przed hałasem w krzakach — potem odetchnął z ulgą, gdy ukazał się Herilak z przerzuconym przez ramię rogatym koziołkiem. Położył go ciężko i usiadł obok.