Выбрать главу

Kerrick odwrócił się, chcąc zbesztać Inlènu*, gdy uświadomił sobie, że to nie jej wina. Inlènu* wszystkich mówiących uważała za Yilanè. Chciała tylko powiedzieć, że ktoś się zbliża.

— Widziałem murgu — słowa Herilaka wzmogły strach Kerricka. — Były w sąsiedniej dolinie, wracały nad morze. Myślę, że straciły nasz trop. Teraz się posilimy.

Herilak rozciął włócznią i wypatroszył jeszcze ciepłego kozła. Z braku ognia wyciął wpierw wątrobę, podzielił i dał kawałek Kerrickowi.

— Nie jestem głodny, jeszcze nie — powiedział Kerrick, spoglądając na surowe, krwiste mięso.

— Zgłodniejesz. Nie gardź tym.

Inlènu*, choć odwrócona, kątem oka śledziła każdy ruch Herilaka. Czuł to i gdy tylko najadł się do syta, wskazał ją zakrwawionym palcem.

— Czy to je mięso?

Kerrick uśmiechnął się i rozkazał Inlènu* otworzyć usta. Posłuchała, poruszając jedynie szczękami. Herilak spojrzał na rzędy błyszczących, spiczastych zębów i chrząknął.

— Je mięso. Nakarmić ją?

— Tak, cieszyłbym się.

Herilak urwał przednią nogę sarny, zdjął z niej skórę i wręczył Kerrickowi.

— Ty ją nakarm. Nie podobają mi się te zęby.

— Inlènu* jest nieszkodliwa. To tylko głupia fargi. Inlènu* chwyciła nogę kciukami i zaczęła wolno żuć mięso, wpatrując się w dal.

— Co powiedziałeś, czym jest?

— Fargi. To, no, nie potrafię powiedzieć, co to znaczy. Ktoś uczący się mówić, lecz jeszcze niezbyt w tym biegły.

— Czy ty jesteś fargi?

— Nie jestem! — Kerrick poczuł się urażony. — Jestem Yilanè. To znaczy, choć jestem Tanu, to mówię jak Yilanè i biorą mnie za taką. Brały mnie za taką.

— Jak do tego doszło? Pamiętasz to?

— Teraz tak. Ale długo nie pamiętałem.

Mówił z przerwami, z trudem znajdował słowa, bo po raz pierwszy mówił językiem Tanu, odkąd wymordowano sammad Amahasta. Odżyły w nim wspomnienia masakry, pojmania, lęku przed niechybną śmiercią i jej niespodziewane uniknięcie. Potem zamilkł, bo brakowało mu słów, by opisać następne lata.

Herilak milczał. Niewiele zrozumiał z tego, co przydarzyło się chłopcu imieniem Kerrick, któremu udało się przeżyć, gdy wszyscy inni umarli. Jako jedyny przetrwał, przyzwyczaił się do murgu. Nauczył się ich języka, potrafił żyć wśród nich. Było w nim wiele cech murgu, choć sobie tego nie uświadamiał. Poruszał się przy mówieniu, siedział nieruchomo, gdy milczał. Coś z nim zrobili, nie miał na sobie ani jednego włoska. I nosił tę sakwę, która wyglądała jak jego skóra i zakrywała mu męskość. Myśli Herilaka przerwał nagły plusk. Kerrick też go usłyszał i nagle zbladł.

— Znalazły nas. Już po mnie.

Herilak gestem nakazał mu milczenie, wziął włócznię, wstał i spojrzał ku potokowi. Rozległo się ponowne pluśniecie, odgłos rozgarnianych na zakręcie krzewów. Uniósł włócznię, gdy pojawił się łowca.

— To Ortnar — powiedział i zawołał go.

Usłyszawszy głos, Ortnar wyprostował się i skinął. Był bardzo wyczerpany, szedł podpierając się włócznią. Inlènu* zauważył dopiero wtedy, gdy stanął blisko. Złapał włócznię, by nią cisnąć, powstrzymał go dopiero rozkaz Herilaka.

— Stój. Ten marag to jeniec. Jesteś sam?

— Teraz tak. — Opadł ciężko na ziemię. Odłożył na bok łuk i pusty kołczan, lecz ściskał nadal włócznię, patrząc gniewnie na Inlènu*.

— Gdy napadły murgu, był ze mną Tellges, właśnie wróciliśmy do sammadu z polowania. Walczyliśmy, póki starczyło nam strzał. Zbliżały się do nas ze śmiercio-kijami. Nic już nie mogliśmy zrobić. Poza nami wszyscy zginęli. Kazałem mu uciekać, lecz zostawał z tyłu, biegł za wolno. Ścigały go, odwrócił się, by walczyć. Upadł. Poszedłem dalej sam. Powiedz mi teraz, co to za stworzenie?

— Nie jestem żadne stworzenie, lecz Tanu — zezłościł się Kerrick.

— Nigdy nie widziałem takiego Tanu. Bez włosów, bez włóczni, przywiązany do maraga…

— Cicho — nakazał Herilak. — To Kerrick, syn Amahasta. Jego matka była moją siostrą. Był więźniem murgu. Ortnar przetarł dłonią usta.

— Przepraszam, mówiłem bez zastanowienia. Dziś jest dzień śmierci. Jestem Ortnar, witam cię. — Wykrzywił twarz, próbując się uśmiechnąć. — Witaj w sammadzie Herilaka, mocno teraz uszczuplonym. — Spojrzał na ciemniejące niebo. — Nocą pojawi się wiele nowych gwiazd.

Słońce wisiało teraz nisko, a na tej wysokości powietrze było chłodne. Inlènu* odłożyła dokładnie obgryzioną kość i spojrzała na Kerricka.

— Pokornie pytam, niska wysoką, gdzie są płaszcze?

— Nie ma płaszczy, Inlènu*.

— Zimno mi.

Kerrick też drżał, choć nie z zimna.

— Nic na to nie poradzę, Inlènu*, zupełnie nic.

ROZDZIAŁ II

Inlènu* zmarła w nocy.

Kerrick obudził się o świcie, drżąc z zimna. Rosa perliła się na trawie, a znad strumienia unosiła się mgiełka. Gdy odwrócił się ku Inlènu*, zobaczył jej rozwarte szeroko usta i otwarte, niewidzące oczy.

„Zimno — pomyślał. — Zmarła w nocy z zimna”.

Potem obok głowy ujrzał kałużę krwi. Grot włóczni ugodził ją w gardło, uciszając na zawsze. Kto dokonał tego okrutnego czynu? Herilak spał jeszcze, natomiast oczy Ortnara były otwarte, przyglądał mu się chłodno.

— Ty to zrobiłeś! — zawołał Kerrick, skacząc na równe nogi. — Zamordowałeś podczas snu tę nieszkodliwą istotę.

— Zabiłem maraga — odpowiedział zuchwale Ortnar. — Zawsze należy je zabijać.

Trzęsąc się z wściekłości, Kerrick sięgnął po włócznię Herilaka. Nie zdołał jej jednak podnieść; wielki łowca był szybszy.

— To stworzenie nie żyje — powiedział Herilak. — Koniec z nim. I tak wkrótce zginęłoby z zimna.

Kerrick puścił włócznię i skoczył nagle na Ortnara. Złapał go oburącz za gardło, wcisnął mu głęboko kciuki w tchawicę. Zabolało go własne gardło, ściśnięte przez obręcz; wlókł za sobą martwe ciało Inlènu*, lecz nie zwracał na to uwagi. Ortnar wyrywał się z uścisku, próbował sięgnąć po swą włócznię, lecz Kerrick przygwoździł ramię łowcy kolanem, mocno przycisnął. Ortnar walczył coraz słabiej, darł plecy Kerricka paznokciami wolnej ręki, lecz ten w swej wściekłości nic nie czuł.

Gdyby Herilak się nie wtrącił, byłoby już po Ortnarze. Wódz chwycił ręce Kerricka w swe wielkie dłonie. Ortnar dyszał ciężko, potem jęknął i złapał się za posiniaczone gardło. Ślepa złość odeszła Kerricka i przestał się szarpać. Herilak go puścił.

— Tanu nie zabijają Tanu — powiedział.

Kerrick zaczął protestować, lecz zaraz umilkł. Już się stało. Inlèanu* nie żyje. Nic nie zmieni śmierć jej mordercy. Ponadto Herilak miał rację; zima i tak by ją zabiła. Kerrick usiadł przy nieruchomej postaci i spojrzał na wschodzące słońce. Czy w ogóle coś dla niego znaczyła? To tylko głupia fargi, postępująca zawsze po swojemu. Wraz z jej śmiercią przerwała się ostatnia więź łącząca go z Alpèasakiem. Niech tak będzie. Jest teraz Tanu. Zapomni, że kiedykolwiek był Yilanè.

Potem uświadomił sobie, że trzyma giętką smycz łączącą go z Inlènu*. Wciąż nie jest wolny. A tej smyczy nie da się przeciąć, wiedział o tym. Zrozumiał, że może się wyswobodzić w jeden tylko sposób. Spojrzał ze zgrozą na twarz Herilaka. Sammadar kiwnął ze zrozumieniem głową.