Выбрать главу

— Zrobię co trzeba. Odwróć się, bo nie będzie to dla ciebie przyjemne.

Kerrick patrzył na strumień, lecz słyszał wyraźnie, co się dzieje za jego plecami. Ortnar powlókł się do wody, by przemyć twarz i szyję, a Kerrick głośno go znieważył, starając się zagłuszyć dobiegające dźwięki.

Wkrótce było po wszystkim. Herilak wytarł obręcz o trawę, nim podał ją Kerrickowi. Ten długo mył obrożę w płynącej szybko wodzie. Gdy była już czysta, wziął ją w obie ręce i odszedł w górę nurtu. Nie chciał widzieć tego, co leżało za jego plecami.

Odwrócił się szybko, słysząc zbliżających się łowców; nie chciał być zabity od tyłu.

— Ma ci coś do powiedzenia — Herilak pchnął Ortnara do przodu. Jego twarz wykrzywiała nienawiść, chrypiał dotykając posiniaczonego gardła.

— Może źle zrobiłem, zabijając maraga — ale nie żałuję tego. Sammadar kazał mi to powiedzieć. Co się stało, to się nie odstanie. Próbowałeś mnie jednak zabić, a o tym tak łatwo się nie zapomina. Twoje przywiązanie do tego maraga było mocniejsze, niż sądziłem — nie chcę nic więcej o tym wiedzieć. Mówię to teraz z własnej nieprzymuszonej woli, byś wiedział, że twoim plecom nic nie grozi od grotu mej włóczni. Co ty na to?

Obaj łowcy wpatrywali się w Kerricka w napiętym milczeniu. Wiedział, że to on musi zadecydować. Teraz. Inlènu* jest martwa i nic nie zdoła przywrócić jej życia. Musiał zrozumieć zimną nienawiść Ortnara po tym, co spotkało jego sammad. Właśnie on, przede wszystkim on, powinien to zrozumieć.

— Twoim plecom nic nie grozi od mej włóczni, Ortnarze — powiedział.

— Na tym koniec — stwierdził Herilak i zabrzmiało to jak rozkaz. — Nie będziemy więcej o tym mówić. Ortnarze, poniesiesz cielsko sarny. Wieczorem rozniecimy ogień i najemy się do syta. Zabierz Kerricka, znasz drogę. Zatrzymajcie się w południe. Wtedy do was dołączę. Między tymi drzewami jest kryjówka. Jeśli murgu będą nas ścigały, wkrótce się o tym dowiem.

Obaj mężczyźni szli jakiś czas w milczeniu. Droga była łatwa do odszukania, znaczyły ją głębokie ślady włóków. Prowadziła w górę, niemal do końca doliny, potem przez przełęcz do następnej. Ortnar ciężko dyszał pod ciężarem kozła i stanął, gdy doszli do wolno toczącego się strumienia.

— Trochę wody, obcy, potem pójdziemy dalej. — Zrzucił kozła i zanurzył twarz w wodzie. Wstał, nadal dysząc.

— Nazywam się Kerrick, syn Amahasta — powiedział Kerrick. — Czy to tak trudno zapamiętać?

— Spokojnie, Kerrick. Jeszcze boli mnie gardło od naszego ostatniego spotkania. Nie chcę cię obrazić, ale wyglądasz dziwnie. Zamiast brody czy włosów masz tylko meszek.

— Wyrosną z czasem. — Kerrick pogładził szczecinę na twarzy.

— Tak, tak sądzę. Ale teraz wygląda to dziwnie. I ten pierścień na twojej szyi. Dlaczego go nosisz? Nie można go przeciąć?

— Weź, spróbuj sam. — Kerrick podał pierścień Inlènu* i patrzył z uśmiechem, jak Ortnar bezskutecznie tnie przezroczysty materiał grotem włóczni.

— To jest gładkie i miękkie — a jednak nie mogę tego przeciąć.

— Yilanè potrafią wiele rzeczy, których my nie umiemy. Gdybym ci powiedział, jak to zrobiono, nie uwierzyłbyś.

— Znasz ich tajemnice? Jasne, musisz znać. Opowiedz mi o śmiercio-kijach. Złapaliśmy jeden, ale nie udało się nic z nim zrobić. W końcu zaczął cuchnąć, przecięliśmy go i okazał się jakimś zdechłym zwierzęciem.

— Nazywa się hèsotsan. To szczególny rodzaj zwierząt. Gdy są młode, poruszają się jak każde inne zwierzę. Ale gdy dorosną, stają się takie, jak widziałeś. Muszą być specjalnie karmione. Potem wkłada się do nich strzałki, które wystrzeliwują po odpowiednim przyciśnięciu.

Ortnar siedział z otwartymi ustami, usiłując coś pojąć.

— Ale jak to możliwe? Gdzie można znaleźć takie zwierzęta?

— Nigdzie. To tajemnica murgu. Widziałem, co robią, lecz nie mogłem tego zrozumieć. Potrafią robić dziwne rzeczy przy pomocy zwierząt. Wiedzą, jak je do tego hodować. Ciężko to wytłumaczyć.

— Jeszcze trudniej zrozumieć. Pora ruszać. Teraz twoja kolej na sarnę.

— Herilak kazał ją tobie nieść.

— Tak, lecz pomożesz chyba przy jej zjedzeniu. Ortnar powiedział to z uśmiechem i Kerrick, wbrew sobie, również się uśmiechnął.

— Dobrze, daj ją. Ale niedługo weźmiesz z powrotem. Czy Herilak mówił coś o ogniu? — Na wspomnienie nagle napłynęła mu ślinka. — Pieczone mięso — zapomniałem, jak to smakuje.

— Czy murgu jedzą tylko surowe mięso? — spytał Ortnar, gdy znów ruszyli w drogę.

— Nie. Właściwie tak i nie. Jest w pewien sposób zmiękczane. Można się do niego przyzwyczaić.

— Dlaczego nie pieką go jak należy?

— Bo… — Kerrick zadumał się na chwilę. — Bo nie rozpalają ognia. Nigdy przedtem tego nie zauważyłem. Sądzę, że nie potrzebują ognisk, bo tam, gdzie żyją, jest zawsze ciepło. Niekiedy w nocy lub podczas chłodniejszych czy deszczowych dni otulają się — nie ma na to słowa — w ciepłe rzeczy.

— Skóry? Futra?

— Nie. W dające ciepło żywe istoty.

— Brzmi to paskudnie. Im więcej słyszę o murgu, tym bardziej ich nie znoszę. Nie potrafię zrozumieć, jak mogłeś żyć wśród takich stworów.

— Nie miałem wyboru — odparł Kerrick ponuro. Odtąd szli w milczeniu.

Herilak dołączył do nich wkrótce po tym, gdy doszli do miejsca przewidzianego na nocleg.

— Droga za nami jest pusta. Wracają.

— Pieczeń! — cmoknął Ortnar. — Szkoda jednak, że nie zabraliśmy z sobą ognia.

Te słowa zbudziły w Kerricku dawno pogrzebane wspomnienia.

— Kiedyś to robiłem — powiedział. — Pilnowałem ognia na dziobie łodzi.

— To zajęcie dla chłopców — powiedział Herilak. — Łowca musi sam rozniecać ogień. Czy wiesz, jak się to robi? Kerrick zawahał się.

— Pamiętam, że widziałem, jak to robiono, ale zapomniałem. To było tak dawno.

— No to popatrz. Jesteś teraz Tanu i musisz znać takie rzeczy, jeśli masz zostać łowcą.

Trwało to długo. Herilak odłamał gałąź martwego, dawno uschłego drzewa. Starannie je przyciął i wygładził. W tym czasie Ortnar poszedł głębiej w las i wrócił z naręczem suchego, spróchniałego chrustu. Połamał go i starł na drobny proszek. Skończywszy obrabiać kij, Herilak odłupał płaski kawał drewna i wywiercił w nim grotem włóczni płytki otwór.

Gdy wszystko było już gotowe, Herilak wziął łuk Ortnara i obwiązał cięciwą starannie wygładzony kij. Usiadł na ziemi, trzymając mocno nogami podłużny kawał drewna, wsadził w otwór zaostrzony koniec kija i zaczął pociągać łukiem w przód i w tył, obracając cięciwą kij. Gdy Herilak rozkręcił kij, Ortnar wsypał do otworu odrobinę sproszkowanego drewna. Uniosła się cienka strużka dymu. Zadyszawszy się z wysiłku, Herilak odpoczął chwilkę.

Gdy obracał kijem następnym razem, obok kłębu dymu pokazały się drobne iskierki. Rzucili na nie proszek drzewny i ostrożnie dmuchali, osłaniając nikłe płomienie złączonymi dłońmi. Wreszcie zaśmiali się radośnie, podrzucając drewna, aż ogień wzbił się wysoko. Potem pozwolili mu przygasnąć, póki nie zmienił się w rozżarzone węgle. Położyli na niech mięso, a Kerrick wdychał zupełnie już zapomniane zapachy pieczeni.

Parząc sobie palce, odrywali wielkie kawały gorącego mięsa. Jedli i jedli, aż po twarzach zaczęły płynąć krople potu. Po odpoczynku zaczęli jeść znowu. Kerrick nie pamiętał, by w całym swym życiu jadł coś równie dobrego.

Tej nocy spali z nogami przy tlącym się ognisku, ogrzani i zadowoleni, z pełnymi brzuchami.