Выбрать главу

Kerrick obudził się w nocy, gdy Herilak wstał, by dorzucić drew do ognia. Na czarnym niebie wyraźnie odcinały się jasne punkty gwiazd. Tuż nad wschodnim horyzontem wisiała konstelacja Łowcy. Po raz pierwszy od ucieczki Kerrick był spokojny, czuł się bezpiecznie, mając łowców po obu swych bokach. Nie ścigano ich. Nic im nie groziło ze strony Yilanè.

Nic nie groziło? Czy to w ogóle możliwe? Wiedział, że łowcy nie mają pojęcia, jak bezlitosny jest ich wróg. Jak silny. Latające drapieżniki znajdą wszystkich Tanu, w każdej dolinie i na każdej łące. Nigdzie nie będą przed nimi bezpieczni. Uzbrojone fargi będą atakowały, dopóki nie wybiją wszystkich Tanu. Nie było dokąd przed nimi uciec. Nie potrafił już zasnąć, uciec w bezpieczne zapomnienie.

Leżał przebudzony, przekonany o nieuniknionej klęsce. Patrzył, jak jaśnieje niebo na wschodzie i po kolei nikną gwiazdy. Zaczyna się nowy dzień. Pierwszy dzień jego nowego życia.

ROZDZIAŁ III

Po długim, całodziennym marszu Kerrick miał opuchnięte i pokaleczone stopy. Siedząc na dużym kamieniu, moczył je teraz w zimnej wodzie strumienia, żując jednocześnie kawałek twardego mięsa. Skóra na podeszwach stóp była zgrubiała i twarda, nie przywykł jednak do chodzenia po kamieniach. Teraz pokrywały ją skaleczenia i Kerrick z lękiem myślał o czekającym go ciężkim dniu. Herilak zobaczył jego rany i wskazał na długie rozcięcie prawej stopy.

— Musimy coś z tym zrobić.

On i Ortnar nosili sprężyste, lecz mocne mokasyny, wykonane z dwóch kawałków wyprawionej skóry, zszytych nićmi z jelit Nie mieli pod ręką materiałów do zrobienia czegoś podobnego, lecz w pobliżu pełno było innych surowców. Herilak znalazł kamienie, które można było łatwo odłupywać i odbił z nich małe, ostre płytki. Ortnar zdjął skórę sarny i oczyścił ją w bieżącej wodzie z kawałków mięsa. Potem Herilak wyciął z niej podeszwy, przymierzył je do stóp Kerricka i umocował cienkimi paskami.

— Na razie wytrzymają — powiedział. — Nim skóra zesztywnieje i zacznie śmierdzieć, będziemy już daleko.

Kerrick podniósł resztę skóry i sprawdził, że wystarczy jej akurat na owinięcie się w pasie, gdzie można ją umocować rogiem koziołka. Wyskrobał ją z resztek mięsa, jak przedtem Ortnar i zdjął noszoną od tylu lat miękką, skórzaną sakwę. Zwisała mu z dłoni, mocujące ją ssawki lśniły wilgocią. Z nagłą odrazą wrzucił ją do strumienia. Tamto życie ma już na zawsze za sobą; teraz jest już Tanu.

Odwracając się zahaczył jednak o pierścień tkwiący przez wszystkie te lata na szyi Inlènu*, nadal połączony z pierścieniem otaczającym jego szyję. Trzymał go przed sobą, przeklinając jego gładkość, przejrzystość i wytrzymałość. W nagłym gniewie walnął nim o kamień wystający z dna strumienia, bił w niego innym kamieniem, aż opuściła go wściekłość. Pierścień pozostał nie draśnięty.

Przyglądający się Ortnar dotknął dłonią niezarysowanej powierzchni.

— Nie da się przeciąć, nie da się złamać. Mocniejsze od kamienia. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Czy woda tego nie zmiękczy?

— Nie, ani trochę.

— Nawet gorąca woda, wrzątek?

— Nigdy nie próbowałem. Nie było jej w mieście. Nie zagotuje sic wody bez ognia…

Mówiąc to, popatrzył na pierścień i giętką smycz, potem powoli przeniósł wzrok na dymiące na brzegu ognisko. Nawet woda, wrzątek. To coś, o czym Yilanè nie miały pojęcia.

Ogień.

To może się udać. Pierścień nie jest z kamienia ani z metalu. Może się stopi, spali czy choćby zmięknie. Wówczas niewykluczone, że będzie na tyle słaby, iż da się go przeciąć. Ortnar radośnie klasnął w dłonie.

— Czemu nie? Ogień może dać mu radę. Powiedziałeś, że murgu nie mają ognia.

— Nie mają.

— Spróbuję.

Ortnar wziął wiszący na końcu smyczy pierścień, podszedł do dymiącego popiołu ogniska i wsadził go do środka.

Nic się nie stało. Kerrick patrzył ponuro, jak łowca wyciągnął pierścień i starł popiół z gładkiej powierzchni. Nie uległa zmianie, jedynie parzyła w palce. Ortnar włożył je do ust, po czym rozrzucił kawałki węgla. Grzebał kijem w ognisku, aż pokazały się płomienie. Zapalonym kijem dotknął obręczy.

Odrzucił ją z wrzaskiem, gdy buchnęła ogniem, strzelającym na wszystkie strony.

Kerrick ujrzał płomienie otoczone rosnącą chmurą czarnego dymu, palący się pierścień i ogień, który po smyczy wspinał się ku twarzy.

Bez namysłu rzucił się do ucieczki przed parzącym ciepłem. Wpadł z pluskiem do strumienia.

Gdy wstał, wypluwając wodę, zobaczył na ręce i brzuchu czerwoną pręgę, ślad po dotknięciu płonącej smyczy. Jej resztka sięgała mu piersi. Ze zdumieniem dotykał zwisającej końcówki.

Zniknęła smycz krępująca go przez tyle długich lat. Zniknęła. Stał wyprostowany, nie czując oparzeń. Prysły ostatnie więzy łączące go z Yilanè.

Gdy tylko posmarowali mu oparzenia sarnim tłuszczem, Ortnar wskazał na resztkę smyczy nadal zwisającą z pierścienia.

— To też da się spalić. Gdybyś położył się w wodzie, tuż nad powierzchnią, mógłbym zapalonym kijem…

— Myślę, że na dziś wystarczy — powiedział Kerrick. — Zaczekamy, aż zagoją się oparzenia i wtedy spróbujemy jeszcze raz.

Ortnar kopnął do wody gorący pierścień. Po ochłodzeniu obejrzał go dokładnie, skrobiąc kamieniem.

— Błyszczy jak metal gwiezdny. Te murgu są bardzo zmyślne, skoro potrafiły nałożyć ci go na ciało.

Niechętnie oddał pierścień Kerrickowi, gdy ten wyciągnął po niego rękę.

— Został odlany na miejscu przez jedno ze zwierząt — wyjaśnił.

— Zatrzymasz go?

Kerrick poczuł, że Ortnar chciałby mieć pierścień i omal go nie oddał. Poczuł doń jednak taką samą odrazę jak wtedy, gdy po raz ostatni zdejmował sączek.

— Nie. To rzecz Yilanè, murgu. — Wrzucił pierścień do wody. Plusnął i utonął. — Mam jeszcze jeden na szyi. Wystarczy mi aż nadto.

Mogli już wyruszać, ale oparty na włóczni Herilak patrzył wciąż na drogę, którą tu przyszli.

— Gdyby ktoś jeszcze uciekał, to nas by nie dogonił — powiedział. — Bo zmykaliśmy jak przestraszone baby. Musimy się teraz zatrzymać i zastanowić nad dalszą drogą. Opowiedz mi, Kerricku, o murgu, co robią teraz?

— Nie rozumiem?

— Czy nadal nas tropią? Czy przebywają wciąż na plaży, na której nas napadły?

— Nie, już odeszły. Polują, by zdobyć mięso, mają ze sobą bardzo mało zapasów. Chciały dotrzeć tu, daleko na północ i zniszczyć sammad. Teraz wrócą. Pozostawanie tutaj nic im nie da. Po śmierci eistai nie mają przywódczyni. Nastąpiło zapewne wielkie zamieszanie i teraz już wracają do miasta.

— Tak zrobi główny oddział. Ale czy nie zostawią części, by nas szukała?

— To możliwe. Stallan jest do tego zdolna. Ale ona najprawdopodobniej przejmie dowództwo. Na pewno kieruje powrotem do miasta.

— Sądzisz więc, że odeszły?

— Jestem tego niemal pewny.

— To dobrze. Wracamy na brzeg. W słowach Kerricka krył się strach:

— Mogły się ukryć, mogą czekać na nas.

— Właśnie mnie zapewniłeś, że tego nie zrobią.

— Jesteśmy łowcami — powiedział Ortnar. — Poznamy, czy są tam jeszcze.

— Nie mamy powodu…

— Wiele powodów. — Herilak mówił teraz twardo, przejął już dowództwo. — Mamy dwie włócznie, jeden łuk bez strzał i nic więcej. Gdy spadnie śnieg, zgniemy. Tam jest wszystko, czego nam trzeba. Wracamy.