Szli szybko, zbyt szybko jak dla Kerricka. Wydawało mu się, że wraca po pewną śmierć. O zmierzchu znaleźli się na wzgórzach rozciągających się wzdłuż brzegu i w dali ujrzeli ocean.
— Ortnarze, pójdziesz ostrożnie — nakazał Herilak. — Bezszelestnie i niepostrzeżenie. Wypatruj uważnie śladów murgu.
Ortnar potrząsnął na potwierdzenie włócznią, odwrócił się i zniknął między drzewami. Herilak rozsiadł się wygodnie w cieniu i szybko zasnął. Kerrick był zbyt zdenerwowany, by czekać spokojnie. W myślach widział wciąż czekające nań Yilanè.
Słońce zapadło za horyzont, gdy w dolinie rozległ się krzyk ptaka. Herilak obudził się natychmiast, przytknął dłonie do ust i odpowiedział podobnym krzykiem. Usłyszeli przedzieranie się przez krzaki i na zboczu ukazał się Ortnar.
— Odeszły — oznajmił. — Odeszły tak samo, jak przyszły.
— Nie możesz mieć pewności — powiedział Kerrick. Ortnar spojrzał na niego pogardliwie.
— Oczywiście, że mogę. Nie natrafiłem na świeże ślady. I wszędzie są padlinożerne ptaki — a one są bardzo płochliwe. Sprawdziłem dokładnie wszystko. — Jego pociągła twarz mówiła wyraźniej niż słowa. Wskazał na strzały wypełniające mu teraz kołczan. — Jest tam wszystko, czego potrzebujemy.
— Idziemy od razu — oznajmił Herilak.
Do miejsca rzezi dotarli po zmierzchu, lecz zimne światło bliskiego pełni księżyca oświetlało drogę. Kruki i sępy odleciały wraz z końcem dnia i teraz całun mroku zakrywał najbardziej przerażające sceny masakry. Ciała były w stanie rozkładu. Kerrick stał na brzegu, wpatrując się w morze, podczas gdy jego dwaj towarzysze przeszukiwali pobojowisko. Dopiero na głos Herilaka niechętnie odwrócił się w stronę miejsca rzezi.
— Nałóż to — powiedział sammadar. — Należało do wielkiego łowcy. Może przyniesie ci szczęście.
Podał mu futrzane nogawice z mocnymi, skórzanymi podeszwami, opończę, pas i resztę ubioru. Było to za ciepłe na lato, lecz podczas opadów śnieżnych mogło zadecydować o życiu lub śmierci. Długa włócznia, mocny łuk, strzały. Z rzeczy, których nie nałożył na siebie, Kerrick zrobił pakunek i położył go obok innych gromadzonych przez nich zawiniątek i koszy. Herilak zdjął kilka poprzeczek z włóka ciągnionego przez wielkiego mastodonta i zrobił z nich sanie, które mogli zabrać. Wszystko co znaleźli, leżało już na nich.
— Wyruszamy — powiedział głosem posępnym jak śmierć, mając wokół siebie zmarłych sammadu. — Nigdy nie zapomnimy, co murgu tu uczyniły.
Szli do zachodu księżyca, zmieniając się między dyszlami sań, aż postanowili odpocząć. Kerrick bał się, że ścigają ich łowczynie Yilanè, był jednak tak wyczerpany, że zasnął i spał bez obaw aż do rana.
Herilak odczepił od sań torbę z ekkotazem i wysypał smaczną mieszaninę suszonych jagód i orzechów. Po raz ostatni Kerrick jadł to jako chłopiec i gdy oblizywał palce, zalała go fala wspomnień. Dobrze jest być Tanu. Myśląc o tym, poczuł swędzenie. Podrapał się po brzuchu. Gdy zsunął futro, zobaczył czerwone cętki. Zrozumiał, że dzielny łowca, który poprzednio nosił te futra, miał pchły. Bycie Tanu miało też i złe strony. Bolały go plecy od spania na twardej ziemi, mięśnie od wysiłków, do których nie przywykł, a jakby było tego jeszcze za mało, poczuł nagty ból brzucha. Przypieczone, twarde mięso nie zostało dobrze strawione przez żołądek. Skoczył za najbliższą kępę krzaków.
Męczony skurczami, zobaczył pchłę na zrzuconym ubraniu. Zgniótł ją między paznokciami, potem ze wstrętem wytarł palce o trawę. Był brudny, podrapany, zapchlony i chory. Co tu robi z tymi prymitywnymi ustuzou? Dlaczego nie jest w Alpèasaku? Było mu tam przecież wygodnie i swojsko, przebywał blisko eistai. Dlaczego nie miałby wrócić? Vaintè zginęła od pchnięcia włóczni, lecz kto w mieście się dowie, że to on zadał cios? Nikt go nie widział. Czemu nie miałby wrócić?
Umył się dokładnie, potem zrobił kilka kroków w górę strumienia, by napić się wody. Na brzegu obaj łowcy ładowali znów rzeczy na sanie. Mogą wyruszyć przecież bez niego.
Ale czy naprwdę chce wracać do Alpèasaku? Całe lata marzył o ucieczce z miasta — a teraz był wolny. Czy nie tego zawsze pragnął? Tam był świat Yilanè. Nie było w nim dla niego miejsca.
Ale czy jest dlań miejsce wśród Tanu?
Stał po kolana w zimnej wodzie, zaciskał bezwiednie pięści. Zagubiony. Nie należący ani do jednego, ani do drugiego świata. Wygnany i samotny.
Zawołał go Herilak. Silny głos rozproszył mroczne myśli Kerricka. Wyszedł na brzeg i powoli się ubrał.
— Zaraz wyruszamy — powiedział Herilak.
— Dokąd idziecie? — spytał Kerrick, ciągle rozdzierany sprzeczynymi uczuciami.
— Na zachód. Szukać innych łowców. By wrócić z nimi i zabić murgu.
— Są zbyt silne, zbyt liczne.
— No to zginiemy, a mój tharm dołączy do tharmów innych łowców mego sammadu. Wpierw się jednak na nich zemszczę. To dobra śmierć.
— Nie ma dobrych śmierci.
Herilak spojrzał nań w milczeniu. Rozumiał rozterkę Kerricka. Lata niewoli musiały wpłynąć na psychikę chłopca, który jest teraz mężczyzną. Te lata minęły, nie da się ich cofnąć. Nie ma do nich powrotu. Czeka go ciężka droga — lecz nie ma wyboru.
Herilak sięgnął do szyi i powoli zdjął przez głowę skórzany rzemyk ze zwisającym nożem z gwiezdnego metalu. Wręczył go Kerrickowi.
— To należało do twego ojca. Jesteś jego synem, masz na szyi mniejszy nóż chłopięcy. Powieś je razem. Noś, by pamiętać o śmierci ojca i całego swego sammadu. I o tych, które ich zabiły. Miej w sercu nienawiść i świadomość, że też szukasz zemsty.
Kerrick zawahał się, potem sięgnął po nóż. Zacisnął mocno dłoń na jego rękojeści.
Nie może wrócić do Alpèasaku. Nigdy. Musi nauczyć się czuć jedynie nienawiść do morderców swego plemienia. Miał nadzieję, że tak się stanie.
Lecz na razie czuł wyłącznie straszliwą pustkę.
ROZDZIAŁ IV
Es mo tanil drepastar, er em so man drija.
Gdy zostanie ranny mój brat, wówczas przeleję krew.
Łowy były nieudane. Ulfadan wyruszył na nie dobrze przed świtem i nie miał czym się pochwalić. Z pasa zwisał mu tylko jeden królik, młody i chudy, mięsa na jego kościach starczy zaledwie dla jednej osoby. Co ma jeść cały sammad? Doszedł do skraju puszczy i stanął pod wielkim dębem, wpatrując się w odległe trawy. Nie odważył się iść dalej.
Byty tu murgu. Stąd aż do końca świata, jeśli świat ma koniec, żyły jedynie te budzące lęk stworzenia. Niektóre były smaczne, próbował kiedyś mięsa z nogi mniejszych murgu, mających dzioby, pasących się w wielkich stadach. Lecz na grożących im łowców czekała zawsze śmierć. W trawie kryty się jadowite murgu, wielobarwne, śmiercionośne węże różnych rozmiarów. Jeszcze gorsze były ogromne stwory, których ryk przypomina huk piorunów. Gdy szły, ziemia się trzęsła jak podczas kataklizmu. Odruchowo, jak zawsze gdy myślał o murgu, dotykał palcami zwisającego mu na piersiach zęba jednego z tych olbrzymów. Jeden ząb, lecz długi niemal jak przedramię. Zdobył go, gdy był młody i głupi, gotów narażać życie, by pokazać swoją odwagę. Zobaczył wtedy z drzewa śmierć maraga, widział padlinożerne zwierzęta szarpiące i rozdzierające jego ciało. Dopiero po zmierzchu odważył się wyjść z kryjówki wśród drzew, wyrwać ten jeden ząb z otwartego pyska. Pojawiły się wtedy nocne murgu i uratował się jedynie szczęśliwym trafem. Długa, biała szrama na udzie świadczyła, że nie udało mu się wrócić bez szwanku. Nie, nie można było polować poza granicą drzew.