Выбрать главу

Ale sammad musi jeść. Pożywienia, które zdobywali dzięki łowcom, było coraz mniej. Świat się zmienił, a Ulfadan nie rozumiał dlaczego. Alladjex powtarza im, że odkąd Ermanpadar stworzył Tanu z mułu na dnie rzeki, świat jest zawsze taki sam. Zimą szli w góry, gdzie leżą głębokie śniegi i łatwo upolować sarnę. Gdy wiosną topniały śniegi, schodzili wzdłuż rączych potoków do rzeki, czasem do morza, gdzie ponad wodą skakały ryby, a w zimie rosły dobre rzeczy. Ale nigdy nie wypuszczali się za daleko na południe, gdyż czekały tam jedynie murgu i śmierć; góry i mroczne puszcze północy zawsze dostarczały im wszystkiego, czego potrzebowali.

Dziś już tak nie było. W górach panowała nie kończąca się zima, poznikały stada saren, w puszczach śniegi leżały do późnej wiosny. Przepadły istniejące od niepamiętnych czasów źródła pożywienia. O tej porze roku było zawsze syto, rzeka kipiała od ryb. W nadrzecznym obozowisku dołączał do nich sammad Kellimansa; działo się tak każdego roku. Był to czas spotkań i rozmów, młodzi mężczyźni szukali żon. Teraz jedzenia było mało. Ryb wystarczało na co dzień, ale brakowało na zimowe zapasy, a bez tego mało kto mógł doczekać wiosny.

Jak znaleźć wyjście z tej pułapki? Na zachodzie i wschodzie czekały inne sammady, równie głodne jak jego i Kellimansa. Murgu na południu, lód na północy — a oni tkwili w środku jak w potrzasku. Głowa Ulfadana pękała od najróżniejszych obaw. Jęknął głośno, jak usidlone zwierzę, potem zawrócił i poszedł z powrotem do sammadu.

Widok ze szczytu porosłego trawą zbocza schodzącego ku rzece nie budził niepokoju. Ciemne stożki skórzanych namiotów rozciągały się nierówną linią wzdłuż brzegu rzeki. Między nimi poruszały się postacie, a z ognisk wzbijał się dym. W pobliżu jeden ze spętanych mastodontów uniósł trąbę i ryknął. Dalej nad brzegiem widać było kobiety grzebiące w ziemi utwardzonymi w ogniu kijami w poszukiwaniu jadalnych korzonków. Ale co się stanie, jeśli ziemia znów zamarznie? Wiedział, co wówczas nastąpi, choć wolał o tym nie myśleć.

Nagie dzieci biegały z wrzaskiem, chlapały się w wodzie. Stare kobiety siedziały w słońcu przed namiotami, splatając kosze z łoziny i trzcin. Ulfadan mijał namioty. Jego twarz wyrażała tylko napięcie i powagę, nic z niej nie dawało się wyczytać. Podbiegł do niego jeden z młodszych synów, wyrzucił z siebie ważną wiadomość.

— Są tu trzej łowcy z innego sammadu. Jeden jest bardzo śmieszny.

— Zabierz tego królika dla matki. Biegnij.

Łowcy siedzieli przy ognisku, pociągając po kolei z fajki o kamiennym cybuchu. Był tam Kellimans i alladjex Fraken, stary i pomarszczony, bardzo jednak szanowany za swą mądrość i umiejętność leczenia. Przybysze wstali, by go powitać. Jednego z nich znał dobrze.

— Witam cię, Herilaku.

— I ja cię witam, Ulfadanie. To Ortnar z mego sammadu, a to Kerrick, syn Amahasta i mojej siostry.

— Dostaliście jedzenie i picie?

— Zjedliśmy i wypiliśmy. Gościnność Ulfadana jest znana szeroko.

Ulfadan dołączył do kręgu wokół ogniska, wziął fajkę, gdy doszła do niego i głęboko zaciągnął się gryzącym dymem. Przyglądał się dziwnemu łowcy bez włosów, który powinien był zginąć z resztą swojego sammadu, lecz żył. Dowie się o nim we właściwym czasie.

Przybysze wzbudzili zaciekawienie i w innych łowcach, którzy podchodzili, siadali wokół nich, bo taki był zwyczaj sammadu.

Herilak nie przestrzegał obyczajów jak ongiś. Przemówił, gdy fajka okrążyła wszystkich tylko jeden raz.

— Zimy są długie, wiemy o tym. Jedzenia jest mało i to też wiemy. Poza nami dwoma zginęli wszyscy w moim sammadzie.

Choć były to słowa straszne, łowcy zachowali milczenie; tylko słuchające poza kręgiem kobiety lamentowały i jęczały. Wielu miało krewnych w sammadzie Herilaka. Niejeden spojrzał na niebo, gdzie zaczęły się pojawiać pierwsze gwiazdy. Gdy Herilak znów się odezwał, wszyscy milczeli.

— Jak wiadomo, wybrałem się z moimi łowcami daleko na południe, aż tam, gdzie nie ma śniegu, a zimy są ciepłe; do miejsca, gdzie żyją tylko murgu. Byłem przekonany, że to murgu zabiły Amahasta i cały jego sammad. Miałem rację, bo spotkałem murgu chodzące jak ludzie i zabijające śmiercio-kijami. Jeden z ich śmiercio-kijów znalazłem wśród kości sammadu Amahasta. Zabiliśmy murgu, na które tam natrafiliśmy, i wróciliśmy na północ. Wiemy teraz, że na południu rządzi śmierć, wiemy też, co to za śmierć. Ale głodowaliśmy ubiegłej zimy i wielu zmarło. Łowy, jak sami wiecie, latem nie udały się. Z powodu głodu poprowadziłem sammad wzdłuż wybrzeża na południe. Sam z łowcami wyruszyłem jeszcze dalej, gdzie więcej zwierzyny. Wiedzieliśmy o niebezpieczeństwie. Wiedzieliśmy, że murgu mogą nas napaść, lecz bez pożywienia i tak zginęlibyśmy. Byliśmy ostrożni. Napadły na nas dopiero wtedy, gdy powracaliśmy. Jestem tutaj. Ortnar jest tutaj. Pozostali zginęli. Z nami jest Kerrick, syn Amahasta, pojmany przez murgu, teraz wreszcie wolny. Wie dużo o zwyczajach murgu.

Wywołało to zaciekawienie wśród słuchających. Siedzący z tyłu podnosili się, próbując zobaczyć Kerricka. Intrygował ich brak włosów u niego, jego lśniący pierścień na szyi oraz zwisające noże z gwiezdnego metalu. Kerrick patrzył przed siebie i nic nie mówił. Gdy znów zapanował spokój, odezwał się Kellimans:

— Nastały dla Tanu czasy śmierci. Zabija nas zima, zabijają nas murgu, zabijają nas inni Tanu.

— Czy nie dość, że giniemy od murgu? Czy musimy walczyć ze sobą? — spytał Herilak.

— Powinniśmy występować przeciwko długiej zimie i krótkiemu latu — powiedział Ulfadan. — Przybyliśmy tu, bo sarny uciekły z gór. Gdy jednak próbowaliśmy tu polować, przepędzili nas łucznicy z sammadów żyjących poza górami. Mamy teraz mało żywności i w zimie będziemy głodować. Herilak potrząsnął ze smutkiem głową.

— To prawda, ale naszym wrogiem są murgu, a nie Tanu. Gdy będziemy walczyć ze sobą, spotka nas pewna zagłada. Kellimans był zdania Ulfadana.

— Myślę tak jak ty, Herilaku, ale to nie my zaczęliśmy. Musisz przekonać inne sammady. Gdyby nie one, polowalibyśmy i nie zaznali głodu. Przybyły spoza gór, są liczne i bardzo głodne. Spychają nas i nie pozwalają polować. Doprowadzą nas do śmierci.

Herilak machnął ręką.

— Nie, mylisz się. To nie oni spowodowali nasze nieszczęścia. Za górami łowy muszą być równie złe, inaczej by tu nie przyszli. Tanu mają dwóch wrogów: niekończącą się zimę — i murgu. Łączą się razem, by nas zniszczyć. Nie możemy walczyć z zimą. Możemy jednak zabić murgu.

Inni próbowali się włączyć do dyskusji, lecz umilkli, gdy odezwał się Fraken. Szanowali starego za jego wiedzę i moce lecznicze, mieli nadzieję, że zdoła znaleźć sposób na ich kłopoty.

— Murgu przypominają liście, są równie niezliczone. Powiedziałeś nam, że mają śmiercio-kije. Jak możemy walczyć z takimi istotami? I po co? Jeżeli będziemy narażali swe życie walcząc z nimi, to co przez to zyskamy? Potrzebne nam jedzenie, a nie wojna.

Gdy skończył, rozległ się pomruk poparcia. Tylko Herilak z nim się nie zgadzał.

— Tobie potrzeba jedzenia, a ja szukam zemsty — powiedział ponuro. — Musimy znaleźć sposób zabicia murgu na południu. Gdy zostaną zniszczone, będziemy mogli swobodnie polować na wybrzeżu.

Spory trwały jeszcze długo, lecz niczego nie postanowiono. Herilak dał znak Ortnarowi, wstali i odeszli. Kerrick patrzył w ślad za nimi, lecz wahał się, czy do nich dołączyć. Nie czuł potrzeby zemsty, jak oni. Gdyby go nie zawołali, może by z nimi nie poszedł. Może zostałby przy ognisku i rozmawiał z innymi łowcami. Może nawet zostałby z tym sammadem, polował i zapomniał o murgu.