Ale nie było wyjścia. Wiedział to, o czym inni nie mieli pojęcia. Wiedział, że Yilanè nie zapomną o nim ani o innych Tanu. Ich nienawiść była zbyt głęboka. Wyślą orły i znajdą każdy sammad. Nie spoczną, póki nie zniszczą wszystkich. Ulfadan, Kellimans i ich ludzie boją się tylko zimy, głodu i innych Tanu, podczas gdy tam, na południu, znajdował się przeciwnik znacznie groźniejszy.
Nikt nie zauważył, gdy Kerrick wziął włócznię i odszedł. Znalazł swych obu towarzyszy przy osobnym ognisku i usiadł koło nich. Herilak kijem rozgarniał ognisko, patrzył w płomień, jakby szukał w nim odpowiedzi.
— Jest nas tylko trzech — powiedział. — Sami nie pokonamy murgu, lecz jeśli trzeba, podejmiemy walkę. — Odwrócił się do Kerricka. — Wiesz o murgu to, czego my nie wiemy. Opowiedz nam o nich. Opowiedz, jak prowadzą wojnę.
Kerrick w zamyśleniu tarł szczękę. Zaczął wolno i niepewnie.
— Niełatwo o tyra mówić. Musielibyście wpierw poznać ich miasto, zrozumieć, jak jest urządzone. Musielibyście wiedzieć, czym są fargi i Yilanè, czym się zajmują.
— No to powiedz nam — nakazał Herilak.
Początkowo trudno było Kerrickowi mówić w języku Tanu o sprawach, których nie umiał nazwać. Musiał tworzyć nowe słowa, opisujące sceny dobrze mu znane, znajdować sposoby na określenie pojęć zupełnie obcych łowcom. Pytali go wielokroć o rzeczy, których nie mogli zrozumieć. W końcu zorientowali się w funkcjonowaniu społeczeństwa Yilanè, choć nie mogli pojąć, dlaczego tak działało.
Herilak wpatrywał się w zaciśnięte pięści, spoczywające na udach, w milczeniu rozważał to, co usłyszał. W końcu potrząsnął głową.
— Nigdy nie zrozumiem murgu i nawet nie będę próbował. Ale wystarczy, że wiem, co robią. Wielki ptak lata wysoko i obserwuje nas, potem wraca i mówi im, gdzie jest sammad, tak iż mogą na niego napaść. Zgadza się?
Kerrick chciał zaprotestować, potem namyślił się i kiwnął głową potwierdzająco. Szczegóły nie miały znaczenia, dopóki rozumieli, choć mgliście, co robią Yilanè.
— Gdy dowiedzą się od ptaka, gdzie stanął sammad, przygotowują atak. Fargi z bronią wyruszają łodziami. Wynurzają się nagle z morza i jak wiesz, zabijają wszystkich.
— Powiedziałeś jednak coś więcej — przypomniał Herilak. — Czy nie obozują na brzegu w noc poprzedzającą atak?
— Rzeczywiście, zwykle to robią. Zatrzymują się jak najbliżej, spędzają tam noc, zostawiają zapasy żywności, by móc zaatakować o świcie następnego dnia.
— Czy zawsze tak postępują?
— Nie wiem. Tylko dwa razy byłem z nimi. Ale, chwileczkę, to nie ma znaczenia. Jeśli coś myślą, coś robią, to zawsze będą to czyniły w ten sam sposób. Dopóki coś im się udaje, nie zmieniają tego.
— Musimy więc wykorzystać to, co wiemy, by je zniszczyć.
— Jak tego dokonać? — spytał Ortnar.
— Jesteśmy łowcami. Wiemy, jak podchodzić naszą zdobycz. Musimy znaleźć sposób, by podejść i zniszczyć murgu.
Kerrick milczał. Wciąż miał przed oczyma zagładę sammadu. W myślach znów był na brzegu w chwili napaści, ponownie czuł przerażenie na widok wynurzających się z morza ciemnych postaci. Potem widział siebie wśród atakujących, przybył z nimi z Alpèasaku. Obserwował przygotowania do napaści, słuchał rozkazów i wiedział dokładnie, jak to się wszystko odbywa. Musiał teraz wyciągnąć wnioski z tak przeciwstawnych doświadczeń.
— Zapobiec klęsce — powiedział głośno. Powtórzył to słowo, by do nich dotarło. — Zapobiec! Ale potrzebujemy do tego Ulfadana, Kellimansa i ich sammadów. Musimy im to wyjaśnić, przekonać, by zrozumieli i pomogli. Oto co potem zrobimy. Wyruszymy z sammadarami na południe, będziemy polować. Zdobędziemy wiele pożywienia. Lecz gdy tylko znajdziemy się na południu, murgu na pewno nas odnajdą, dowiedzą się o nas od wielkiego ptaka. Będziemy jednak bardzo czujni i po zauważeniu wielkiego ptaka wyślemy łowców, by śledzili plaże. Będziemy wtedy wiedzieli, że atak się zbliża, będziemy do niego przygotowani. Zamiast uciekać, będziemy walczyć i zabijemy je wszystkie.
— To niebezpieczne — powiedział Herilak. — Jeśli zabierzemy sammady, narazimy życie kobiet i dzieci, wszystkich, którzy nie mogą walczyć. Musimy znaleźć lepszy plan, bo inaczej sammady nie zdecydują się pójść z nami. Pomyśl jeszcze. Czy nie powiedziałeś mi czegoś bardzo ważnego, czegoś o nocy? Murgu nie lubią chodzić po nocy?
— To nie tak. Ich ciała różnią się od naszych. Muszą zawsze spać w nocy. lak już z nimi jest.
Herilak skoczył na nogi, rycząc w nagłej radości.
— Z nami też jest tak, że śpimy w nocy, lecz nie musimy tego robić, przynajmniej nie zawsze. Oto więc co zrobimy. Pogadamy z łowcami i przekonamy ich, że ze względu na głód powinni wyruszyć na południe wzdłuż brzegu i polować. W ten sposób sammady zdobędą żywność na zimę. Lecz polując będziemy zawsze zważali na wielkiego ptaka informującego murgu. Gdy ptak nas dostrzeże, ukryjemy łowców, by obserwowali plaże na południu. Murgu zatrzymają się na noc. Będziemy wiedzieli, gdzie są. Wtedy wyruszymy w ciemnościach. Sami łowcy. Pójdziemy bezszelestnie i nocą dotrzemy do plaż.
Zacisnął pięści, walnął jedną o drugą.
— Wtedy spadniemy na nich w ciemnościach. Zakłujemy je włóczniami, gdy będą spały, zabijemy je tak, jak zabiły nas. — Wstał i szybko powrócił do kręgu łowców. Chciał im to powiedzieć. Przekonać ich.
Nie było to łatwe. Ortnar i Kerrick po wielekroć tłumaczyli cały zamysł. Mówili, jak murgu atakują i jak można je pokonać. Powtarzali to wciąż, wyjaśniali dokładnie, jak mogą polować i zdobyć żywność na zimę. A przy okazji rozprawić się z murgu.
Ulfadan był zaniepokojony, podobnie jak i drugi sammadar. Uważali pomysł za ryzykowny, zbyt niebezpieczny.
— Twój plan wymaga, byśmy rzucili na szalę życie nas wszystkich — mówił Ulfadan. — Proponujesz, byśmy wystawili na przynętę nasze kobiety i dzieci, jakbyśmy mieli wciągnąć w zasadzkę długozęba. Prosisz nas o zbyt wiele.
— I tak, i nie — powiedział Herilak. — Bo nie masz wyboru. Bez żywności mało kto przetrwa zimę. Tu nie możesz polować. Chodźmy na południe, łowy są tam dobre.
— Wiemy też, że są tam murgu.
— Tak, lecz tym razem będziemy się mieli przed nimi na baczności, nie czekając na wielkiego ptaka, ukryjemy łowców na plażach, by ostrzegli nas przed każdym atakiem. Gdy murgu wylądują na plażach, będziemy wiedzieli, że to się zbliża. Ostrzeżemy sammady, by można było w nocy zapakować namioty i wszystko inne na włóki. Chłopcy odprowadzą mastodonty w głąb lądu, z dala od brzegu, zabierając z sobą kobiety i małe dzieci. W ten sposób unikną zagrożenia. Ryzykujemy, lecz nie musimy się na to zdecydować. W przeciwnym razie czeka nas śmierć w śniegach podczas zimy. Bez jedzenia nikt z was nie doczeka wiosny.
— Twardo mówisz, Herilaku — powiedział ze złością Kellimans.
— Mówię tylko prawdę, sammadarze. Decyzja zależy od waszych plemion. Powiedzieliśmy, co mieliśmy do powiedzenia. Teraz odchodzimy.
Tej nocy ani w następnych dniach nie podjęto decyzji. Potem jednak zaczęło padać, zimne wiatry z północy przyniosły ciężkie nawałnice. Jesień zaczęła się znów wcześnie. Zapasy żywności były niewielkie, wszyscy o tyra wiedzieli. Trzej obcy nadal przebywali w obozowisku. Czuli, iż wszyscy patrzą na nich z niepokojem, być może z nienawiścią. Ich obecność zmuszała do podjęcia decyzji.