Выбрать главу

W końcu stało się oczywiste, że nie mają żadnego wyboru. Wśród lamentów kobiet zwijano namioty i ładowano włóki. Wyruszyli na szlak bez zwykłego ożywienia. Szli pełni obaw o życie. Przygnębieni i zmoknięci maszerowali w zacinającym deszczu na wschód.

ROZDZIAŁ V

W czasie rozgardiaszu przy zwijaniu obozowiska Kerrick zbyt był zajęty, by myśleć o niebezpieczeństwach, jakie kryje przyszłość. Gdy mocowano włóki do potulnych mastodontów, naszły go niespodziewanie wspomnienia. Mastodonty, ciągnące wolno lecz wytrwale skrzypiące ramy, tworzyły wspaniały widok. Na włókach piętrzyły się wysoko namioty i bagaże, na nich siedziały dzieci. Gdy ruszyli, przed karawaną szli łowcy, rozglądając się w poszukiwaniu zwierzyny. Sammad łączył się dopiero wieczorem, gdy do obozu ściągali łowcy, zwabieni ogniami i zapachami przygotowywanego jedzenia.

Przez pierwsze kilka dni bano się wszystkiego, a zwłaszcza złowrogich murgu, które miały ich śledzić. Tanu byli fatalistami, czemu sprzyjała niepewność ich żywota. Powodzenie ich zależało od pogody, mogli nie znaleźć jedzenia, łowy mogły się nie udać. Teraz pozostawiali za sobą głód i śmierć, zdobywali zaś pożywienie i szansę przeżycia. Coraz bardziej cieszyli się z podjęcia decyzji, nabierali ducha, bo zaczęło się ocieplać, a łowy stawały się coraz bardziej udane.

Zaakceptowali nawet Kerricka, choć dzieci ciągle wskazywały palcami obręcz na szyi, śmiały się z jego łysej czaszki i gładkiej twarzy. Włosy zaczęły mu rosnąć, na głowie były już długie na palec, brodę miał wciąż rzadką i słabą. Nadal niewprawnie władał włócznią i pudłował z łuku — choć szło mu coraz lepiej. Coraz rzadziej ogarniały go posępne myśli.

Trwało tak, dopóki nie doszli do oceanu.

Widok błękitnych wód wywołał w Kerricku takie przerażenie, że stanął jak wryty. Wokół nie było nikogo, wyprzedził mastodonty, które ciągnęły włóki, a inni łowcy znajdowali się daleko. Bał się tak bardzo, że chciał zawrócić i uciec. Przed nim czaiła się śmierć. Jak ta garstka łowców może marzyć o stawieniu czoła hordzie uzbrojonych fargi? Pragnął ukryć się, zaszyć w górach. Iść dalej, to pewne samobójstwo.

Ale nie mógł odejść. Nawet myśl o tym była zbyt tchórzliwa, by się zastanawiać. Miał swój udział w stworzeniu planu, czuł się odpowiedzialny za tych, którzy mu zawierzyli. Mimo to z największym wysiłkiem zmusił się do kolejnego kroku. Z lękiem i niepewnością szedł jednak stale do przodu.

Tego wieczoru stanęli niedaleko brzegu. Nim wyprzężono mastodonty, chłopcy zanurzyli wędki w słonawym zalewie. W wodzie roiło się od hardaltów, małych, opancerzonych kałamarnic łatwo chwytających dżdżownice nadziane na kościane haczyki. Chłopcy wracali z hałasem i śmiechami, niosąc zdobycz. Głowonogi szybko wyłuskano z muszli, wypatroszono i pokrojono. Wkrótce skwierczały na ogniu. Twarde, mocno pachnące mięso stanowiło odmianę po pieczonej sarninie.

Kerrick wypluł chrząstkowaty kawałek, wytarł palce o trawę, potem wstał i rozprostował kości. Czy coś mu się jeszcze zmieści? Spojrzał łakomie na ognisko, gdy kącikiem oka dostrzegł odległy ruch. Na niebie krążył wielki ptak.

Nie. Przyjrzał się skrzydłom o wielkiej rozpiętości, białej piersi ptaka, czerwieniejącej w zachodzącym słońcu, i zamarł. Wiedział, co teraz nastąpi. Nie mógł dostrzec czarnej bryłki na nodze drapieżnika, jej nigdy nie zamykającego się oka, lecz pewny był, że tam się znajduje. Ptak obniżył lot, kierując się w stronę obozowiska. Kerrick z trudem przełamał strach i pobiegł do siedzącego przy ognisku Herilaka.

— Jest tu — powiedział. — Krąży nad nami. Teraz się o nas dowiedzą… Herilak udał, że nie słyszy paniki w głosie Kerricka. Sam mówił spokojnie i posępnie.

— To bardzo dobrze. Wszystko idzie zgodnie z planem.

Kerrick nie podzielał jego optymizmu. Próbował nie patrzeć na krążącego nad nimi ptaka, wiedział, że przyniesione przez niego zdjęcia będą dokładnie przejrzane. Tanu nie okazywali niepokoju, nie wiedzieli nic o mechanizmie obserwacji. Gdy ptaszysko wykonało ostatni krąg i odleciało, nie było już wątpliwości, że atak nastąpi.

Po zmroku, gdy łowcy gromadzili się, pogawędzić przy fajce, Kerrick powiedział im, co zauważył i jakie wyciągnął wnioski. Teraz, gdy wyrok już zapadł, nikt się nie skarżył. Wypytali go dokładnie, potem omówili szczegóły, by pierwsza grupa łowców mogła wyruszyć przed świtem.

Rano sammad ruszył na południe. Na czele szedł Herilak, wiodąc ich łagodnym łukiem w głąb lądu. Kerrick poznał taras, wiedział, że omijają miejsce, w którym uległ zagładzie sammad Herilaka. Nie należało przypominać Tanu o nieszczęściu, które wynurzyło się z morza. Wieczorem znów znaleźli się na plaży. Łowcy zebrani wieczorem przy ognisku postanowili uczynić Herilaka ich sacripexem, wodzem w bitwie. Skinieniem głowy przyjął wybór i wydał pierwsze rozkazy.

— Teraz z przodu będą szli Kerrick i Ortnar. Widzieli murgu, wiedzą, czego szukać. Ruszą wzdłuż wybrzeża i całą noc będą czuwać nad wodą. Pójdą z nimi dwaj łowcy, by pomóc wypatrywać i w razie potrzeby przybyć do nas z ostrzeżeniem. Od dziś będzie tak każdej nocy. Inni będą co noc czuwać przy namiotach, obserwując morze na wypadek, gdybyśmy coś przeoczyli. Musimy się zabezpieczyć z każdej strony.

Przez następne cztery dni posuwali się wzdłuż wybrzeża. Piątego dnia o świcie Kerrick przybiegł do obozowiska. Na odgłos jego kroków łowcy chwycili za broń.

— To nie alarm, nie ma murgu. Przyjrzałem się jednak brzegowi i coś przyszło mi do głowy. — Zaczekał na obu sammadarów oraz Herilaka i zaczął tłumaczyć. — Dobrze nam teraz idzie z łowami, a w morzu jest mnóstwo ryb. Musicie się zgodzić, by dziś nie zwijać obozu, lecz zostać tu i łowić ryby, a łowcy mogą przynosić mięso do wędzenia. Na południe stąd są klify, a za nimi długa plaża przy gęstej brzezinie, sięgającej niemal do samej wody. Jeśliby przybyły murgu, to nie będą mogły wylądować przy klifie, na pewno wybiorą więc plażę obok lasu.

Herilak skinął głową.

— Przy ataku będziemy mogli podejść je niepostrzeżenie pod osłoną drzew. Dobrze. Tak zrobimy. Czy wszyscy się ze mną zgadzają?

Po dyskusji zaakceptowano projekt, Kerrick wrócił do miejsca, z którego Ortnar i dwaj łowcy obserwowali morze.

Zaczęło się oczekiwanie. Przez następne dni wypełniali sobie czas wznoszeniem w głębi lasu kryjówki z brzozowej kory. Noce były już chłodniejsze, zdarzały się deszcze. Dwóch łowców przebywało za dnia na szczycie zbocza nad oceanem, obserwując go uważnie. Przed wieczorem leżeli tam wszyscy czterej, by niczego nie przeoczyć. Po wielodniowym czuwaniu, wieczorem, dołączył do nich Herilak.

— Co widzieliście? — spytał, stanąwszy obok nich pod drzewem.

— Nic. To co i teraz. Puste morze. Tak jak zawsze — odparł Kerrick.

— Łowcy z sammadów uznali, że mają już dość mięsa. Są nam wdzięczni za wskazanie tych terenów łowieckich. Chcą odejść.

— To słuszna decyzja — powiedział jeden z czuwających łowców. — Nikt z nas nie pragnie napaść murgu.

Kerrick, który był podobnego zdania, poczuł przypływ nadziei, lecz zachował milczenie.

— Mów za siebie — stwierdził Herilak. — Tak, wiodło się nam na szlaku. Mamy teraz dość jedzenia, by przetrwać zimę i rozumiem tych, którzy marzą o powrocie. Z pełnymi brzuchami zapomną o głodzie, zapomną także o losie, jaki spotkał na tym brzegu dwa inne sammady. To ostatnia noc. Chcą wyruszyć jutro o świcie. Zostaniemy tu, by wyruszyć za nimi dzień później na wypadek, gdyby murgu jednak zaatakowały.