Выбрать главу

— Będziemy szli szybko — zawołał drugi łowca. — Teraz już nas nie złapią.

Herilak odwrócił się od niego z pogardą. Ortnar był także rozczarowany.

— Nie zrobilibyśmy tego tylko dla napełnienia waszych brzuchów. Przybyliśmy tu, by zabić murgu.

— Nie możemy zrobić tego sami — powiedział Herilak.

Kerrick odwrócił się i spojrzał na morze, by nie dostrzegli wyrazu ulgi na jego twarzy. Mogą się spierać, lecz w końcu sammady powrócą. Nic ich tu nie trzyma, wszystko przemawia za odejściem. Nie dojdzie do walki. Białe chmurki płynęły po niebie, rzucając cień na spokojne wody. Wielkie cienie. Ruchome cienie.

Stał nieruchomo, wpatrując się w te cienie, nie odzywając się, zanim nie nabrał pewności. Wtedy powiedział z napięciem, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu:

— Są tam. Murgu nadciągają.

Istotnie tak było. Czarne łodzie wynurzyły się spod cienia chmur i były teraz wyraźnie widoczne. Płynęły szybko na północ.

— Czy się zatrzymają? — zawołał Herilak. — Czy zamierzają napaść na sammady?

— Musimy je ostrzec, jest mało czasu! — powiedział Kerrick. Jeden z łowców odwrócił się, by pobiec z ostrzeżeniem, lecz Herilak zatrzymał go.

— Stój. Poczekaj, aż się upewnimy.

— Skręcają ku brzegowi! — krzyknął Ortnar. — Kierują się ku plaży nad nami.

Łowcy leżeli cicho w kryjówce, patrząc wrogo na zbliżające się łodzie, podskakujące na łagodnych falach. Rozległy się głośne rozkazy, uzbrojone fargi wysypały się z łodzi i ruszyły ku plaży. Nie było wątpliwości, że pozostaną na noc, bo zaczęły wyładowywać zapasy.

— Idźcie — szepnął Herilak obu łowcom — Obaj. Różnymi drogami, by choć jeden na pewno doszedł z wiadomością. Gdy tylko się ściemni i nic nie będzie widać, niech załadują włóki, a potem sammady ruszą szybko w głąb lądu. Mają maszerować aż do świtu, a potem schować się w lesie. Zaraz po załadowaniu włóków wszyscy łowcy muszą zostawić obóz i dołączyć do nas. Biegnijcie.

Krzątanina na plaży przypominała Kerrickowi dawne czasy. Obaj łowcy przyglądali się jej z niepokojem. Patrzyli na wyładowywanie łodzi i na fargi, które otulały się płaszczami przed nocą. Dowódczynie skupiły się w dalszej części plaży, lecz Kerrick bał się podejść bliżej, by je rozpoznać. Wszystko przemawiało za tym, że dowodzić nimi może Stallan. Na myśl o niej poczuł potrzebę zemsty. Stallan biła go i nienawidziła, zabiła Alipola swą brutalną uwagą. Z jakąż przyjemnością przebiłby bok tego potwora.

Nie było księżyca, lecz gwiazdy oświetlały wyraźnie biały piasek plaży, od którego odcinały się leżące ciemne postacie. Coraz więcej gwiazd wznosiło się z morza, gdy wreszcie z lasu, za ich plecami, dobiegł cichy szelest.

Pierwszy łowca podpełzł blisko. Przed świtem wszyscy będą na swych stanowiskach.

ROZDZIAŁ VI

Od wielu dni Herilak myślał jedynie o tym ataku, układał wciąż na nowo jego plany, wiedział dokładnie, jak zostanie przeprowadzony. Wyjaśniał wszystko Kerrickowi i Ortnarowi, tak iż byli zorientowani równie dobrze. Herilak zostawił ich na skraju zagajnika, by dalej obserwowali plażę. Polecił natomiast przybyłym łowcom, by cofnęli się na polanę i odpoczywali tam, póki nie ściągną pozostali. Był ich wodzem wojennym, przyjmowali więc jego rozkazy bez szemrania.

— Ulfadan, Kellimans — powiedział cicho. — Przejdźcie się po swoich łowcach, pytając każdego o imię. Gdy się upewnicie, że są już wszyscy, wróćcie tu, by mnie zawiadomić.

Byli doświadczonymi łowcami, czekając nie rozmawiali. Siedzieli cicho z przygotowaną bronią, wyczekując rozkazów Herilaka, sacripexa, który poprowadzi ich do boju. Dopiero po upewnieniu się, iż wszyscy przybyli, Herilak powiedział im, co mają robić.

— Musimy uderzyć równocześnie — tłumaczył. — Musimy zabijać szybko, bo ich strzałki to pewna śmierć. Dlatego rozciągniemy się w jednej linii, każdy sammad zajmie się połową plaży. Musimy się cicho podczołgać w trawie, aż do samego piasku. Wiatr wieje od wody, tak iż nie poczują, że się zbliżamy. Mogłyby jednak coś usłyszeć, bo słuch mają dobry, dlatego nie wolno nam wydać ani jednego dźwięku. Każdy z was zajmie swe miejsce, a sammadarzy sprawdzą pozycje. Potem będziecie czekać bez ruchu, obserwować plażę. Ruszycie, gdy zobaczycie na plaży mnie, Ulfadana i Kellimansa. Będzie to sygnał do podejścia. Ostrożnego i cichego. Potem zaczniecie zabijać murgu włóczniami, starając się jak najdłużej zachować ciszę.

Herilak dotknął końcem włóczni najbliższego łowcy, tuż pod brodą, a pozostali podeszli, by zobaczyć, co się dzieje.

— Starajcie się w miarę możliwości uderzać murgu w gardło, bo to ich najbardziej czułe miejsce. Mają wiele żeber i w przeciwieństwie do zwierząt, na które polujemy, zajmują one cały przód ich ciała, a nie tylko pierś. Mocny cios będzie skuteczny, lecz źle wymierzony odbije się od kości. Bijcie tu — w gardło.

Herilak odczekał, by zapamiętali, a potem ciągnął dalej:

— Nie sądzę, by udało się nam zabić je wszystkie cicho. Gdy tylko podniosą alarm, starajcie się krzyczeć jak najgłośniej, by doprowadzić do zamieszania. Nie przerywajcie zabijania. Gdyby uciekały, użyjcie łuków. Strzały je zatrzymają. Nie wahajcie się, nie odpoczywajcie, zabijajcie bez ustanku. Skończymy dopiero wtedy, gdy wszystkie padną.

Nie było pytań. Wszyscy wiedzieli dobrze, co trzeba robić. Ukrywali starannie wszelkie obawy. Żyli dzięki zabijaniu i mieli w nim wielką wprawę.

Cicho, jak cienie, wynurzyli się z mroku lasu i podczołgali przez trawę w stronę plaży. Kerrick stał nadal na czatach. Oderwał wzrok od śpiących fargi i ze zdumieniem ujrzał poruszające się kształty. Nie dobiegł go żaden dźwięk, choćby najcichszy. Herilak przemknął obok niego. Kerrick dotknął go i pochylił się, by wyszeptać do ucha:

— Wpierw należy zabić ich przywódczynię. Chcę sam to zrobić.

Herilak kiwnął głową i odszedł. Kerrick oderwał się od skraju plaży i powolutku, przystając po każdym kroku, zbliżał się do wybranego wcześniej miejsca.

Między drzewami rozległ się krzyk nocnego ptaka, Kerrick przystanął, nim ruszył dalej. Słychać było teraz jedynie szum drobnych fal wpływających na piasek. Noc była cicha jak śmierć.

I była śmiercią.

Po zajęciu pozycji łowcy zamarli bez najmniejszego ruchu, który mógłby zdradzić ich obecność. Wpatrywali się w jaśniejszą powierzchnię piasku, czekając cierpliwie na ustalony sygnał.

Napięcie spowodowało, że Kerricka bolał żołądek. Był przekonany, że minęło zbyt dużo czasu. Coś się stało. Herilak i sammadarzy powinni już być na plaży. Jeśli zaczekają jeszcze choćby chwilę, zacznie się rozjaśniać i to oni znajdą się w potrzasku.

Wiedział, że jego obawy są bezpodstawne, mimo to nie mógł się ich pozbyć. Zaciskał pięści aż do bólu. Gdzież są? Co się dzieje? Na niebie zbierały się chmury, zasłaniając gwiazdy. Czy zauważy ich, gdy się pokażą?

Pojawili się cicho i nagle. Ciemny szereg słabo widocznych postaci rozciągnął się wzdłuż całej plaży.

Wyprzedzili Kerricka, potrafili poruszać się cicho w całkowitym milczeniu. Musiał wymacywać przed sobą drogę, gdyż brakowało mu ich umiejętności bezszelestnego podkradania się do zwierzyny. Gdy doszli do pierwszych śpiących fargi, był daleko za nimi. Słyszał jedynie stłumione chrapania, nic więcej.

Poczuł pod nogami miękki piasek, mógł już iść szybciej. Pobiegł z uniesioną włócznią. Był już przy stercie zapasów, swoim punkcie orientacyjnym, za którym leżały Yilanè, gdy ciszę nocy przerwał okropny wrzask bólu.