Выбрать главу

— Ta łódź nie jest pusta — zawołała któraś. — Jest w niej martwa fargi.

— Do morza z nią, a także z pozostałymi, jakie znajdziecie.

— Ta łódź jest ranna, sterczy z niej strzała ustuzou.

— Zostawcie ją — wyciągając, bardziej im zaszkodzicie, niż pomożecie.

Nie starczyło fargi ze zdziesiątkowanego oddziału, by Stallan mogła przydzielić choć jedną na każdą łódź. Musiała zostawić kilka rannych łodzi, by same troszczyły się o siebie. Gdy tylko obsadzono łodzie, stopniała flotylla ruszyła na południe.

Płynęły bez przerwy cały dzień. Stallan nie chciała zbliżać się do brzegu, dopóki nie zmusiła jej do tego ciemność. Mogły tam być inne ustuzou, śledzące je z ukrycia, czekające na sposobność do ataku. Zdrętwiałe, znieruchomiałe z przerażenia fargi sterowały wytrwale, aż słońce zapadło za horyzont. Dopiero wtedy Stallan skierowała je do brzegu, gdzie do oceanu uchodził potok. Zobaczywszy słodką wodę fargi chciały natychmiast zaspokoić pragnienie, lecz Stallan zatrzymała je na łodziach, a sama przeszukała okolicę. Dopiero potem pozwoliła im wysiąść, po kilka naraz, by mogły się napić. Sama stała nad nimi czujnie, z przygotowanym hèsotsanem, jedynym, jaki im pozostał. Tylko ona zachowała broń. Pozostałe uciekały w panice, zapominając o orężu.

— Najniższa do najwyższej — spytała jedna fargi, gdy już się napiła. — Gdzie jest jedzenie?

— Tu nie ma, słaba w mowie, jeszcze słabsza w myśleniu. Może jutro. Wracaj do swojej łodzi. Dziś nie będziemy spały na brzegu.

Bez płaszczy utrzymujących w nocy temperaturę ciał, wszystkie fargi zrobiły się ospałe i nieruchawe, dopóki nie ogrzało ich ranne słońce. Uciekały dalej.

Trzeciego dnia, gdy ciągle nie było śladu pogoni, Stallan zaryzykowała lądowanie, by zapolować. Jeśli mają wrócić żywe, to muszą zdobyć pożywienie. Starannie wybrała miejsce, decydując się na deltę rzeki z jej rozległymi bagniskami i wysepkami. Na mokradłach wytropiła barwne zwierzęta, pożywiające się w sitowiu. Przypominały uruktuby, tylko znacznie mniejsze, miały jak one długie szyje i małe główki. Zabiła dwójkę ze stada, które natychmiast się rozpierzchło. Były za ciężkie, by mogła je sama przenieść, wróciła więc po fargi, które zawlokły ciała na plażę. Najadły się do syta, choć musiały rozdzierać mięso zębami z braku narzędzi do cięcia.

Dwie spośród rannych fargi zmarły podczas drogi. Straciły także nie obsadzone i ranne łodzie, które po kolei odłączały się w następne noce. Jedynie żelazna wola i twarde dowództwo Stallan sprawiły, że niedobitki osiągnęły wreszcie znajome wody. W południe minęły łodzie rybackie i okrążyły przylądek osłaniający port Alpèasaku. Ich powrót musiał zostać wcześniej dostrzeżony, lecz w porcie nikt nie czekał na rozgromiony oddział. Z wyjątkiem jednej samotnej postaci. Obowiązki eistai pełniła teraz Etdeerg. Podeszła bliżej, gdy Stallan wysiadła z łodzi, lecz o nic nie zapytała. To Stallan odezwała się pierwsza, składając oficjalny meldunek.

— Gdy pewnego dnia zatrzymałyśmy się na plaży, w nocy napadły na nas ustuzou. Nocą poruszają się bez trudu. Mogłyśmy się tylko bronić. Ocalały tylko te, które tu widzisz.

Etdeerg patrzyła zimno na fargi odprowadzające łodzie do ich zagród.

— To klęska — stwierdziła. — Nastąpiło to przed czy po waszym ataku na ustuzou?

— Przed. Nie osiągnęłyśmy niczego. Wszystko stracone. Nie spodziewałam się napaści, nie wystawiłam straży. Zawiniłam. Umrę teraz, jeśli tak mi każesz.

Stallan czekała bez ruchu. Od śmierci oddzielał ją tylko jeden krótki rozkaz. Patrzyła w morze, choć jedno oko zezowało na Etdeerg.

— Będziesz żyła — stwierdziła w końcu. — Zawiniłaś, lecz Alpèasak potrzebuje cię nadal. Twoja śmierć jeszcze nie nadeszła. Stallan okazała wdzięczność. Odetchnęła z ulgą.

— Jak to się mogło stać? — spytała Etdeerg. — Nie potrafię wyobrazić sobie takiej katastrofy.

— Wiem wszystko — odpowiedziała Stallan; nienawiść i gniew wyzierały z każdego ruchu jej ciała. — Wiem dokładnie, jak do tego doszło.

Urwała, zauważywszy poruszenie. Cztery mocarne fargi z łatwością niosły lektykę, za którą człapała tłusta Akotolp. Fargi ostrożnie postawiły lektykę na ziemi i odeszły. Akotolp minęła je szybko i nachyliła się nad spoczywającą w środku postacią.

— Nie możesz się za wiele ruszać, mówić za dużo, bo niebezpieczeństwo nie minęło — powiedziała Akotolp.

Vaintè skinęła głową i odwróciła się ku Stallan. Straciła dużo na wadze, pod skórą wyraźnie rysowały się kości. Rana od włóczni została wyleczona, śladem była jedynie poszarpana blizna, lecz uszkodzenia wewnętrzne były znaczne. Gdy przyniesiono Vaintè do Akotolp, wiele dni przebywała w odrętwieniu, wszystkie jej funkcje uległy znacznemu spowolnieniu, utraciła całą poprzednią aktywność. Akotolp wyleczyła rany, powstrzymała zakażenie, przetoczyła krew, uczyniła wszystko co możliwe, by uchronić eistaę przed śmiercią. Nibezpieczeństwo było ogromne, jedynie umiejętności naukowe Akotolp w połączeniu z siłą woli Vaintè sprawiły, że przeżyła. Jej miejsce eistai zajęła Etdeerg, zarządzała miastem podczas długiej choroby. Teraz Vaintè przejmie w pełni swe obowiązki. Przemówiła jako eistaa.

— Opowiedz, co się stało — rozkazała.

Stallan złożyła dokładną relację, mówiła o lądowaniu i masakrze równie dokładnie i beznamiętnie, jak o każdym szczególe wyprawy, opisując na koniec odwrót do Alpèasaku. Zakończyła swą opowieść tymi samymi słowami, które wypowiedziała wcześniej.

— Zawiniłam. Umrę teraz, jeśli mi tak każesz. Vaintè odrzuciła tę możliwość ruchem tak gwałtownym, że Akotolp syknęła ostrzegawczo.

— Zawiniłaś czy nie, potrzebujemy cię, Stallan. Żyj. Potrzebujemy cię choćby po to, by się zemścić. Będziesz moim ramieniem. Zabijesz tego, który to uczynił. Może to być tylko on.

— Eistaa ma rację. Na zdjęciach, które przyniósł ptak, nie było żadnej innej bandy ustuzou. Wszystko u nich wyglądało tak, jak powinno. Ale tak nie było. Ktoś wiedział o ptaku i rozkazał ustuzou, by ruszyli się nocą. Ktoś wiedział, że wylądujemy na plaży w noc przed atakiem. Ktoś wiedział.

— Kerrick.

Za tym imieniem stała śmierć. Wypowiedziała je tak zdecydowanie, że Akotolp zaprotestowała.

— Narażasz swe życie, Eistao, wzbudzając taki gniew. Nie czujesz się jeszcze dość dobrze, by znieść takie uczucia.

Vaintè opadła na miękkie poduszki i skinęła głową na zgodę. Odezwała się dopiero po chwili:

— Muszę poświęcić temu wiele uwagi. Gdy zaatakujemy ustuzou następnym razem, musimy to uczynić w nowy, odmienny sposób. Jedynie w połowie polegać możemy na zdjęciach ptaka. Dziennej połowie. Ustuzou potrafią się poruszać pod osłoną nocy. — Zwróciła się do Akotolp. — Znasz się na tym. Czy można robić zdjęcia w nocy?

Akotolp, myśląc intensywnie, szarpała swe wielkie korale.

— To chyba możliwe. Niektóre ptaki latają w nocy. Coś spróbuję zrobić.

— Zacznij natychmiast. I drugie pytanie: czy da się powiększyć zdjęcia od ptaka, by zawierały jeszcze więcej szczegółów?

— Nie rozumiem, jakie to ma znaczenie, Eistao.

— Posłuchaj jeszcze raz. Jeśli ustuzou Kerrick zaplanowało atak, wówczas musiało być w bandzie. Znajdzie się wtedy na którymś ze zdjęć. Czy możemy to sprawdzić?

— Zrozumiałam. Szczegóły na zdjęciach można rozszerzać, powiększać tak bardzo, że mały szczegół urośnie do olbrzymich rozmiarów.