— Słyszałaś, Etdeerg. Dopilnuj, by to zrobiono. Etdeerg potwierdziła gestem polecenie i odeszła szybko. Vaintè znów zwróciła się do Stallan.
— W przyszłości będziemy atakowały inaczej. Musimy przygotować ochronę w nocy. Wymaga to starannego przemyślenia. Nie możemy powtórzyć naszego błędu.
— Będziemy potrzebowały więcej fargi — powiedziała Stallan.
— Ten jeden problem już został rozwiązany. Gdy was nie było, otrzymałam wspaniałą wiadomość, że zakończono wszystkie przygotowania. Inegban* przybędzie do Alpèasaku przed końcem lata. Oba miasta staną się znów jednym, silnym i pełnym organizmem.
— Będziemy miały wszystko, co potrzeba, by znieść ustuzou z powierzchni ziemi.
Akotolp i Stallan, podobnie jak Vaintè, zgodne były, że tak się stanie. Kiedyś źródłem jej siły, jedyną, największą ambicją było pragnienie rządzenia Alpèasakiem. Nienawidziła Malsas‹, bo eistaa Inegban* zostanie zamiast niej eistaa Alpèasaku, gdy oba miasta staną się jednym.
Teraz oczekiwała przybycia Malsas‹. Pchniecie włócznią, które przyniosło chorobę i ból, odmieniło wszystko. Gdy po raz pierwszy odzyskała mglistą świadomość, wiedziała, co się stało. Kto jej to zrobił. Ustuzou, któremu uratowała życie, które podniosła wysoko, by stało przy niej blisko i które wypełniło jej polecenia. Ten brutalny czyn nie ujdzie płazem. Myśl o Kerricku jedynie umacniała ją w pragnieniu zemsty. Wszystkie Yilanè będą czuły to samo, gdy dowiedzą się o losie fargi wysłanych na północ. Gdy Inegban* przybędzie do Alpèasaku, Yilanè przekonają się, jak bardzo odmienne jest tu życie, o ile mniej w nim spokoju. Gdy zobaczą, że ich życiu i przyszłości zagrażają ustuzou, poprą ją całkowicie.
Cała moc, wiedza i energia Yilanè połączą się w celu zniszczenia ustuzou. Starcia ich z powierzchni ziemi. Poprowadzenia krucjaty, która zmiecie je i unicestwi.
Krucjata taka może mieć tylko jednego wodza.
Vaintè dostrzegła swe przeznaczenie.
ROZDZIAŁ VIII
Pod wysokimi drzewami powietrze było tak spokojne, że zimna mgła wisiała tam nieruchomo. Chłodną ciszę przerywało tylko kapanie wody z liści, wołanie ptaków. Spod krzaka wyskoczył królik i zaczął skubać gęstą trawę na polanie. Nagle stanął słupka, nastawił uszu, by zniknąć jednym przestraszonym susem.
Ciężkie, powolne stąpanie brzmiało jak dochodzące z dala grzmoty. Słychać już było skrzypienie skórzanych rzemieni i drewnianych drągów ciągniętych po poszyciu. Przed kolumną mastodontów szli dwaj łowcy. Pojawili się na skraju polany, rozejrzeli z nastawionymi włóczniami. Choć mieli na sobie futrzane okrycia i nogawice, to ich nagie ramiona lśniły od wilgoci. Spod drzew wynurzali się następni łowcy, przecinali polanę. Potem zjawił się pierwszy mastodont, wielki garbaty byk. Uniósł trąbę i odłamał konar drzewa; nie przerywając marszu, wsunął do pyska kłąb liści i żuł je żarłocznie.
Mastodonty wyłaniały się po kolei z puszczy, tyczki ciągniętych przez nie włóków ryły w miękkiej glinie głębokie koleiny. Między nimi szły kobiety i starsze dzieci, a z tyłu ochraniała je druga grupa łowców. Tanu pokonywali nie kończący się nigdy szlak.
Dopiero wieczorem dotarli do obozowiska na brzegu rzeki. W ciemniejącym zmroku, między drzewami, zaczął padać pierwszy śnieg. Ulfadan spojrzał na północ i wciągnął głęboko zimny wiatr.
— Wcześnie — powiedział. — Wcześniej nawet niż w zeszłym roku. Tu, w dolinie, śnieg będzie równie głęboki jak w górach. Musimy o tym dziś pomówić.
Kellimans niechętnie skinął głową. Po wymordowaniu murgu postanowili bez dyskusji wracać do poprzedniego obozowiska. Załadowawszy broń i zapasy murgu, śpieszyli się bardzo, by uciec od brzegu, przestraszeni nagle możliwością zemsty ze strony tych stworzeń. Najłatwiej było podążać po śladach sammadów, co zwalniało również od podejmowania jakichkolwiek decyzji, dopóki nie oddalą się bezpiecznie od wybrzeża. Uległy zmianie ich odwieczne zwyczaje; nie mogli już zimować w górach. Co więc mają robić? Często zadawali sobie to pytanie, nie znajdując na nie odpowiedzi. Teraz musieli podjąć decyzję. Gdy tylko rozstawili namioty i posilili się, otoczyli ognisko i zaczęli naradę.
W przeciwieństwie do osiadłych, zamieszkujących miasta, zbierających plony z pól Yilanè, Tanu byli łowcami. Prowadzili koczownicze życie bez stałych siedzib, ciągle w ruchu. Wędrowali tam, gdzie łowy zapowiadały się najlepiej, gdzie łatwo było o ryby lub gdzie można było znaleźć owoce czy jadalne korzenie. Nie rościli sobie praw do żadnego określonego terenu, bo domem ich była cała ziemia. Nie tworzyli też większych społeczności na wzór Yilanè. Ich sammady były małymi grupkami osób łączących się dla wspólnej korzyści. Stare kobiety wskazywały młodym dziewczynom, gdzie najłatwiej kopać żywność. Chłopcy uczyli się polować, a łowcy, działając wspólnie, mogli przynieść więcej zwierzyny, niż każdy z nich upolowałby samotnie.
Ich sammadarzy nie byli wydającymi rozkazy wodzami, lecz raczej łowcami, którzy układali najrozsądniejsze plany, znajdowali najwięcej zwierzyny, dbali, by sammad się rozwijał. Nie nosili żadnych odznak swej pozycji i nie wyróżniali się niczym spośród pozostałych. Ich przywództwo wypływało ze stałej zgody innych. Nie mogli wydawać niepopularnych rozkazów. Niezadowolony ze swego sammadara łowca wraz ze swą rodziną głosowałby przeciw niemu nogami, czyli zniknąłby bez śladu w puszczy, by przyłączyć się do innego sammadu.
Teraz należało podjąć decyzję. Po dołożeniu drew do ogniska płomienie wzbiły się wysoko, ukazując zwiększający się krąg łowców. Śmiejąc się i nawołując zajmowali miejsca w pobliżu ognia, zapewniającego ciepło bez dymu. Mieli pełne żołądki, jedzenia wystarczy na zimę, nie ma potrzeby oszczędzać. Mimo to musieli powziąć ważne postanowienia. Gorące spory o to, co należy teraz robić, umilkły, gdy Ulfadan wstał, by zwrócić się do łowców.
— Słyszałem, że wielu chce zimować tutaj, w znanym nam miejscu. Łowy nie są tu dobre, lecz mamy dosyć jedzenia, by doczekać wiosny. Nie o tym jednak należy myśleć. Czy jeśli tu zostaniemy, przeżyją mastodonty? Czy znajdą dość trawy, dość liści na drzewach? Powinniśmy zadać te ważne pytania. Jeśli przetrzymamy zimę, lecz zginą zwierzęta, to i my zginiemy, nie mogąc dalej wędrować. O tym musimy pomyśleć.
Zaczęli zażartą dyskusję, bo każdemu leżał na sercu los mastodontów. By lepiej ich słyszano, wstawali i zwracali się do wszystkich łowców. Było coraz mniej sprzeciwów. Herilak i Kerrick przysłuchiwali się, lecz sami nie zabierali głosu. Herilak był sacripexem jedynie na czas walki. Teraz, po zwycięstwie, siedział wśród innych. Kerricka zadowalało już to, że dopuszczono go do kręgu i nie musi siedzieć poza nim, z kobietami i dziećmi. Wystarczyło mu, że siedzi i słucha.
Było wiele bezładnej gadaniny, trochę skarg, jeszcze więcej przechwałek. Gdy rozmowy przygasły, Ulfadan zwrócił się o radę do Frakena, co przyjęto z głośnym okrzykiem aprobaty. Bardzo szanowano starca za pamięć i umiejętność leczenia, był alladjexem, znającym tajemnice życia i śmierci. Może znajdzie jakieś wyjście. Fraken podszedł do samego ognia, ciągnąc za sobą chłopca-bez-imienia. Gdy chłopak dorośnie, a Fraken umrze, przejmie imię po starym człowieku. Teraz nie miał go, bo nadal się uczył. Przykucnął przed Frakenem i pogrzebał w skórzanej torbie. Wyjętą ciemną kulę umieścił ostrożnie na ziemi, blisko ogniska. Fraken otworzył ją dwoma kijami, w środku ukazały się maleńkie kości myszy. Wypluwały je sowy, dziś miały służyć do przepowiedzenia przyszłości.