Выбрать главу

— Gdzie jest Ortnar? — zapytał.

— Śpi w innym namiocie — wyjaśnił mu Herilak. Widać było, że nie chce powiedzieć nic więcej.

Kerrick pojął, że w życiu Tanu, tak jak u Yilanè, są rzeczy, które się robi, ale o których się nie mówi. Był Tanu, powinien o tym wiedzieć. Tylko jak je poznać; nie wiedział, jak się do tego zabrać.

W zamieszaniu przy zwijaniu obozowiska zapomniał o dziwnym zachowaniu Ortnara.

Wyruszyli na południe, w nieznane.

ROZDZIAŁ X

Ulfadan, znający dobrze te tereny, prowadził wytrwale karawanę przez puszczę na południe. Dopiero gdy drzewa zaczęły rzednąć i widać było za nimi puste łąki, nakazał postój i pobiegł z tą wiadomością do Kerricka.

— Przed nami otwarty kraj. Zatrzymaliśmy się, jak nam kazałeś, margalusie.

— Dobrze — powiedział Kerrick. — Rozważyłem z Herilakiem, co robić, gdy wyjdziemy na równinę i spotkamy murgu. Jeśli będziemy szli jak zawsze, czyli w jednej kolumnie, w każdej chwili może nas spotkać atak na nie osłonięte boki. W puszczy mastodonty muszą iść gęsiego, bo między drzewami wiedzie wąski szlak. Tu jednak nie ma drzew i możemy poruszać się inaczej. Oto co postanowiliśmy.

Łowcy podeszli blisko i przyglądali się kołu na ziemi, które narysował kijem pochylony Kerrick.

— Tak będziemy szli — powiedział. — Mastodonty pójdą w jednej grupie obok siebie. Herilak będzie je poprzedzał z grupą łowców, bo jest sacripexem i dowodzi nami w każdej walce z murgu. Atak może jednak nastąpić i z boków — czy nawet z tyłu — dlatego musimy być cały czas czujni. Ty, Kellimansie, pójdziesz z łowcami swego sammadu po lewej stronie. Ulfadan po prawej. Ja z innymi łowcami będę ciągnął z tyłu. Wszyscy będziemy uzbrojeni w śmiercio-kije, łuki i włócznie. W ten sposób, mając łowców ze wszystkich stron, zdołamy obronić znajdujące się w środku sammady…

Przerwał mu ostrzegawczy krzyk jednego z chłopców, którzy patrolowali las wokół zgrupowania. Łowcy zwrócili się w tę stronę z przygotowaną bronią. Wśród drzew pojawił się obcy łowca. Stał nieruchomo, patrząc na nich. Pochodził z któregoś sammadu spoza gór; poznali to po nagolennikach z brzozowej kory, które miał pod kolanami. Herilak wyszedł mu na spotkanie. Gdy się zbliżył, łowca pochylił się i położył włócznię na ziemi. Herilak zrobił to samo, a wtedy łowca coś do niego zawołał. Herilak potrząsnął głową, potem odwrócił się i krzyknął do pozostałych.

— Niewiele rozumiem, co mówi.

— Newasfar z nim się porozumie — powiedział Ulfadan. — Polował za górami i zna ich mowę.

Newasfar zostawił swoją włócznię i podszedł do obcego. Wszyscy go obserwowali; po krótkiej wymianie zdań wrócił, by im przetłumaczyć.

— To sammadar imieniem Har-Havola. Mówi, że ich mastodonty zdechły od mrozów w zimie i musieli je zjeść, by przeżyć. Teraz nie mają już jedzenia i umrą, gdy spadną śniegi. Słyszał, że mamy tu wiele żywności, i prosi o pomoc.

— Nie — powiedział Herilak. Inni łowcy kiwnęli potwierdzająco. Har-Havola cofnął się, bo znał to słowo. Rozejrzał się po kamiennych twarzach i zaczął szybko coś mówić. Po chwili pojął, że to nic nie da. Schylił się, podniósł włócznię i właśnie się odwracał, gdy Kerrick zawołał:

— Zaczekaj! Newasfarze, powiedz mu, żeby nie odchodził. Spytaj go, ilu łowców liczy jego sammad.

— Nie mamy zbędnego jedzenia — stwierdził Herilak. — Musimy ruszać.

— Mówię teraz jako margalus. Słuchajcie, co chcę powiedzieć. — Herilak uznał jego prawa i zamilkł. — Mamy teraz więcej jedzenia, niż potrzebujemy. Mięso z łowów i zdobyczne mięso murgu. Gdy wyjdziemy na łąki, będziemy mieli go jeszcze więcej po udanych polowaniach. Lecz natrafimy tam także na murgu, z którymi będziemy musieli walczyć. Gdy nas napadną, będziemy tym silniejsi, im więcej łowców będzie w naszych szeregach. Niech się do nas przyłączą, byśmy wykorzystali ich włócznie.

Herilak zastanowił się nad tym, potem skinął na zgodę.

— Margalus powiedział prawdę. Będziemy teraz potrzebować wielu łowców, bo część z nas musi czuwać w nocy. Myślę tak samo — niech idą z nami. Pogadaj z nim, Newasfarze. Powiedz mu, co zamierzamy i co nam grozi. Powiedz mu, że jeśli z łowcami stanie u naszego boku, to wszyscy z jego sammadu dostaną jeść.

Har-Havola, gdy to usłyszał, wyprostował się i walnął w pierś. Newasfar nie musiał tłumaczyć jego słów. Tanu spoza gór są wielkimi łowcami i wojownikami. Pójdą.

Potem odwrócił się ku drzewom i dał znak. Z lasu wynurzyła się grupka przestraszonych kobiet, ciągnąc za sobą dzieci. Za nimi szli łowcy. Wszyscy byli wycieńczeni i nie wzdragali się przed posiłkiem. Gdy już zjedli, karawana ruszyła i powoli wyszła na równinę.

Gdy zaczęto łączyć mastodonty w grupę, Herilak zwrócił się do sammadarów:

— Teraz, gdy mamy więcej łowców, jesteśmy bezpieczniejsi. Kerrick może do mnie dołączyć, bo jest margalusem. Har-Havola ze swymi łowcami będzie szedł z tyłu, bo z tej strony najmniej nam grozi, a oni nie mają śmiercio-kijów. Ruszamy, gdy tylko łowcy się ustawią.

Trawiasta równina sięgała po horyzont falistymi, niskimi pagórkami. Gdzieniegdzie rosły kępy drzew, lecz większość terenu pokrywała trawa. Zobaczyli stado zwierząt, zbyt daleko, by je poznać, wkrótce zniknęły im z oczu. Nie było poza tym żadnego ruchu, panował zwodniczy spokój. Ulfadan nie dał się oszukać, dotknął zwieszającego mu się z szyi wielkiego zęba i rozejrzał się uważnie. Wszyscy łowcy trzymali w pogotowiu swą broń, wiedzieli, że są tu obcy. Nawet mastodonty zdawały się wyczuwać napięcie, trąbiły i kołysały wielkimi łbami.

Daleko przed sobą zobaczyli ciemne plamki wynurzające się z cienistej doliny. Poruszały się szybko i wkrótce dobiegł tętent zwierzęcych nóg, narastał coraz bardziej, niepokojąco zbliżał się do Tanu. Na znak Herilaka zatrzymano mastodonty, łowcy prędko wysunęli się przed nie, tworząc linie obronną pomiędzy nieznanym niebezpieczeństwem a sammadami. Stado było już dobrze widoczne, tworzyły je nieznane zwierzęta o długich szyjach i nogach. Gdy zobaczyły Tanu, przewodnicy stada zboczyli i przebiegło ono przed linią obronną, wzbijając kłęby pyłu. Zza niego zaatakowały murgu.

Było ich kilka, wielkich i słabo widocznych w pyle. Ścigały uciekające stado. Pojawiły się nagle. Najbliższy marag ujrzał mastodonty, ryknął głośno, skręcił i zaatakował.

Broń Kerricka była przygotowana, strzelał do szarżującej sylwetki raz po raz. Zwierzę uniosło się rycząc i padło przed łowcami na trawę, porażone trucizną. Było tak blisko, że wybałuszone oko znalazło się tuż przed Kerrickiem, zdawało się mu przyglądać. Marag kopnął w agoni szponiastą nogą, otworzył szeroko pysk, ryknął urywanie i zdechł. Jego cuchnący oddech dosięgnął jeszcze łowców.

Mastodonty trąbiły ze strachu, stawały dęba, grożąc zgnieceniem włóków i stojących blisko Tanu. Część łowców pobiegła, by je uspokoić, a reszta pozostała, wypatrując z nastawioną bronią kolejnego ataku.

Niebezpieczeństwo już jednak minęło. Ścigane przez ogromne drapieżniki stado nieznanych zwierząt znikało w dali. Kerrick podszedł na drżących nogach do zabitego przez siebie potwora. Leżał nieruchomo, góra martwego ciała wielkości mastodonta. Była to bestia stworzona do zabijania, z potężnymi tylnymi łapami i szczękami pełnymi ostrych zębów.

— Czy mięso tego stwora jest jadalne? — spytał Kerricka jeden z łowców.

— Nie wiem. Nigdy dotąd nie widziałem. Ale to mięsożerca, a murgu jedzą tylko mięso zwierząt żrących trawę i liście.