Выбрать главу

— Ruszajmy — rozkazał Herilak. — Zostawmy tego potwora.

Tanu jedli mięso drapieżników tylko podczas głodu; miało ostry, niedobry smak i dlatego go nie lubili. Mieli teraz dość jedzenia i nie było potrzeby kroić tego olbrzymiego cielska. Ruszyli szybko, spłoszone mastodonty trąbiły ze strachu, gdy mijały martwe zwierzę. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta pragnęli jak najszybciej opuścić to miejsce.

Równina tętniła życiem. Krążyły nad nią ciemne stworzenia, które na pewno nie były ptakami. W płytkim jeziorze brodziły wielkie stwory, przezornie obeszli je wielkim łukiem. W wysokiej trawie umykały przed nimi ledwo widoczne niniejsze murgu. Szli czujni z przygotowaną bronią, ale na szczęście nic na nich nie napadło. Tak bez dalszych spotkań, minął im dzień. Gdy cienie zaczęły się wydłużać, zatrzymali się, by napoić zwierzęta w strumieniu. Herilak wskazał na pobliskie niskie wzgórze, zwieńczone kępą drzew.

— Zatrzymamy się tam na noc. Drzewa nas osłonią, a woda jest blisko. Kerrick spojrzał z niepokojem na gaj.

— Nie wiemy, co może się tam kryć — powiedział. — Czy nie lepiej zostać tu, na równinie, gdzie widać wszystko, co się zbliża?

— Wiemy już, że w dzień ta równina pełna jest murgu — nie wiemy jednak, co porusza się po niej w ciemnościach. Drzewa będą naszym schronieniem.

Podeszli ostrożnie, lecz drzewa nie kryły żadnego niebezpieczeństwa. Małe murgu uciekły przed nimi z uniesionymi ogonami. Rozległ się trzepot skrzydeł i wrzask ptaków, które spłoszone przerwały objadanie owoców na koronach drzew. Poza nimi zagajnik był pusty. To będzie odpowiednie miejsce postoju.

Mastodonty uspokoiły się natychmiast, gdy tylko zdjęto im jarzma, i zaczęły skubać wysoką trawę. Chłopcy przynieśli ogień, przechowywany w wytępianych gliną koszykach. Wkrótce stanęły namioty. Po zapadnięciu ciemności wokół obozu krążyli strażnicy; mieli się zmienić podczas nocy.

— Zrobiliśmy wszystko co można — powiedział Herilak. — Przeżyliśmy nasz pierwszy dzień.

— Może przeżyjemy i noc — Kerrick rozglądał się niespokojnie. — Mam nadzieję, że nie popełniliśmy błędu nocując tutaj.

— Za dużo się przejmujesz tym, czego nie można już zmienić. Decyzje zapadły. Nie ma dla nas innej drogi.

„Herilak ma rację — pomyślał Kerrick — za dużo się martwię”. On jednak był już sammadarem i sacripexem, miał doświadczenie w przewodzeniu innym. Dla młodego człowieka było to ciągle coś nowego.

Po posiłku szybko zasnął i nie ruszył się, dopóki Herilak nie dotknął jego ramienia. Noc była bardzo ciemna, na zachodzie zniknęły już gwiazdy Łowcy, a wkrótce pójdzie w jego ślady Mastodont; zbliżał się świt.

— Nic nie podeszło do nas w nocy — powiedział Herilak — choć na łąkach jest mnóstwo zwierzyny. Może nie podoba się im nasz zapach?

Pod drzewami poruszały się cienie innych łowców — zmieniano straże. Kerrick stanął na szczycie wzgórza i spojrzał na ciemniejszy od tła zarys potoku.

— Widzieliśmy brodzące w nim zwierzęta — powiedział Herilak — nie sposób jednak stwierdzić, co to było.

— To nieważne, dopóki zostawią nas w spokoju. Patrzyli w milczeniu, aż na wschodzie niebo rozjaśniło się nadchodzącym świtem.

— Minął dzień i noc, a my nadal żyjemy — powiedział Herilak. — Mówi się, że gdy wędrówka dobrze się zacznie, to i dobrze się skończy. Może się to teraz sprawdzi.

ROZDZIAŁ XI

Po posiłku podjęto powolny marsz; przez wiele dni w spokoju posuwali się na południe. Łowcy nadal strzegli skrzydeł samrnadów w czasie marszu i wystawiali nocą warty, lecz szli już z mniejszym napięciem, zasypiali bez obaw. Równina obfitowała w zwierzęta, lecz były to w większości murgu roślinożerne, które trzymały się z dala od sammadów i mastodontów. Były także drapieżniki, największe zwierzęta próbowały ich atakować. Łowcy zabijali te, które podeszły najbliżej, inne, widząc to, odchodziły. Tanu wiedzieli, że zginęliby wkrótce, gdyby nie zdobyta przez nich broń. Dzięki niej sammady wchodziły w równinę coraz głębiej i głębiej.

Wybrali szlak omijający z dala mokradła nad rzeką i ogromne stworzenia, które tam żyły. Unikali też, jeśli tylko mogli, gęstych puszczy, bo mastodonty musiały je pokonywać gęsiego, co znacznie utrudniało ochronę kolumny.

Pomimo czyhających niebezpieczeństw łowcy oczekiwali z radością każdego nowego ranka i tego, co z sobą przyniesie. Co wieczór rozmawiali do późna przy ogniskach o wszystkim, co zdarzyło się w ciągu dnia. Świat wokół stanowił nieodłączną część ich życia. Dotychczas znali każde zwierzę w lesie, każdego ptaka na drzewie, znali ich zwyczaje, wiedzieli, jak je upolować.

Teraz odkrywali zupełnie nowy świat Minęli już pas pogranicza, gdzie występowało trochę saren i innych znanych im zwierząt, jak też wiele rodzajów murgu. Nie zauważyli nawet, kiedy uległo to całkowitej zmianie i zniknęły stworzenia, na które polowali i które znali dobrze. Znajomo wyglądały jedynie niektóre ptaki, nie różniły się też ryby w rzece. Gorzej było z murgu. Pojawiło się ich tyle rodzajów, że nie można już było określać ich tą jedną nazwą. Pod nogami, w trawie, kryły się małe jaszczurki i węże, a na polanach pasły się zwierzęta wszystkich wielkości i barw. Łowcy zachowywali szczególną ostrożność przy omijaniu większych stad, bo często ciągnęły za nimi grupki żarłocznych drapieżników.

Pewnego razu zobaczyli padlinożerne ptaki, równie wielkie jak drapieżnik, który ich kiedyś obserwował. Siedziały szarpiąc ciało wielkiego bezimiennego zwierzęcia. Poruszały się niezgrabnie, miały ciemnoczerwone upierzenie i bardzo długie ogony. Gdy łowcy je mijali, podskakiwały na długich nogach i syczały, gniewnie otwierając dzioby. Pożeranie padliny nie sprawiało im trudności, dzioby wypełnione były ostrymi zębami.

Kraina była bogata, obfita w zwierzynę, która padałaby setkami od strzał, gdyby był czas na łowy. Pogoda stała się niewiarygodna. Gdy wyruszali z północy, liście zaczęły opadać z drzew, a nocami pojawiał się szron. Teraz jakby kolejność pór roku uległa odwróceniu, wracali do lata. Nawet w nocy nie było chłodno; w dzień zdejmowali swe skórzane stroje i maszerowali półnago, tak jak w lecie.

Pewnego razu dotarli do miejsca, w którym duża rzeka, wzdłuż której szli, łączyła się z jeszcze większą. Mimo iż ledwo minęło południe, Herilak wstrzymał marsz i poprosił do siebie Kerricka z sammadarami.

— To dobre miejsce na obóz. Jest tu strome zejście do rzeki, tak iż możemy poić zwierzęta. W nocy łatwo będzie się bronić. Mastodonty mają pastwisko, starczy też drewna na ogniska.

— Jest jeszcze wcześnie — powiedział Ulfadan. — Po co się zatrzymywać?

— Dlatego właśnie was zawołałem. Gdy zaczynaliśmy marsz, postanowiliśmy jedynie iść na południe. Teraz dotarliśmy już w ciepłe strony. Nadszedł więc czas, aby zdecydować, gdzie rozbijemy obóz zimowy. Musimy o tym pomyśleć.

— Minęliśmy dziś wielkie stado kaczkodziobych murgu — powiedział Kellimans. — Bardzo chciałbym ich spróbować.

— Swędzi mnie ręka trzymająca włócznię — dodał Ulfadan, wpatrując się w dal za rzeką. — Nie polowaliśmy od wielu dni.

— Mówię więc, zatrzymajmy się tutaj — Herilak rozejrzał się wokół, a łowcy przytaknęli na zgodę.

— Obawiam się murgu-chodzących-jak-ludzie — powiedział Kerrick. — Nie możemy nigdy o nich zapominać.

— Nie widzieliśmy żadnego z ich wielkich ptaków — prychnął Ulfadan. — Nie mogą wiedzieć, gdzie jesteśmy.

— Nigdy nie możemy być pewni, co one wiedzą, a czego nie. Podeszły i wybiły sammad Amahasta, gdy jeszcze nie miały ptaków. Gdziekolwiek jesteśmy, cokolwiek robimy, nigdy nie możemy o nich zapominać.