Выбрать главу

— Co więc uważasz, margalusie? — zapytał Herilak.

— Jesteście łowcami. Zostaniemy tu, jeśli tego pragniecie. Musimy jednak wystawić warty, w dzień i noc, by obserwowały rzekę i ostrzegły nas w przypadku ataku. Widzicie, jak się ona rozszerza? Niedaleko na południe stąd musi wpadać do oceanu. Ocean i rzeka przywiodą murgu, jeśli dowiedzą się, gdzie obozujemy.

— Margalus ma rację — powiedział Herilak. — Przez cały pobyt tutaj będziemy wystawiać straże.

Ulfadam spojrzał na nagi brzeg, skrzywił się.

— Dotychczas zawsze obozowaliśmy wśród drzew. Tu jest zbyt otwarty teren.

Kerrick przypomniał sobie miasto Alpèasak. Również leżało nad rzeką, lecz było dobrze strzeżone.

— Jest coś, co robią murgu. Sadzą mocne drzewa i cierniste krzaki, które chronią ich obozowisko. Nie możemy sadzić drzew, lecz powinniśmy wyciąć cierniste krzewy i ułożyć je w wał obronny. Powstrzyma on drobne zwierzęta, a duże, które się przez niego przedrą, zabijemy.

— Nigdy tego nie robiliśmy — sprzeciwił się Kellimans.

— Nigdy nie zaszliśmy tak daleko na południe — odparł Herilak. — Zrobimy tak, jak powiedział nam margalus.

Choć początkowo zamierzali się zatrzymać tylko na jedną, dwie noce, to nie wyruszyli, mimo że mijały kolejne dni. W rzece były ryby, łowy udawały się znakomicie. Kaczkodzioby były tak liczne, że często nie widać było drugiego końca ich stada. Były bardzo szybkie, ale i bezmyślne. Umykały, jeśli dostrzegły grupę łowców. Nietrudno było spowodować ich ucieczkę tam, gdzie w zasadzce czekali z gotowymi włóczniami i łukami inni łowcy. Te stworzenia były nie tylko szybkie i bezmyślne, ale stanowiły też bardzo smaczne jedzenie.

Bogate łowiska, dobre pastwiska dla mastodontów podobały się wszystkim. Było to dobre miejsce na obóz zimowy, choć ciepłe dni kojarzyły im się raczej z inną porą roku. Ale dni stawały się coraz krótsze, a na nocnym niebie stale zmieniały się grupy gwiazd. Ciernisty wał ciągle się poszerzał i bez dyskusji okazało się, że zostaną tu, u zbiegu dwóch rzek.

Kobiety były zadowolone tak jak łowcy, cieszyły się z zakończenia długiej wędrówki. Codzienny marsz, rozładunek, gotowanie, ładowanie i znów marsz nie zostawiały czasu na inne zajęcia. Teraz wszystko zmieniło się na lepsze, namioty stały mocno, rzeczy były rozłożone. Jedzenie urozmaicały korzenie, jak też żółtobrazowe bulwy, których nigdy dotąd nie widziały. Okazało się, że po upieczeniu w popiele są delikatne i słodkie.

Początkowo trzymali się z dala od sammadu Har-Havoli, bo tamci mówili innym językiem i wiedziano, że są obcy. Kobiety wszystkich sammadów spotykały się jednak przy poszukiwaniu żywności i przekonały się, że mogą się porozumieć, bo język nowych przypominał marbak. Dzieci na początku biły się, szydząc z nieudolności językowej, dopóki obcy nie nauczyli się marbaku. Odtąd zapomniano o różnicach. Zadowolone były nawet samotne kobiety, bo teraz spoglądało na nie więcej młodych łowców. Nigdy dotąd nie było tak wielkiego obozu zimowego. Zebrane razem trzy sammady czyniły życie ruchliwym i ciekawym.

Nawet Armun miała teraz spokój, znalazła swe miejsce wśród mnóstwa kobiet. Dopiero od trzech zim przebywała w sammadzie Ulfadana. Każda z nich była ciężka. Z rodzinnego sammadu wygnał ją głód tak wielki, że matka, Shesil, nie przeżyła pierwszej zimy w nowym sammadzie. Potem na łowach zginął ojciec; nie miał się nią kto opiekować. Z sieroty śmiali się rówieśnicy, dokuczali jej. Gdy Brond, jej ojciec, nie wrócił z polowania, nie miał się za nią kto ująć. Ponieważ była silna i pracowita, Merrith, kobieta sammadara, pozwalała jej jeść przy swoim ognisku, lecz nie próbowała nawet bronić przed stałymi zaczepkami. Gdy była zła, przyłączała się nawet do nich, wołając tak jak inni „wiewiórcza gęba”.

Armun znała to przezwisko od urodzenia. Jej matka, Shesil, zawsze winiła za to siebie, bo kiedyś, w czasie wielkiego głodu, zabiła i zjadła wiewiórkę, choć wszyscy wiedzieli, że kobietom nie wolno polować. Z tego powodu jej córka urodziła się z przednimi zębami jak wiewiórka, miała też rozszczepioną górną wargę i podniebienie. Dlatego nie jadła dobrze jako niemowlę, krztusiła się i często płakała. Potem zaczęła mówić niewyraźnie. Nic dziwnego, że inne dzieci wyśmiewały się z niej.

Śmiały się nadal, choć tylko wtedy, gdy nie mogła przetrzepać im skóry. Była teraz młodą kobietą, długonogą i silną. Łatwo wpadała w złość, pozostało jej to z dzieciństwa. Nawet najstarsi chłopcy przedrzeźniali ją tylko z daleka, bo miała mocne pięści i wiedziała, jak nimi walczyć. Zostawiała po sobie podbite oczy i krwawiące nosy. Nawet najgłupsi teraz jej nie zaczepiali.

Dorastała bez przyjaciół, na uboczu. Chodząc po obozowisku, zwykle zasłaniała dolną część twarzy kawałkiem miękkiej skóry. Długie włosy często przysłaniały jej twarz.

Dopóki się nie odzywała, inne młode kobiety znosiły jej obecność. Armun przysłuchiwała się ich rozmowom, wiedziała, jak oglądały się za młodymi łowcami, słyszała podniecone szepty. Najstarsza w ich grupie była Farlan, która gdy Ortnar dołączył do sammadu, zaczęła się z nim przyjaźnić, choć znała go krótko. Pary tworzyły się tradycyjnie w ramach sammadów, z którymi spotykano się co roku. Taki był zwyczaj. Teraz jednak wszystko się zmieniło i Farlan jako pierwsza na tym skorzystała. Inne dziewczyny zazdrościły jej śmiałości. Miała swój namiot i swojego łowcę — a one nie.

Armun nie była zazdrosna, bolała jednak nad swoim brakiem powodzenia. Lepiej od rówieśnic znała polany i lasy; matka dobrze przygotowała ją do życia. Często wracała z pełnym koszykiem, podczas gdy inne kobiety narzekały na jałowość terenu. Pracowała ciężko, gotowała dobrze, robiła wszystko, co powinno podobać się młodym łowcom. Trzymała się jednak od nich z dala, bo bała się drwin. Na samą myśl o tym dostawała furii. A wszyscy śmiali się, gdy zobaczyli jej twarz, śmiali się, gdy mówiła. Wolała milczeć i trzymać się na uboczu.

Dopóki jednak jadła przy ognisku Merrith, musiała robić wszystko, co ta jej kazała. Przynosiła drewno i kroiła mięso, nieraz oparzyła sobie ręce przy ognisku. Merrith pilnowała, by co wieczór na głodnych i zmęczonych łowców czekał dobry posiłek. Armun, chcąc uniknąć drwin, znajdowała sobie inne zajęcie, gdy zaczynali się gromadzić przy ogniu.

Choć na południu nie było śniegu, w środku zimy nadeszły deszcze. Były nieprzyjemne, lecz ciepłe. O ileż łatwiejsze do zniesienia niż lodowate zimy, pełne śniegu. Zmieniły się tylko sposoby łowów, bo wielkie stada kaczkodziobów zniknęły gdzieś na ogromnej równinie. Można było jednak polować na inne murgu w rozciągających się na wschodzie puszczach. Grupy łowców wypuszczały się więc coraz to dalej między wzgórza. Wiązały się z tym różne niebezpieczeństwa.

Któregoś dnia grupa łowców wróciła dobrze po zmroku. Dni były teraz bardzo krótkie, tak iż nie było w tym nic dziwnego; niekiedy nawet w poszukiwaniu zwierzyny łowcy zostawali na noc. Tym razem jednak zdarzyło się coś niedobrego, bo łowcy zaczęli krzyczeć głośno, gdy tylko zobaczyli obóz. Ich przestrach przyciągnął uwagę wszystkich. Gdy dobiegły wołania o pomoc, inni łowcy wybiegli im naprzeciw. W blasku ogniska ujrzano dwóch łowców niosących nosze zrobione z żerdzi i gałązek. Prowadził ich Herilak ze zmęczoną, ponurą twarzą.

— Tropiliśmy ostropazurych biegaczy. Między drzewami ukrył się szponomarag. Zaatakował i nim zdołaliśmy go zabić, popatrzcie, dokonał tego. — Pierwsze nosze opadły ciężko na ziemię. — To Ulfadan. Nie żyje.