— To zrozumiałe — stwierdził Herilak. — Lecz nie uleczyłoby to twojej nogi.
Z tyłu namiotu wynurzyła się Armun, była nieśmiała, jakby zalękniona. Gdy odwrócił się do niej, szybko sięgnęła po włosy. Zaraz jednak opuściła dłoń, bo nadal się z niej nie śmiał, choć na nią patrzył. Zdarzyło się już raz i nie miała co do tego wątpliwości. Ciągle jednak trudno jej było się przyzwyczaić, że ktoś patrzy na nią bez pogardy.
— Słyszałam, jak opowiadałeś o złapaniu cię przez murgu. — Mówiła szybko, starając się ukryć zmieszanie. — Czy nie bałeś się, będąc tam taki samotny?
— Czy się bałem? Na początku chyba tak. Nie byłem jednak sam, złapały też dziewczynę, zapomniałem jej imienia. Zabiły ją.
W pamięci widział to wyraźnie, był przerażony, jak wtedy. Obracający się ku niemu marag, mający na sobie krew dziewczyny, Vaintè.
— Tak, bałem się, bardzo się bałem. Powinienem był zachować spokój, ale przemówiłem do murgu. Mnie także by zabiły, gdybym nie odezwał się do tej, która mnie trzymała. Zrobiłem to, bo bardzo się bałem. Nie powinienem był mówić.
— Dlaczego miałeś siedzieć cicho, skoro mówieniem ratowałeś swe życie?
Rzeczywiście, dlaczego? Nie był wtedy łowcą śmiało patrzącym śmierci w twarz. Był tylko dzieckiem, jedynym ocalałym z całego sammadu. Nie było hańby w tym, że się odezwał, zrozumiał to teraz. Ocaliło mu to życie, doprowadziło tutaj, do Armun, która to rozumiała.
— Nie było po temu powodu, najmniejszego — uśmiechnął się do niej. — Tak pomyślałem, gdy przestałem się bać. Odkąd mogły ze mną rozmawiać, nie chciały mej śmierci. Z czasem stałem się im potrzebny.
— Sądzę, że zachowałeś się dzielnie, jak łowca, choć byłeś tylko chłopcem.
Te słowa go rozbroiły, nie wiedział dlaczego. Z jakiegoś powodu był bliski łez, bo były to nie wylane wówczas łzy małego chłopca, samotnego wśród murgu. Cóż, to dawne dzieje, nie jest już mały, nie jest już chłopcem. Obejrzał się na Armun i bez namysłu dotknął jej ręki. Nie odsunęła się.
Kerrick był zmieszany, nie wiedział, co oznacza to, co czuł teraz. Te nieznane uczucia przypominały mu Vaintè, gdy go chwytała. Ale nie chciał teraz myśleć o Vaintè ani o żadnej innej Yilanè. Nieświadomie zacisnął palce, sprawił jej ból, lecz się nie wyrwała. Zalała go fala ciepła, jakby z niewidocznego słońca. Działo się z nim coś ważnego, nie umiałby jednak tego nazwać.
Inaczej Armun. Słyszała często, o czym rozmawiają młode dziewczyny, przysłuchiwała się także starszym kobietom mającym dzieci, gdy opowiadały o swych przeżyciach, o tym, co działo się w nocy, gdy zostawały w namiotach same z łowcami. Wiedziała, co się dzieje i miała na to ochotę, poddawała się opanowującemu ją uczuciu. Tym bardziej że wciąż miała nadzieję, iż to się stanie. Gdyby tylko była teraz noc i byli sami! Kobiety opowiadały dokładnie i obrazowo, co się wówczas działo. Ale był dzień, nie noc. Dzień taki spokojny. I była tak blisko niego. Gdy łagodnie się poruszyła, Kerrick rozchylił dłoń i wypuścił jej rękę. Wstała i odwróciła się od niego.
Armun wyszła przed namiot i rozejrzała się. Nikogo nie było widać, zniknęły nawet dzieci.
Co to znaczy?
To śpiewy, oczywiście. Zrozumiała i zaczęła drżeć. Ulfadan był sammadarem. Wszyscy będą na śpiewach, z każdego sammadu. Została tylko ona i Kerrick.
Ostrożnie, z wahaniem, odwróciła się i weszła z powrotem do namiotu. Pewnymi dłońmi zawiązała jego poły.
Równie zdecydowanie odplątała rzemyki swego ubrania, uklękła, uchyliła futra, którymi był przykryty, i wśliznęła się do ciepłego mroku pod nimi.
Ledwo widoczna, nachyliła się nad nim. Nie mógł się poruszać ze względu na nogę. Nie było to potrzebne, wkrótce zapomniał zupełnie o nodze. Jej ciało było miękkie, niespodzianie ciepłe, włosy omiatały mu twarz w pieszczocie. Gdy objął ją ramionami, poczuł, jak rozgrzewa się również jego ciało. Opuściły go wspomnienia o zimnym ciele maraga. Była blisko, coraz bliżej. Nie miała twardych żeber, tylko ciepłe ciało, krągłe i mocne, przytulające się do jego piersi z niespodziewaną przyjemnością. Zacisnął mocniej ramiona, przyciągnął ją do siebie. Szeptała mu do ucha melodie bez słów.
W namiocie, pod ciepłem futer, żar ich ciał topił jego wspomnienia o zimnokrwistej, twardej Yilanè. Odganiał wspomnienia o innym życiu, innym czasie, w to miejsce napływała nowa rzeczywistość, warta nieskończenie więcej.
ROZDZIAŁ XIII
enataposop otoshkerke hespeleina
Wszystkie formy życia podlegają zmianom, bo DNA trwa wiecznie.
Alpèasak wrzał życiem, kipiał od brzasku do zmroku. Szerokimi alejami między drzewami, po których kiedyś poruszało się zaledwie kilka fargi, przewalał się teraz tłum Yilanè. Co znaczniejsze rozpierały się w lektykach, obok samotnych pojawiły się grupy przenoszące większe ładunki, a nawet dobrze strzeżone samce, które po kilka, cicho, z wybałuszonymi oczyma, patrzyły na nie słabnącą nigdy krzątaninę. Port został znacznie powiększony, lecz mimo to był za mały, by przyjąć wszystkich przybywających. Ciemne kształty przypływających z oceanu uruketo tłoczyły się w rzece, napierając na brzegi i czekając na wejście do portu. Po przybyciu do nabrzeża dziesiątki harujących fargi wyładowywały towary, wśród których przeciskały się przyjezdne Yilanè, pragnące po długim rejsie znaleźć się wreszcie na twardym lądzie.
Vaintè przyglądała się całemu temu zamieszaniu z podnieceniem i dumą, co podkreślała napięciem mięśni całego ciała. Jej miasto, jej trud, nareszcie spełnione ambicje. Inegban* w końcu przybywał do Alpèasaku. Połączeniu się obu miast towarzyszyło podniecenie, któremu nie sposób było się oprzeć. Młodość i surowość Alpèasaku łagodniały w zderzeniu z tradycją i mądrością Inegban*. Powstawało nowe miasto, przewyższające rozmachem każde z miast osobno. Rodził się nowy świat, jajo czasu właśnie pękało, wszystko stawało się możliwe, obiecywało jasną przyszłość.
Na teraźniejszości i przyszłości kładł się wprawdzie pewien cień, lecz Vaintè starała się o nim nie myśleć, zostawiała to na później. W tej chwili pragnęła jedynie pławić się w słońcu swej radości, wygrzewać na plażach swego sukcesu. Zaciskała mocno kciuki na twardej gałęzi balustrady i w podnieceniu, zupełnie nieświadomie, przenosiła ciężar ciała z jednej nogi na drugą w samotnym marszu zwycięstwa.
Usłyszała głos jakby z daleka.
Vaintè odwróciła się niechętnie, by ujrzeć, że Malsas‹ dołączyła do niej na wysokiej platformie. Radość Vaintè była jednak tak wielka, że wystarczyło w niej miejsca dla innych.
— Spójrz, Eistao — Vaintè mówiła to, wyrażając dumę każdym swym ruchem. — Dokonało się. Zima nigdy nie wkroczy do Inegban*, bo Inegban* przybył tu, do wiecznego lata, gdzie jest ciepło i bogato jak w sercu Entoban*. Nasze miasto już zawsze będzie rosło i kwitło.
— Jest tak, jak mówisz, Vaintè. Gdy byłyśmy rozdzielone, nasze serca biły innym rytmem, nasze miasta różniły się, oddalały. Teraz jesteśmy razem. Czuję tak jak ty, że nasza moc jest nieograniczona, że możemy dokonać wszystkiego. I dokonamy. Czy nie wrócisz raz jeszcze do myśli, by usiąść przy mnie, pracować ze mną? Stallan na pewno zdoła poprowadzić fargi i zetrzeć przekleństwo ustuzou z północnych krain.
— Może zdoła. Wiem jednak, że ja dokonam tego na pewno. — Vaintè przeciągnęła szybko kciukiem między oczami. — Jestem na rozdrożu. Teraz, gdy odzyskałam zdrowie, przepełniająca mnie nienawiść zmalała, choć wciąż jest mocna. Czuję w sobie wiecznie tkwiącą nienawiść. Stallan może i da radę zgnieść ustuzou, lecz to ja muszę tego dokonać, by zniszczyć ciążący mi kamień nienawiści. Gdy wszystkie zginą, gdy zginie stworzenie, które wychowałam i wykarmiłam, dopiero wtedy kamień ten rozpuści się i zniknie. Wtedy będę znów gotowa, by siedzieć przy twym boku i czynić, co każesz. Wpierw jednak muszę zrobić tamto.