Выбрать главу

Malsas‹ niechętnie wyraziła zgodę.

— Potrzebuję ciebie, lecz rozumiem twoją nienawiść. Zgnieść ustuzou i kamień wewnątrz siebie. Przed Alpèasakiem ciągle jest pełnia czasu. Vaintè z szacunkiem podziękowała.

— Zbieramy teraz nasze siły i będziemy gotowe do ataku, gdy tylko na północy przyjdzie ocieplenie. Mróz, który sprowadził nas z Inegban*, również ich pcha na południe. Tymczasem jednak chłody zimy są naszym sojusznikiem. Ustuzou muszą polować tam, gdzie łatwo możemy ich dosięgnąć; są obserwowane. Zginą, gdy nadejdzie właściwa pora. Zetrzemy je, potem wyruszymy na północ, by uderzyć na innych. Będziemy robiły to stale, uderzały bez przerwy, aż wszystkie zginą.

— Nie weźmiecie łodzi? Mówiłaś o atakowaniu lądem?

— Będą spodziewali się nas od strony wody. Nie wiedzą, że mamy teraz uruktopy i kilka tarakastów. To Vanalpè wymyśliła użycie tych zwierząt Pojechała po nie do Entoban*, do miasta Mesekei, leżącego z dala od oceanu, gdzie się ich używa. Opowiedziała o naszych potrzebach, o grożących nam ustuzou i otrzymała najlepszy materiał rozrodczy. Uruktop osiąga dojrzałość w niecały rok. Młode mają teraz pełną wielkość, są silne i gotowe. Tarakasty są większe, muszą dłużej dorastać, tak iż sprowadziliśmy zaledwie kilka niedojrzałych osobników, lecz i one będą dla nas wielce pomocne. Zaatakujemy lądem. Ustuzou prowadzi ta istota, która mi uciekła, jest teraz z nimi na południu. Widziałam ją na zdjęciach. Umrze pierwsza. Gdy zginie, z resztą nie będziemy miały kłopotów.

Vaintè myślała o przyszłości, planowała swą zemstę, szykowała okrutną śmierć temu, którego nienawidziła. Myśli jej mroczniały jak niebo, na które napłynęła wielka chmura, zasłaniając słońce i okrywając wszystko cieniem. Gdy cień padł na nią, w jej głowie zapanowała ciemność, jeszcze bardziej dręcząca myśl o ustuzou. Zawsze tak się działo, każdy, choćby najjaśniejszy dzień kończył się mrokiem nocy. W tym mieście światła pojawiała się ciemność, zawsze gdy w swych myślach widziała to, co teraz.

Grupa Yilanè, związanych razem za ręce, przeciągała pod nimi powoli. Pierwsza w kolumnie rozejrzała się, uniosła wzrok, jej spokojne oczy spoczęły na dwóch sylwetkach spoglądających z wysoka. Odległość nie była tak wielka, by ich nie poznała, zwłaszcza Vaintè. Uczyniła ręką szybki gest serdecznego powitania jednej efenselè z drugą i wraz z całą grupą odeszła.

— Z mojego efenburu — powiedziała gorzko Vaintè. — Tego brzemienia nigdy nie zdołam się pozbyć.

— Nie jesteś winna — odparła Malsas‹. — Córy Śmierci są i w moim efenburu. Ta choroba wyniszcza nas wszystkie.

— Może znajdę na nią lekarstwo. Nie śmiem teraz mówić o tym bliżej; możemy być podsłuchiwane. Powiem tylko, że widzę taką możliwość.

— Jesteś u mnie pierwsza we wszystkim — powiedziała Malsas‹, podkreślając szczerość każdym ruchem. — Zrób to, wylecz tę chorobę, a żadna cię nie przewyższy.

Enge nie zamierzała witać swej efenselè, wykonała ten gest nieświadomie, dopiero po fakcie zrozumiała swój nietakt. Vaintè nigdy nie byłaby z tego zadowolona, lecz teraz, w obecności eistai, może uznać powitanie za zniewagę. Był to błąd, choć nie zamierzony.

Kolumna zatrzymała się przez bramą, czekając na jej otwarcie i zdjęcie więzów. Oswobodzenie następowało w więzieniu, dla nich była to wolność. Stawały się tam sobą, mogły swobodnie wierzyć i — co ważniejsze — swobodnie mówić o prawdzie.

Gdy umieszczono ją z innymi Córami Życia, Enge uznała, że nie wiąże jej już obietnica nierozmawiania o swej wierze z innymi Yilanè — bo wszystkie ją wyznawały. Gdy Inegban* przybył do Alpèasaku, zabrał ze sobą i niepożądane brzemię wierzących. Było ich tyle, że utworzono tu zagrodę, ogrodzoną i strzeżoną, by ten jad intelektualny się nie rozprzestrzeniał. To, co mówiły między sobą, w obrębie ścian, nie obchodziło znajdujących się na zewnątrz władczyń. Tak długo, dopóki ich zdradzieckie myśli pozostawały pod osłoną ostrych cierni ścian.

Do Enge podeszła szybko Efenatè, jej szczupłe ciało drżało od nowin.

— Jest tu Peleinè — powiedziała. — Przemawia do nas, odpowiada na nasze pytania.

— Dołączę do was — powiedziała Enge, choć sztywność jej ciała ledwo skrywała niepokój. Nauki Ugunenapsy zawsze były dla niej jasne, stanowiły promień światła w mrocznej dżungli zmartwień. Lecz towarzyszki niedoli nie zawsze tak je odbierały, prowokowały komentarze i dyskusje. Była tylko jedna prawda, bo Ugunenapsa uczyła, że wolną potęgą umysłu można zrozunieć wszystko, a nie tylko moc życia i śmierci. Enge zgadzała się z tą wolnością, mimo to niepokoiły ją niektóre interpretacje Ugunenapsy, a najbardziej wszystkie komentarze Peleinè.

Peleinè stała na uniesionym korzeniu wielkiego drzewa, tak iż do wszystkich zgromadzonych wokół docierały jej słowa. Enge stanęła na skraju tłumu, jak inne przysiadła na ogonie i słuchała. Peleinè przemawiała w sposób coraz bardziej się rozpowszechniający. Polegał on na zadawaniu pytań i udzielaniu takich odpowiedzi, by przekazać słuchaczkom to, co się chce.

— Ugunenapso, zapytała fargi jeszcze mokra po wyjściu z morza. Ugunenapso, czym różnię się od kałamarnicy? Ugunenapsa odparła: Różnisz się tym, moja córko, że możesz poznać śmierć, natomiast kałamamica z morza zna tylko życie.

— Lecz poznawszy śmierć, jak mogę potem poznać życie? Odpowiedź dana przez Ugunenapsę była tak prosta i jasna, że choćby wypowiedziana została za jaja czasu, to pozostałaby jednoznaczna jutro i jutro jutra. Odpowiedź ta podtrzymuje nas, bo znając śmierć, znamy granice życia. Dlatego żyjemy tam, gdzie inne giną. W tym leży siła naszej wiary, bo wiara jest naszą siłą.

Potem fargi, mokra od morza, spytała naiwnie o kałamarnice, które jadła, czy nie przyniosła im śmierci? I dostała odpowiedź: Nie, to kałamarnica dała ci życie swym ciałem, a skoro nie zna śmierci, nie może umrzeć.

Spotkało się to z pomrukiem uznania ze strony słuchaczek, nawet Enge była poruszona jasnością i pięknem myśli. Przez chwilę zapomniała o zastrzeżeniach, jakie miała do przemawiającej. Jedna z żarliwie żądnych wiedzy Yilanè zawołała z tłumu:

— Mądra Peleinè, a gdyby kałamarnica była tak wielka, że zagroziłaby twemu życiu, i była tak niesmaczna, że nie dałoby się jej zjeść? Co wtedy?

Pozwoliłabyś się pożreć czy zabiłabyś ją, mimo iż wiedziałabyś, że jej nie zjesz?

Peleinè doceniała trudność tego pytania.

— Tu musimy dokładnie przebadać myśli Ugunenapsy. Mówiła o tym, co tkwi w nas, czego nie można zobaczyć, co pozwala nam mówić i odróżnia nas od bezmyślnych zwierząt Należy zachowywać tę niewidoczną rzecz, dlatego trzeba zabić kałamarnicę, by to ocalić. Jesteśmy Córami Życia i musimy chronić życie.

— A gdyby kałamarnica umiała mówić, co wtedy? — zawołała któraś, a ponieważ było to pytanie najbliższe im wszystkim, oczekiwały niecierpliwie i w milczeniu, co powie Peleinè.

— Ugunenapsa nie zostawiła odpowiedzi, bo nie znała mówiących kałamarnic. — Peleinè wyjaśniła bliżej swą odpowiedź.- Ani też mówiących ustuzou. Dlatego musimy poszukać w słowach Ugunenapsy ich prawdziwego znaczenia. Czy tylko mowa decyduje o życiu i śmierci? A może ustuzou mówią, lecz nic nie wiedzą o śmierci? Jeśli to prawda, to dla zachowania naszego życia możemy zabijać mówiące ustuzou, bo wiemy, że znamy różnicę między życiem i śmiercią, a nie wiemy, czy znają ją ustuzou. Taką decyzję musimy podjąć.