Выбрать главу

— Ależ nie możemy tak postanowić — zawołała bardzo zaniepokojona Enge. — Nie możemy, jeśli nie jesteśmy pewne, bo nie wiedząc na pewno, pogwałciłybyśmy całą naukę Ugunenapsy.

Peleinè zwróciła się w jej stronę z wyrazem aprobaty, ale i zakłopotania.

— Enge mówi prawdę, ukazując jednocześnie nasz problem. Musimy rozważyć, czy znajomość przez ustuzou życia i śmierci to tylko możliwość. Na drugiej szali musimy położyć fakt, iż my na pewno wiemy o życiu i śmierci. Po jednej stronie wątpliwość, po drugiej pewność. Ponieważ najwyższą wartość ma życie, twierdzę, że powinnyśmy zachować pewność i odrzucić wątpliwość. Nie ma innego sposobu.

Padały też inne pytania, lecz Enge nie słyszała ich, nie chciała ich słyszeć. Nie mogła pozbyć się głębokiego przekonania, że Peleinè się myli, choć nie wiedziała, jak jej to udowodnić. Musi to przemyśleć. Poszukała spokojnego miejsca z dala od innych i pogrążyła się w myślach.

Tak się zamyśliła, że nie zauważyła przeciskającej się przez tłum strażniczki, która wyznaczała grupę do pracy. Nie słyszała cichych okrzyków niepokoju, gdy wskazano na nauczycielkę, Peleinè, jak gdyby niczym nie różniła się od innych. Robotnice zostały związane razem i wyprowadzone. Tylko towarzyszek Peleinè nie spętano tak jak pozostałych, lecz rozdzielono je na mniejsze grupki i skierowano do różnych prac. Żadna z nich nie zauważyła, że w końcu Peleinè została sama. Odpowiedzialna Yilanè odesłała także strażniczkę i poprowadziła Peleinè długą drogą wokół miasta do drzwi, które przed nią otworzono. Peleinè weszła niechętnie, bo zdarzało się to już przedtem i nadal nie była pewna, czy postępuje słusznie. Choć wewnętrznie się sprzeciwiała, nie mogła tego wyrazić, nie mogła odmówić pobytu tutaj. Niechętnie weszła i zamknęła za sobą drzwi. W pokoju była tylko jedna Yilanè.

— Teraz porozmawiamy — powiedziała Vaintè. Peleinè stała z opuszczoną głową, patrząc odruchowo na swe dłonie, na splatające się i rozplatające kciuki.

— Uważam, że postępuję niewłaściwie — rzekła w końcu. — Nie powinnam tu być. Nie powinnam z tobą rozmawiać.

— Nie masz powodu, by tak uważać. Chcę tylko usłyszeć, co masz mi do powiedzenia. Czyż Córa Życia nie ma obowiązku mówienia innym o swej wierze, oświecania ich?

— Ma. Czy jesteś oświecona, Vaintè? Czy nazywasz mnie teraz Córą Życia, a nie Córą Śmierci, bo wierzysz w to co ja?

— Jeszcze nie. Musisz więcej mi opowiadać, przedstawiać dalsze przekonywające argumenty, nim do was dołączę.

Peleinè wyprostowała się, podejrzliwość biła z każdego jej ruchu.

— Skoro więc nie wierzysz w to co my, to po co ci jestem potrzebna? Czy uważasz mnie za siewczynię waśni wśród Cór? Czasami sama się za taką uważam, zastanawiam się dokąd doprowadzą mnie dalsze staranne analizy naszych nauk.

— Doprowadzą cię do prawdy. Przekonają cię, że zabijające nas ustuzou zasługują na śmierć. Jest to sprawiedliwe. Bronimy naszych plaż, zabijamy stworzenia zagrażające naszemu istnieniu. Nie proszę cię o odejście od wiary. Jeśli to uczynisz, wszystkie skorzystamy. Nasze miasto ocaleje. Eistaa zdejmie z was więzy i wszystkie staniecie się ponownie obywatelkami. Wasze wierzenia zostaną uznane za prawomocne, bo nie zagrożą istnieniu Alpèasaku. Zostaniesz wtedy prawdziwą przywódczynią Cór Życia, będziesz wypełniała nauki Ugunenapsy.

Peleinè okazała zmieszanie i zatroskanie.

— Ciągle mam wątpliwości. Jeśli ustuzou mówią, mogą wiedzieć o istnieniu śmierci, a przez to o znaczeniu życia. Skoro tak, to nie mogę pomagać w ich wyniszczeniu.

Vaintè podeszła do niej tak blisko, że ich dłonie niemal się zetknęły i przemówiła z wielkim przekonaniem:

— To zwierzęta. Jedno z nich nauczyło się mówić, tak jak łodzie uczą się wypełniać polecenia. Tylko jedno z nich. Pozostałe chrząkają jak bestie w dżungli. A to jedno, które nauczyło się mówić jak Yilanè, teraz nas zabija. Są nieszczęściem, które nas zniszczy. Muszą być wytępione, do ostatniego. Pomożesz mi w tym. Wyprowadzisz Córy Śmierci z mroków ich przeznaczenia, by stały się prawdziwymi Córami Życia. Zrobisz to. Musisz to zrobić.

Mówiąc to, dotknęła łagodnie kciuków Peleinè w geście używanym jedynie przez jedną efenselè wobec drugiej. Peleinè z chęcią przyjęła uścisk stojącej tak wysoko i zrozumiała, że jej pozycja może stać się równie znaczna, jeśli zrobi to, o co eistaa prosi.

— Masz rację, Vaintè, zupełną rację. Stanie się tak, jak powiedziałaś. Córy Życia zbyt długo żyły oddzielone od swego miasta. Musimy do niego wrócić, znów włączyć się do jego życia. Nie możemy jednak zboczyć z właściwej drogi.

— Nie zboczycie. Będziecie wierzyły jak teraz i nikt was nie powstrzyma. Ścieżka przed wami jest prosta i poprowadzisz nią w pełną triumfów przyszłość.

ROZDZIAŁ XIV

Był to pierwszy łuk Harla i dlatego stanowił powód wielkiej dumy. Ze swym wujem Nadrisem poszedł do lasu w poszukiwaniu odpowiedniego drzewa na łuk, takiego o cienkiej korze, z mocnym, sprężystym włóknem. Nadris wybrał małe drzewko, ale Harl sam musiał je ściąć. Długo piłował oporny, zielony pień, póki nie padł u jego stóp. Potem zgodnie z dokładnymi wskazówkami Nadrisa, ściągnął korę, odsłaniając białe drewno. Teraz jednak trzeba było czekać. Cierpliwość chłopca wystawiona została na próbę. Nadris powiesił długi pień wysoko w swym namiocie i zostawił na wiele dni, póki nie wysechł. Potem zaczęła się obróbka. Harl obserwował, jak Nadris dokładnie skrobie drewno kamiennym nożem. Starannie zaostrzył końce łuku i wyciął w nich rowki na cięciwę splecioną z długich, mocnych włosów z ogona mastodonta. Po założeniu cięciwy Nadris nie był zadowolony z łuku, sprawdził jego naprężenie, potem zdjął cięciwę i od nowa zaczął kształtować drzewce. Wreszcie praca dobiegła końca. Miał to być hak Harla, do niego więc należało wystrzelenie pierwszej strzały. Naciągnął cięciwę najsilniej, jak mógł, a potem wypuścił strzałę. Poleciała prosto i celnie, wbijając się w pień drzewa.

Był to najdłuższy i najszczęśliwszy dzień w życiu Harla. Miał teraz łuk, nauczy się dobrze strzelać, wkrótce pozwolą mu polować. Był to pierwszy krok na drodze prowadzącej z dzieciństwa w dorosły świat łowców.

Mimo posiniaczonego ramienia i pęcherzy na palcach nie przestawał ćwiczyć. To był jego hak, jego dzień. Chciał spędzić go samotnie, odłączył się więc od innych chłopców i poszedł do małego zagajnika w pobliżu obozowiska. Cały dzień przekradał się między drzewami, krył w krzakach, posyłał strzały w niewinne kępy traw — były prawdziwą sarną, którą tylko on widział.

Gdy się ściemniło, skrzętnie pozbierał strzały, wziął hak i ruszył w kierunku obozowiska. Był głodny i nie mógł doczekać się posiłku. Któregoś dnia pójdzie na polowanie i sam zdobędzie mięso. Nałożyć strzałę, wypuścić, zzyy, trafione, zabite. Któregoś dnia.

Usłyszał szelest na drzewie nad sobą; stanął i zamarł w milczeniu. Coś tam się ruszało, ciemny kształt rysujący się na szarym tle nieba. Usłyszał znów drapanie szponów. Wielki ptak.

Był to zbyt nęcący cel, by nie spróbować. Może w ciemności stracić strzałę, ale zrobił ją sam i nietrudno wyciąć dalsze. Jeśli jednak trafi ptaka, będzie to jego pierwsza zdobycz. Pierwszy dzień z łukiem w ręku i pierwszy myśliwski sukces. Chłopcy popatrzą na niego inaczej, gdy wejdzie między namioty z łupem.