Выбрать главу

Obaj łowcy pobiegli spokojnym, długodystansowym krokiem. Dzień początkowo był chłodny, niebo zachmurzone, wszystko to ułatwiało bieg. Trzymali się szerokiej rzeki, pokonywali jej płytkie rozlewiska lub wspinali się na wysokie brzegi, nigdy nie tracąc z oczu jej nurtu. Na wodzie nie było nikogo. Gdy słońce stanęło wysoko, zatrzymali się, ociekając potem, by napić się wody z czystego potoku, spadającego kaskadą z kamienistego zbocza. Ochłodzili twarze w chłodnych bryzgach i przeżuli kawałki wędzonego mięsa. Nie zatrzymali się długo.

Po południu dobiegli do miejsca, gdzie rzeka zataczała na równinie wielką pętlę. Znajdowali się na skarpie ponad nią i widzieli, jak koryto jej zakręca, a potem wraca do poprzedniego kierunku.

— Skrócimy drogę ścinając zakręt — zaproponował Sigurnath. Peremandu spojrzał na wodę i grzbietem dłoni starł pot z twarzy.

— Skrócimy, lecz nie będziemy widzieli wody. Mogą nas minąć, a my nic nie zauważymy. Musimy trzymać się rzeki.

Patrząc na południe, spostrzegli wzbijającą się nad horyzontem chmurę. Rosła w oczach, pędziła w ich kierunku, gdy patrzyli ze zdziwieniem, bo nigdy takiej nie widzieli.

— Co to jest? — spytał Sigurnath.

— Kurz — odparł Peremandu, znany z bystrego wzroku. — Kłąb kurzu. Może to wielkie stado kaczkodziobów.

— Polowałem na nie, lecz nigdy nie widziałem czegoś podobnego. To jest zbyt wielkie, zbyt szerokie — a do tego wciąż rośnie.

Patrzyli w osłupieniu na zbliżającą się chmurę kurzu, aż dostrzegli biegnące przed nią zwierzęta. Było to rzeczywiście wielkie stado. Kilka stworzeń biegło na przedzie i Peremandu przysłonił oczy dłonią, by je rozpoznać.

— To murgu! — krzyknął w nagłym przerażeniu. — Śmiercio-kijowe murgu. Uciekajmy!

Pognali z powrotem wzdłuż rzeki, wyraźnie widoczni w sięgającej kolan trawie. Z tyłu rozlegały się ochrypłe krzyki, dudnienie ciężkich nóg i nagłe ostre trzaski.

Sigurnath został w tyle, upadł i Peremandu dojrzał kątem oka strzałkę, która utkwiła nagle w jego karku.

Równiną nie można było uciec. Peremandu skręcił w lewo, wzbijając nogami tuman kurzu. Skoczył z wysokiego brzegu, zrobił salto w powietrzu i osłaniając głowę, wpadł do płynącej w dole wody.

Dwie wielkie bestie zwolniły i stanęły na skraju urwiska; Yilanè zsiadły z wysokich siodeł i spojrzały na mulistą rzekę. Nie było nic widać. Długo stały bez ruchu. Potem jedna z nich odwróciła się i podjechała do tarakasta.

— Meldunek dla Vaintè — powiedziała. — Powiedzcie jej, że natrafiłyśmy na dwa ustuzou. Oba nie żyją. Pozostałe nie dowiedzą się o naszej obecności. Napadniemy na nie, jak zaplanowałyśmy.

ROZDZIAŁ XV

Głośne krzyki sprawiły, że Kerrick obudził się nagle, wpatrując w mrok namiotu. Armun też się zaniepokoiła, mruczała coś przez sen, gdy odsuwał od niej swe ciepłe ciało. Krzyki zbliżały się; Kerrick wstał i zaczął wśród futer szukać ubrania.

Po odrzuceniu poły namiotu zobaczył biegnącą ku niemu grupę łowców. Nieśli pochodnie, a dwaj podtrzymywali jakiś ciemny kształt Zwisał im ciężko, nieruchomo. Na przedzie biegł Herilak.

— Nadchodzą — zawołał i Kerrick poczuł, jak włosy stają mu dęba.

— To Peremandu — dodał Herilak. — Biegł cały dzień, a także większość nocy.

Peremandu był przytomny, lecz całkowicie wyczerpany. Przynieśli go do Kerricka i posadzili ostrożnie na trawie. W migoczącym świetle pochodni widać było bladość jego skóry i czarne obwódki wokół oczu.

— Idą… — wychrypiał. — Za mną… Sigurnath nie żyje.

— Czy nad rzeką są straże? — spytał Kerrick, a słysząc to Peremandu z wysiłkiem pokręcił głową.

— Nie wodą. Lądem.

— Biegnijcie — rozkazał Herilak łowcom, którzy przynieśli Peremandu. — Obudźcie wszystkich. Zawołajcie tu sammadarów.

Z namiotu wyszła Armun, nachyliła się nad Peremandu i przytknęła mu do ust kubek z wodą. Napił się łapczywie, dysząc z wysiłku. Trochę łatwiej było mu teraz mówić.

— Obserwowaliśmy rzekę, ale nadeszli lądem. Wpierw była chmura kurzu większa od wszystkiego, co widzieliśmy. To były murgu, niezliczona ilość, biegły szybko, ciężko stąpając, mając na swych grzbietach murgu śmiercio-kijowe. Siedziały też na innych stworach, większych i szybszych, które biegły na przedzie. Zobaczyły nas, gdy zaczęliśmy uciekać, zabiły Sigurnatha. Ja skoczyłem do rzeki, wstrzymałem oddech, dopóki tylko mogłem. Płynęłem głęboko, z prądem. Długo czekałem w wodzie, gdy się wynurzyłem, już ich nie było.

Tymczasem przybiegli sammadarzy; coraz więcej łowców zbierało się, słuchając w milczeniu. Pochodnie rzucały blask na ich ponure twarze.

— Gdy wyszedłem z wody, już ich nie było. Widziałem w oddali kurz, jaki wzbijały. Szły bardzo szybko. Poszedłem ich śladem, był to szeroki jak rzeka pas zdeptanej trawy, znaczony wielkimi bryłami łajna. Szedłem za nimi, dopóki słońce się nie zniżyło i zobaczyłem, że zatrzymały się nad rzeką. Zatrzymałem się również, nie podchodząc bliżej. Margalus, mówił, że nie lubią nocy i wtedy śpią. Pamiętając o tym, czekałem na zachód słońca. Gdy tylko się ściemniło, obszedłem je z dala od wschodu, by się do nich nie zbliżać. Więcej ich nie widziałem. Pobiegłem bez odpoczynku i jestem tutaj. Sigurnath nie żyje.

Opadł na ziemię, wyczerpany opowiadaniem. Jego słowa wzbudziły przerażenie wśród słuchaczy; czuli, że zbliża się śmierć.

— Zaatakują — powiedział Kerrick — wkrótce po świcie. Wiedzą dokładnie, gdzie jesteśmy. Takie rzeczy planują starannie. Zatrzymały się na noc na tyle daleko, byśmy ich nie słyszeli, lecz na tyle blisko, by uderzyć rano.

— Musimy się bronić — stwierdził Herilak.

— Nie! Nie możemy tu zostać. — Kerrick powiedział to szybko, niemal bez namysłu.

— Jeśli ruszymy, napadną nas w drodze — zaprotestował Herilak. — Będziemy bezbronni, wyrżną nas. Lepiej zostać tutaj, gdzie możemy znaleźć osłonę.

— Wysłuchajcie mnie — powiedział Kerrick. — Jeśli tu zostaniemy, zrobimy dokładnie to, czego się po nas spodziewają. Ich plan polega na zaatakowaniu nas tutaj. Możecie być pewni, że atak został opracowany w najdrobniejszych szczegółach i że jego celem jest zniszczenie nas. Musimy znaleźć wyjście, pomyśleć, jak możemy się uratować. O bestiach, na których jadą, nigdy nie słyszałem ani ich nie widziałem. Ale to nie ma znaczenia. Mają za sobą pomoc i zapasy całego drugiego świata. Są tam niezliczone dziwne stworzenia. Murgu, jakich sobie nawet nie wyobrażamy. Najważniejsze, że o nich wiemy, że zostaliśmy uprzedzeni. — Rozejrzał się. — Wybraliśmy to miejsce na obozowisko, bo jest tu woda i możemy obronić się przed atakiem od strony rzeki. Czy przybywają też wodą? Czy widziałeś jakieś łodzie?

— Żadnych — odparł Peremandu. — Rzeka była pusta. Są tak liczni, że nie potrzebują wsparcia. Jest ich tyle, co ptaków, gdy zbierają się jesienią, by odlecieć na południe. Co liści na drzewie, nie da się ich policzyć.

— Zdepczą naszą osłonę cierniową — powiedział Kerrick. — Musimy natychmiast wyruszyć. Na północ. Nie możemy tu zostać.

Odpowiedziała mu cisza. Nikt nie chciał mówić, bo wszystko było niezwykłe, całkiem nowe. Patrzyli na swych przywódców. Sammadarzy spoglądali na Herilaka. Decyzja należała do niego. Miał równie ponurą twarz, jak i oni, a do tego spoczywała na nim cała odpowiedzialność. Rozejrzał się dookoła, potem wyprostował i stuknął o ziemię końcem włóczni.