Выбрать главу

— Ruszamy. Margalus ma rację. Jeśli tu zostaniemy, czeka nas pewna śmierć. Jeśli mamy stawić im czoła, to w miejscu wybranym przez nas. Minęło dopiero pół nocy. Musimy skorzystać ile się da z jej reszty. Zwijać namioty…

— Nie — przerwał Kerrick. — To byłby błąd — z wielu powodów. Zajmie to czas, a nie mamy go wiele. Jeśli załadujemy namioty, włóki bardzo się obciążą i będą nas hamowały. Zabieramy broń, żywność, ubrania — nic więcej.

Słuchały tego kobiety; jedna z nich zaczęła zawodzić.

— Nowe namioty możemy zrobić — powiedział Kerrick. — Ale nikt nie wróci nam życia. Załadujcie na włóki jedynie to, co powiedziałem. Wsadźcie niemowlęta i małe dzieci. Namioty niech zostaną. Murgu nie będą wiedziały, że są puste. Zaatakują, zużyją swe strzałki, stracą czas. Potrzebujemy go jak najwięcej. Powiedziałem, co należy zrobić.

— Róbcie, jak każe margał us — powiedział Kerrick, potrząsając włócznią. — Ruszajcie się.

Mastodonty trąbiły protestując, że je zbudzono, lecz wstały po brutalnych uderzeniach we wrażliwe kąciki pysków. Rozpalono ogniska przed namiotami i szybko zaprzężono włóki. Kerrick zostawił Armun, by załadowała co konieczne i pośpieszył poza obóz, na czoło tworzącej się kolumny, gdzie czekał już Herilak. Wskazał na północ.

— Teren się tam wznosi, pamiętaj o tym. Są tam zalesione, strome wzgórza, w niektórych miejscach z ziemi wystają skały. Musimy je osiągnąć, nim nas dogonią. To tam znajdziemy pozycje, których można bronić.

Pojawił się księżyc, świt zbliżał się coraz bardziej, gdy wreszcie byli gotowi. Szli w jednym szeregu, mastodonty ryczały, gdy zmuszano je do szybszego biegu, obok spieszyli łowcy. Od dość dawna polowali na tych ziemiach, znali tu każde zagłębienie i wzniesienie. Sammady wybierały najłatwiejszy, zapewniający największą szybkość szlak na północ.

Gdy rozwidniło się, kolumna była znacznie rozciągnięta. Ludzie nie mieli siły, by biec, z trudem utrzymywali tempo. Mastodonty, zbyt osłabione, by protestować, wytrwale stawiały swe wielkie nogi. Łowcy szli, oglądając się za siebie, choć nikt ich nie gonił. Na razie. Marsz trwał.

Upłynęło wiele czasu wypełniającego się zmęczeniem, nim Herilak nakazał postój.

— Pić i odpoczywać — polecił, oglądając się na drogę, którą pokonali. Czekał, aż zbliży się kolumna. Przywołał do siebie Peremandu. — Wiesz, jak daleko od naszego obozowiska były murgu. Czy już do niego doszły?

Peremandu spojrzał na południe i zmrużył oczy w namyśle. Mówił z wahaniem.

— Ja straciłem na to więcej czasu, lecz one są znacznie szybsze. Już tam są.

— A niedługo będą przy nas — powiedział ponuro Harilak. Odwrócił się i spojrzał na wschód, potem wskazał na wzgórza. — Tam. Musimy tam znaleźć miejsce obrony. Ruszamy.

Teren zaczął się wkrótce wznosić, zmęczone mastodanty zwolniły kroku i trzeba je było popędzać. Droga zaprowadziła ich do doliny, na której dnie wił się potok. Do Herilaka podbiegł jeden z łowców idących przodem.

— Dolina staje się coraz bardziej stroma i wkrótce trudno będzie się z niej wydostać.

Skręcili więc na zbocze, a gdy je pokonali, Herilak wskazał na jeszcze bardziej strome, najeżone skałami wzgórze. Jego stoki wznosiły się ku zalesionemu wierzchołkowi.

— Tego nam trzeba. Jeśli się tam schowamy, nie zdołają zajść nas od tyłu. Będą musiały wspinać się tym stokiem. Znajdą się wtedy na otwartej przestrzeni, a my będziemy ukryci wśród drzew. Tam się zatrzymamy.

Kerrick słuchał tego z ulgą, bo ledwo trzymał się na nogach. Pulsowały one bólem po wyczerpującym marszu i każdy krok powodował mękę. Nie pora była jednak myśleć o sobie.

— To dobry plan — powiedział. — Zwierzęta są zmęczone i dalej nie pójdą. Trzeba je odprowadzić w głąb lasu, by się najadły i odpoczęły. Podobnie kobiety. Wszyscy musimy odpocząć, bo po zmroku ruszymy dalej. Jeśli murgu jest tak dużo, jak mówił Peremandu, to nie damy rady zabić ich wszystkich. Wystarczy, że je powstrzymamy. Co ty na to, Herilaku?

— Myślę, że choć sytuacja jest trudna, trzeba tak zrobić. Zaczekamy na atak na skraju lasu. Mastodonty wejdą głębiej między drzewa. Har-Havola, niech dobrzy biegacze z twego sammadu poszukają drogi przez las, dopóki jest jeszcze widno. Będziemy walczyć. Po zmroku pójdziemy dalej.

Maruderzy wspinali się jeszcze po stoku, gdy jeden z łowców ostrzegawczo krzyknął i wskazał na zachód, na chmurę wznoszącą się za pierwszym wzgórzem. Jej widok zmusił do wysiłku idących w tyle.

Lekki wiatr szumiał w gałęziach nad ich głowami. Kerrick siedział na miękkiej trawie obok Herilaka, przedwieczorne słońce grzało im twarze, gdy pieczołowicie karmili strzałkami hèsotsany. Chmura kurzu była coraz bliżej. Herilak wstał i skinieniem ręki kazał łowcom się ukryć.

— Schowajcie się — polecił. — Nie ściskajcie śmiercio-kijów, póki nie rozkażę strzelać — bez względu na to, jak blisko podejdą. Potem zabijajcie. Mordujcie je, aż ułożą się w wysokie stosy, a atakujące nie przejdą przez zwały trupów. Nie wycofywać się bez rozkazu. Gdy go ogłoszę, odchodźcie po kilku. Zatrzymujcie się za drzewami. Przepuszczajcie innych. Chcę, by łowcy kryli się i bezustannie zabijali. Niech murgu idą między drzewami, tak jak na stoku. Pamiętajcie, tylko my stoimy między nimi a sammadami. Nie przepuście ich.

Murgu zbliżyły się, chmura pyłu wzbijała się teraz z doliny, którą nie tak dawno wspinały się sammady. Kerrick wyciągnął się za pniem wielkiego drzewa, oparł hèsotsan na uschłej gałęzi. Z trawy wzleciało stadko ptaków i zatrzepotało skrzydełkami nad głowami łowców. Huk, przypominający odległy grzmot, stawał się coraz głośniejszy.

Na szczycie sąsiedniego wzgórza ukazał się nagle rząd ciemnych sylwetek; poruszały się wolno, lecz wytrwale. Kerrick leżał bez ruchu, przyciskał się do ziemi czując, jak szybko bije mu serce.

Bestie, na których atakowano, były wielkie, przypominały trochę epetruki. Poruszały się na wielkich tylnych łapach, grube ogony zamiatały za nimi ziemię. Na każdym siedziała Yilanè. Stanęły na chwilę, wpatrując się w zbocze i las. Czekały aż dogonią je dalsze oddziały.

Kerrick patrzył ze zdumieniem, jak szczyt wzgórza zaroił się od ciemnych, biegnących postaci, od niskich zwierząt mających dużo nóg. Cztery nogi z każdego boku, razem osiem. Zatrzymały się także, drepcząc w miejscu; na ich grzbietach siedziały uzbrojone fargi. Dziwne zwierzęta miały małe łby na grubych szyjach. Dostarczały na wzgórze coraz to nowe fargi. Przybywało ich coraz więcej, tłoczyły się — by nagle ruszyć.

Wiatr niósł krzyki Yilanè, głośne dudnienie kopyt, ryki bestii, mocny, zwierzęcy zapach.

Zbliżały się coraz bardziej, wspinały prosto ku garstce łowców kryjących się pod drzewami. Widać już było wyraźnie każdy szczegół nakrapianej skóry zwierząt, trzymające kurczowo broń, zakurzone fargi i poprzedzające je Yilanè na wielkich wierzchowcach.

Śpiewny krzyk Herilaka ledwo był słyszalny wśród grzmotu nadciągających napastników.

Trzasnęły pierwsze śmiercio-kije.

ROZDZIAŁ XVI

Kerrick wypalił do najbliższej Yilanè, chybił, lecz trafił w wierzchowca. Ten stanął dęba i upadł ciężko, ściągając ją na ziemię.Nie ucierpiała i wycelowała hèsotsan. Następna strzałka Kerricka trafiła ją w szyję, porażając na zawsze.

To była rzeź. Pierwszy szereg napastniczek padł pod ogniem zza drzew. Trafiono wiele ośmionogich bestii: padały, zrzucając na ziemię jadące na nich fargi. Te, które szły z przodu, zostały zabite, nim dotarły do drzew. Pozostałe cofnęły się, zmieszały z ciągle nadciągającymi Yilanè. Strzałki same znajdowały sobie cel w tym kłębowisku, piętrząc wysoko ciała. Atak w końcu ustał, powstrzymany przez barierę trupów. Powietrze wypełniały krzyki rannych fargi, przygniecionych przez upadające bestie.