Zgrupowane za atakującymi, dosiadające wierzchowców Yilanè wykrzykiwały rozkazy. Pod ich wpływem fargi zaczęły się kryć, odpowiadać strzałami. Kerrick opuścił swą broń, by zrozumieć wydawane polecenia. Jedna z dowodzących podjechała do napastniczek, wołając o uwagę. Kerrick uniósł hèsotsan, lecz ostrożnie trzymała się poza zasięgiem strzałek. Słyszał ją teraz wyraźnie, porządkowała cały ten chaos. Kerrick rozumiał każde jej słowo.
Wszystko w nim zamarło. Ten głos. Znał ten głos!
Ale przecież Vaintè nie żyje, sam ją zabił. Pchnął ją głęboko. Zabił ją! Nie żyła.
A jednak był to niewątpliwie jej głos donośny, nie znoszący sprzeciwu.
Kerrick skoczył na równe nogi, usiłując się jej przyjrzeć, lecz odwróciła się plecami. Gdy spojrzała ku niemu, ktoś uderzył go mocno w plecy, zwalił na ziemię, wciągnął pod osłonę. Wokół liście spadały od strzałek. Herilak puścił go i sam się ukrył.
— To była ona — głos Kerricka drżał ze zdenerwowania. — Ta, którą zabiłem, sammadar wszystkich murgu. Ale ja ją zabiłem, widziałeś.
— Widziałem, jak pchnąłeś maraga. Może nie tak łatwo je zabić.
Żyje. Nie miał wątpliwości. Nadal żyje. Kerrick pokręcił głową i uniósł hèsotsan. Teraz nie ma czasu nad tym się zastanawiać. Póki nie spróbuje zabić ją znowu. Nadal żyje. Skupił swe myśli na bitwie.
Jak dotąd napastniczki wystrzeliły tylko po kilka strzałek, tak druzgocąca była ich porażka. Teraz jednak znalazły osłonę za ciałami swych poległych i zaczęły się ostrzeliwać; liście szeleściły i drżały od uderzeń niezliczonych strzałek.
— Nie pokazywać się — zawołał Herilak. — Leżcie! Czekajcie, dopóki nie zaatakują.
Yilanè, które przeżyły pierwsze natarcie, odprowadzały teraz ogromne tarakasty w bezpieczne miejsce za tłumem uruktopów i fargi. Rozległy się głośne rozkazy, podrywające do ponownego ataku. Fargi wstały niechętnie i pobiegły naprzód, by zginąć. Atak załamał się, nim na dobre się rozpoczął.
— Powstrzymaliśmy je — powiedział Herilak z satysfakcją, patrząc na zasłane ciałami zbocze. — Możemy je zatrzymać.
— Nie na długo. — Kerrick wskazał na podnóże wzgórza. — Gdy atakują od strony morza, stosują manewr o nazwie „wyciągnięte ręce”. Okrążają przeciwnika z obu stron, potem zachodzą go od tyłu. Sądzę, że robią to teraz.
— Możemy je powstrzymać.
— Tylko na chwilę. Znam jednak ich taktykę. Będą atakowały coraz szerszym frontem, aż obejdą nasze skrzydła. Musimy być na to przygotowani.
Kerrick miał rację. Fargi zeszły z ośmionogich uruktopów i rozsypały się u stóp wzgórza, podchodząc powoli do góry. Ginęły, ale w to miejsce wysyłano następne. Straty były ogromne, lecz dowodzące Yilanè nie liczyły się z tym. Ukazywało się coraz więcej fargi, kryjących się za trupami. Niektórym udało się nawet, nim padły, osiągnąć skraj lasu.
Po południu pierwsze fargi dotarły do lasu. Szybko dołączyły do nich następne i obrońcy Tanu musieli się wycofać.
Zaczęła się teraz odmienna, choć równie krwawa faza bitwy. Mało która fargi czuła się pewnie w lesie. Gdy tylko opuszczały kryjówki, dopadała je śmierć. Mimo to podchodziły wciąż nowe. Nie było już jednego frontu walki, ludzie i zwierzęta mieszali się ze sobą w ciemnościach pod drzewami.
Kerrick wycofał się wraz z innymi, ból w nodze niemal minął. Starał się, by między nim a fargi były pnie. Gdy się jednak wyprostował, usłyszał ostry trzask i w korę obok twarzy uderzyła strzałka. Odwrócił się i trzymaną w lewej ręce włócznię zatopił w fargi, która zaszła go od tyłu. Wyrwał broń i popędził głębiej w las.
Zaczął się kolejny etap odwrotu. Wydawane szeptem polecenia poderwały mastodonty do ucieczki, łowcy skupili się za nimi, strzegąc tyłów. W lesie rozległy się teraz inne, nie przypominające języka Tanu komendy i Kerrick zatrzymał się z dłonią przy uchu. Słuchał uważnie, potem odwrócił się i pobiegł między drzewa szukać Herilaka.
— Wycofują się — powiedział mu. — Nie widząc ich, nie wiem na pewno, co mówią, lecz mogę się domyśleć.
— Uciekają pobite?
— Nie — Kerrick spojrzał na ciemniejące nad drzewami niebo. — Wkrótce zapadnie noc. Przegrupowują się na otwartej przestrzeni. Zaatakują znowu rano.
— Będziemy wtedy daleko. Odskoczymy od nich i dołączymy do sammadów.
— Musimy wpierw jeszcze coś zrobić. Trzeba przeszukać las, znaleźć jak najwięcej śmiercio-kijów. Potem będziemy mogli odejść.
— Masz rację. Śmiercio-kije i strzałki. Zbyt wiele ich zużyliśmy.
Noc zapadła, gdy pozbierali broń i wracali z nią do sammadów. Kerrick szedł na końcu. Stawał i oglądał się do tyłu, aż zawołał go Herilak. Skinął wtedy na wielkiego łowcę, by podszedł. Wskazał za siebie ręką.
— Niech inni wracają z bronią. My dwaj zbliżymy się do obozu murgu. Nie lubią ciemności. Może zdołamy coś im zrobić.
— Zaatakować w nocy?
— Właśnie to musimy sprawdzić.
Szli powoli, z przygotowaną bronią, lecz na wzgórzach nie było nieprzyjaciela. Nie odeszły jednak daleko. Widzieli wyraźnie obóz na położonych dalej trawiastych stokach. Olbrzymie zbiorowisko skupionych razem ciemnych ciał, milczących i nieruchomych.
Obaj łowcy nie zaniedbali żadnych środków ostrożności. Podchodzili schyleni nisko w trawie, potem czołgali się cicho z bronią gotową do strzału. Gdy znaleźli się o długi lot strzały od obozowiska Yilanè, Herilak powstrzymał Kerricka lekkim dotknięciem w ramię.
— To zbyt łatwe — szepnął mu do ucha. — Czy nie mają żadnych strażników?
— Nie wiem. Na ogół wszystkie śpią w nocy. Musimy się przekonać. Podczołgali się jeszcze kilka kroków, gdy palce Kerricka dotknęły czegoś zimnego; kija, może pnącza, ukrytego w trawie. Ruszyło się to leniwie między jego palcami.
— W tył! — zawołał do Herilaka, gdy w mroku przed nimi coś zabłysło. Przymglone światło wkrótce się rozjarzyło; widzieli teraz wszystko wyraźnie. I byli również widziani. Rozległ się trzask broni, niosące śmierć strzałki zasypały trawę wokół nich. Czołgali się jak tylko mogli najszybciej, potem wstali i pobiegli w bezpieczny mrok.
Za nimi światła przygasły i zniknęły, powrócił mrok. Yilanè wyciągnęły naukę z rzezi na plażach. Nie można już było dokonać nocnego ataku.
Gdy Kerrick i Herilak dołączyli do sammadów, ładowano na włóki pozbierane strzałki i hèsotsany. Zaczął się kolejny odwrót. W czasie drogi Herilak rozmawiał z sammadarami.
Z bitwy w lesie nie wrócili czterej łowcy.
Kolumna szła powoli, o wiele za wolno, by umknąć przed atakiem, który miał nastąpić rano. Wszyscy byli zmęczeni po dwóch nocach marszu z odrobiną snu. Mastodonty protestowały rykiem, gdy je poganiano. Lecz mimo wszystko sammady parły naprzód, bo nie miały innego wyboru. Jeśli staną, zginą.
Teren był nierówny, skalisty, prowadził przeważnie pod górę. Szli coraz wolniej i jeszcze przed świtem ustali zupełnie. Sorli przyniósł Herilakowi wiadomość.
— To zwierzęta. Nie chcą iść dalej, nawet kłute włóczniami.