— No to musimy się tu zatrzymać — powiedział Herilak, znużony jak wszyscy. — Odpocznijcie, prześpijcie się. O świcie ruszymy dalej.
Rano zerwał się chłodny wiatr i wszyscy drżeli, niemrawo wstając spod przykrycia skór. Byli zniechęceni i wyczerpani. Jedynie świadomość nieuniknionej pogoni nieprzyjaciela zmusiła ich znów do drogi. U boku Kerricka szła milcząca Armun. Nie mieli ochoty na rozmowę. Wystarczało, że szli obok siebie, popędzali oporne mastodonty.
Z boku stał oparty na włóczni łowca. Czekał, aż Kerrick podejdzie do niego.
— Wysłał mnie sacripex — powiedział. — Chce, byś dołączył do niego na przedzie.
Z wielkim wysiłkiem, nie zwracając uwagi na powracający ból nogi, Kerrick zaczął biec obok kolumny. Mijał dzieci, niemowlęta na rękach kobiet. Mimo zdjęcia części ciężarów, mastodonty zataczały się ze zmęczenia. Niedługo padną.
Gdy Kerrick z trudem dogonił Herilaka, ten wskazał na wzgórza przed nimi.
— Znaleźliśmy tam pokryty lasem grzbiet — powiedział. — Bardzo podobny do tego, na którym zatrzymaliśmy wczoraj murgu.
— Nie… to za mało — wysapał Kerrick, z trudem łapiąc dech. — Wróg jest zbyt liczny. Otoczą nas znowu, odepchną.
— Może dostały nauczkę. Nawet murgu nie są takie głupie. Będą trzymały się z tyłu. Wiedzą, że zginą, jeżeli zaatakują. Kerrick ze smutkiem pokręcił głową.
— Tak może postąpiliby Tanu. Widząc śmierć innych, lękaliby się o swoje życie. Ale nie murgu. Znam je, znam aż za dobrze. Yilanè dosiadające wielkich bestii będą rzeczywiście trzymały się z tyłu. Zabezpieczą się, każąc jednak, jak poprzednio, atakować fargi.
— A jeśli odmówią?
— Nie mogą. To niemożliwe. Jeśli zrozumieją rozkaz, muszą go wykonać. Tak już z nimi jest. Zaatakują.
— Murgu — Herilak odsłonił ze wstrętu zęby. — No, to co mamy robić?
— A cóż nam zostaje poza ucieczką? — spytał bezradnie Kerrick, głęboko wciągał powietrze, miał szarą ze zmęczenia skórę. — Jeśli zatrzymamy się tu, na otwartej przestrzeni, wyrżną nas. Musimy iść dalej. Może znajdziemy wzgórze, na którym będziemy mogli się bronić.
— Wzgórze można otoczyć. Wtedy zginiemy na pewno.
Droga wznosiła się ostro. Musieli dobywać resztek sił, by się nią wspinać. Po osiągnięciu grzbietu wzgórza musieli stanąć. Kerrick zgiął się we dwoje, szarpany skurczami. Za nim karawana mozolnie pokonywała stok. Gdy się wyprostował i rozejrzał, zamarł na chwilę z otwartymi szeroko ustami i oczyma.
— Herilaku — zawołał. — Patrz tam, w górę, na te wyższe wzgórza. Czy coś widzisz?
Herilak osłonił oczy i patrzył w dal, potem wzruszył ramionami i odwrócił się.
— Śnieg. Zima trzyma się tam mocno.
— Nie rozumiesz? Murgu nie znoszą zimna. Stworzenia, na których jadą, nie pójdą po śniegu. Nie będą nas tam ścigały!
Herilak ponownie uniósł wzrok, lecz tym razem zapaliła się w nim iskierka nadziei.
— Do śniegu nie jest aż tak daleko. Możemy dziś do niego dojść, jeśli będziemy szli stale.
Zawołał łowców wskazujących drogę. Kazał im wrócić, wydał nowe polecenia. Potem usiadł chrząkając z zadowoleniem.
— Sammady pójdą dalej, ale część nas musi tu zostać i powstrzymać goniące nas murgu.
Odzyskali nadzieję, możliwość przeżycia dodała im otuchy. Nawet mastodonty wyczuły podniecenie, wzniosły trąby i zaryczały. Łowcy popatrzyli jak karawana skręca, zaczyna wspinaczkę na wysokie wzgórza, potem ruszyli za nią.
Teraz będą polowali na murgu tak jak na każde groźne zwierzę. Sammady zniknęly im z oczu, gdy Herilak zatrzymał łowców w górnej partii doliny. Leżało tu osypisko z wieloma wielkimi głazami.
— Zatrzymamy je tutaj, wpuścimy między nas. Potem strzelajcie i zabijajcie. Powalcie dowodzące. Odpędźcie je. Zabierzcie ich broń i strzałki. Co wtedy zrobią, margalusie?
— To samo co wczoraj — powiedział Kerrick. — Będą nas niepokoiły wzdłuż całej linii, a jednocześnie wyślą fargi, by obeszły grzbiet i wzięty nas z boku i od tyłu.
— Tego nam właśnie trzeba. Wycofamy się, nim zamkną pułapkę.
— I zastawimy naszą! Będziemy to powtarzać! — zawołał Sorli.
— Zgadza się — powiedział Herilak, choć w jego chłodnym uśmiechu nie było radości.
Wyszukali sobie kryjówki za głazami, po obu stronach doliny. Wielu, z Kerrickiem włącznie, zasnęło natychmiast po położeniu się. Jednakże Herilak, ich sacripex, nie spał, bacznie obserwując zza starannie ułożonych dwóch odłamków skaty drogę, którą przyszli.
Gdy pokazały się pierwsze zwiadowczynie, nakazał zbudzić śpiących. Wkrótce dolina wypełniła się hałasem ciężkich kroków uruktopów. Przed główną grupą, wskazując drogę, jechały Yilanè na tarakastach. Wspinały się na wzgórze, minęły niewidocznych Tanu i osiągnęły grzbiet, zanim wolniejsze uruktopy weszły głębiej w pułapkę.
Padł rozkaz strzelania.
Rzeź była straszna, większa niż poprzedniego dnia. Łowcy strzelali bez przerwy, krzycząc przy tym z radości. Yilanè, które ich minęły, zawróciły. Wierzchowce zabito, wzmagając śmiertelny chaos. Runął uruktop. Zginęły jadące na nim fargi. Te, które próbowały ucieczki, zostały zastrzelone. Pierwsze szeregi napastniczek uległy zniszczeniu i wróg cofnął się, by dokonać przegrupowania. Łowcy ścigali murgu, kryjąc się między zabitymi; ich broni używali przeciwko żywym napastniczkom.
Wrócili dopiero na ostrzegawczy krzyk stojącego na szczycie wartownika. Odbiegli w głąb doliny, poza zasięg broni nieprzyjaciela. Kryjąc się w bruzdach wyrytych przez włóki, wspinali się coraz wyżej na wzgórza.
Jeszcze dwukrotnie zasadzili się na murgu. Dwukrotnie zastawili na nie połapkę, zabijając je i rozbrajając. Słońce zbliżało się do widnokręgu, gdy uciekali. A potem znów trafili na szlak karawany.
— Długo tak nie pociągniemy — Kerrick zataczał się z bólu i wyczerpania.
— Musimy. Nie mamy innego wyboru — odpowiedział mu ponuro Herilak, wytrwale idąc naprzód. Nawet on, mimo swej ogromnej siły, czuł znużenie. Mógł iść dalej, lecz wiedział, że inni niedługo padną ze zmęczenia. W twarz wiał mu zimny wiatr. Pośliznął się, odzyskał równowagę i obejrzał za siebie.
Zwycięski krzyk Herilaka przebił się przez obezwładniające Kerricka wyczerpanie. Rozejrzał się półprzytomnie, potem jego wzrok podążył za wskazującym na ziemię palcem.
Szlak był błotnisty, nierówny, obok głębokich bruzd piętrzyły się kupy gnoju mastodontów. Nie rozumiał, dlaczego Herilak krzyczy. Lecz na błocie widniały białe plamki, a wyżej robiło się coraz bielej.
Śnieg.
Leżał na wznoszącym się przed nimi stoku. Przecinał go błotnisty szlak po przejściu sammadów! Kerrick podbiegł ciężko do zaspy obok drogi, nabrał pełne dłonie zimnego, białego puchu i wyrzucił go w powietrze. Wszyscy śmiali się i wiwatowali.
Na szczycie zatrzymali się, stojąc w zaspie po kolana. Spoglądali w dół na pierwsze zwiadowczynie Yilanè. Powstrzymały swe wierzchowce po osiągnięciu stoku pokrytego śniegiem.
Za nimi zatrzymała się także reszta napastniczek. Fargi zbiły się w gromadę, podczas gdy jadące wierzchem Yilanè urządziły naradę.
Potem ruszyły znów. Nie do góry, lecz w dół stoku. Szły powoli, aż zniknęły z oczu.
ROZDZIAŁ XVII
Pokrywający rzekę lód zaczął pękać, piętrzyć się w zatory, które potem wielkimi krami spływały z nurtem do morza. Choć wiosna już tu dotarła, w osłoniętych miejscach lód nadal skuwał brzeg, zagłębienia wypełniał śnieg. Ale na łęgach, w szerokim zakolu rzeki małe stadko saren skubało już cienkie źdźbła nowej żółtozielonej trawy. Rozglądały się, strzygąc uszami, łapały w nozdrza powietrze. Coś je zaniepokoiło, bo w długich, pięknych susach zniknęły między drzewami.