Выбрать главу

Herilak stał w cieniu wysokiego, wiecznie zielonego drzewa, wdychał aromatyczny zapach jego igieł i spoglądał na opuszczone jesienią obozowisko. Uścisk zimy zelżał; wiosna tego roku przyszła wcześnie, co nie zdarzało się od wielu lat. Może skończyły się już lodozimy? Może. Z tyłu, z lasu, doszedł go odgłos skrzypiącej uprzęży i radosne trąbienie mastodonta. Zwierzęta poznawały okolicę, wiedziały gdzie są; wędrówka dobiegała końca.

Z lasu wynurzyli się cicho łowcy, wśród nich Kerrick. Odczuli ulgę, że mogą już stanąć, rozbić obóz w znajomym miejscu, zbudować szałasy. Zatrzymać się na jakiś czas w jednym miejscu. Zima dopiero się skończyła, na razie nie musieli przejmować się następną. Kerrick spojrzał na przelatującego wysoko białego ptaka. To tylko ptak.

Pomimo słonecznego nastroju powróciły mroczne wspomnienia. Były w nich Yilanè, tkwiły tam jak nigdy nie niknąca groźba, jak burza, która może rozszaleć się w każdej chwili. Cała przyszłość Tanu, wszystkie ich plany są uzależnione od czyhającej na południu śmierci. Mastodonty trąbiły jak oszalałe, przerwał rozmyślania. Dosyć! Będzie jeszcze czas na troski. Teraz pora rozbijać obóz, rozpalać ogniska, piec świeże mięso. Pora przerwać wędrówkę.

Kerrick, Herilak, stary Fraken, obaj sammadarzy spędzili noc wokół ognia. Mieli pełne żołądki, byli zadowoleni. Sorli grzebał w ognisku, wzbiły się z niego błyszczące iskry i zniknęły w mroku. Księżyc w pełni wzniósł się zza drzew, noc była cicha. Sorli wyciągnął zwęgloną gałąź, dmuchnął w nią, aż buchnęła płomieniami, wtedy włożył ją do kamiennego cybucha fajki. Zaciągnął się głęboko, wypuścił szary kłąb dymu i podał fajkę Har-Havoli. Ten również zaciągnął się głęboko, powoli. Byli teraz sammadem sammadów, nikt już nie pokpiwał z tego, że on i jego ludzie mówią nieco inaczej. Nikt nie śmiałby, zwłaszcza teraz po wspólnie spędzonej zimie i zwycięskiej walce z murgu. Trzej jego młodzi łowcy mieli już kobiety z innych sammadów. Była to naturalna droga do pokoju.

— Fraken — zawołał Herilak. — Opowiedz nam o bitwie. Opowiedz, jak padały murgu.

Fraken kręcił głową, udając zmęczenie, lecz gdy wszyscy zaczęli go błagać, gdy zobaczył coraz więcej osób gromadzących się wokół ogniska, dał się namówić. Mruczał coś nosowo, kołysząc się przy tym, potem śpiewając zaczął opowiadać wydarzenia zimy:

— …wiele razy podchodziły wzgórzem, wiele razy łowcy stawiali im czoła zabijając je ciągle i ciągle. W końcu wokół każdego łowcy tak wysoko spiętrzyły się ciała, że nikt nie był spoza nich widoczny. Każdy łowca zabił tyle murgu, ile traw porasta zbocze góry. Każdy łowca przebijał murgu, aż miał ich po pięć na jednej włóczni. Silni byli łowcy tego dnia. Wysokie były wzgórza zwłok.

Słuchali tego, kiwając głowami i rosnąc z dumy. Fajka przechodziła z rąk do rąk, Fraken opiewał ich zwycięstwa, jego głos wznosił się i opadał od emocji. Wszyscy słuchali go chciwie. Zgromadziły się tam nawet kobiety i małe dzieci. Gdy skończył, pozostali długo w milczeniu wspominali. Było co pamiętać, wydarzyło się coś bardzo ważnego.

Ognisko przygasło. Kerrick dorzucił do niego drew, usiadł oszołomiony. Dym fajki był zbyt mocny, nie był do niego przyzwyczajony. Fraken otulił się futrami i poszedł znużony do namiotu. Kobiety odeszły, pozostało tylko kilku łowców. Herilak wpatrywał się w ogień. Har-Havola siedział obok niego i kiwając się niemal zasypiał. Herilak spojrzał na Kerricka.

— Są teraz szczęśliwi — powiedział. — Pełni spokoju. Dobrze, niech zaznają go choć trochę. Zima była długa i ciężka. Lepiej, jak o niej zapomną, póki nie będą musieli pomyśleć o następnej. Niech zapomną i o śmiercio-kijowych murgu.

Umilkł na dłużej, spojrzał na Kerricka i dodał:

— Zabiliśmy ich wiele. Może o nas też zapomną, zostawią w spokoju. Kerrick chciał, żeby tak się stało. Ale jego doświadczenie mówiło co innego. Pokręcił ze smutkiem głową, a Herilak westchnął.

— Przybędą znów — powiedział Kerrick. — Znam te murgu. Nienawidzą nas równie mocno, jak my ich. Czy zniszczyłbyś je wszystkie, gdybyś miał taką możliwość?

— Natychmiast! Z ogromną przyjemnością.

— One czują to samo.

— To co mamy zrobić? Lato będzie krótkie. Nie wiemy nawet, czy łowy się udadzą. Potem przyjdzie nowa zima i co wtedy zrobimy? Jeśli pójdziemy na wschód, by polować nad oceanem, murgu nas tam znajdą.

Jeszcze raz na południe? Wiemy przecież, co spotkało nas na południu. A północ jest skuta lodem.

— Góry — powiedział Har-Havola, którego obudziła rozmowa. — Musimy iść za góry.

— Przecież twój sammad przybył zza gór — odparł Herilak. — Przyszliście tu, bo nie mogliście tam polować. Har-Havola potrząsnął głową.

— To wy mówicie o moim sammadzie, że jest zza gór. Lecz to, co nazywacie górami, to zaledwie pagórki. Dopiero za nimi są prawdziwe góry. Sięgają nieba, ich wierzchołki pokrywa nie topniejący nigdy śnieg. To są góry.

— Słyszałem o nich — powiedział Herilak. — Mówią, że są nieprzebyte, że giną tam ci, którzy próbują je pokonać.

— Zgadza się. Jeśli nie znasz przełęczy, dopadnie cię zima, pochwyci w swe sidła i zginiesz. Jednakże Munan, łowca z mego sammadu, był za górami.

— Murgu nic nie wiedzą o tych górach — Kerrick przypomniał sobie z nagłą nadzieją w głosie. — Nigdy o nich nie mówiły. Co leży za nimi?

— Pustynia, tak mówił nam Munan. Bardzo mało traw, bardzo mało deszczy. Mówił, że szedł dwa dni pustynią, a potem wrócił, bo nie miał wody.

— Powinniśmy tam pójść — Kerrick rozmyślał na głos. Herilak skrzywił się.

— Jeśli przekroczymy lodowe góry, zginiemy na pustyni. To już lepiej zmagać się z murgu. Przynajmniej umiemy je zabijać.

— Murgu zabiją nas również — odparł gniewnie Kerrick. — Zabijemy część, lecz przybędą dalsze, bo jest ich tyle, ile kropel wody w oceanie. W końcu zginiemy wszyscy. Pustynia nie może ciągnąć się bez końca. Możemy zabrać wodę, odnaleźć najkrótszą drogę. Warto się nad tym zastanowić.

— Tak — zgodził się Herilak. — Istotnie powinniśmy się więcej dowiedzieć. Har-Havola, zawołaj swego łowcę imieniem Munan. Niech opowie nam o górach i tym, co za nimi.

Munan był wysokim łowcą z długimi bliznami, które pokrywały mu policzki i uważane były przez członków jego sammadu i innych sammadów spoza gór za ozdobę męskiej twarzy. Pyknął z fajki, gdy doszła do niego i uważnie wysłuchał pytań.

— Było nas trzech — powiedział. — Wszyscy bardzo młodzi. Robi się takie rzeczy w młodości, by dowieść, że się jest dobrym łowcą. Trzeba dokonać czegoś wyjątkowego. — Dotknął szram na kościach policzkowych. — Tylko bardzo silni otrzymują tę oznakę łowcy.

Har-Havola przytaknął, w świetle ogniska połyskiwały jego blizny.

— Trzech poszło, dwóch wróciło. Wyruszyliśmy na początku lata i pokonaliśmy wysokie przełęcze. Stary łowca z naszego sammadu znał je. Wiedział, jak je przejść, opowiedział nam i znaleźliśmy drogę. Mówił nam, jakich znaków szukać, które przełęcze wybrać. Nie było to łatwe, w najwyższych miejscach leżał głęboki śnieg, lecz w końcu je przeszliśmy. Cały czas kierowaliśmy się na zachód. Za górami są wzgórza, dobrze się tam poluje. Dalej jednak zaczyna się pustynia. Zeszliśmy za nią, lecz nie było tam wody. Wypiliśmy nasze zapasy z bukłaków, a potem wróciliśmy.