— Ale można tam polować? — spytał Herilak. Munan przytaknął.
— Tak. W górach padają deszcze, zimą śnieg. Przylegające do gór wzgórza są zielone. Pustynia zaczyna się dopiero za nimi.
— Czy odnalazłbyś wysokie przełęcze? — spytał Kerrick. Munan kiwnął głową. — Trzeba więc wysłać małą grupę. Muszą odnaleźć drogę, dotrzeć do wzgórz. Gdy tego dokonają, a wszystko będzie tak, jak powiedziałeś, wrócą tu, by poprowadzić sammady.
— Lata są teraz krótkie — powiedział Herilak — a murgu siedzą za blisko. Jeśli przeszedł jeden — przejdziemy wszyscy. Uważam, że tak należy zrobić.
Rozmawiali o tym przez kilka wieczorów. Tak naprawdę nikomu się nie śpieszyło, by pokonywać latem lodowe góry. Zima i tak wkrótce ich dopadnie, nie muszą szukać jej sami. Wszyscy jednak wiedzieli, że trzeba coś zrobić. Trochę tu polowali. Mieli więc zapas świeżego mięsa. Mieli czas kopać korzonki, zbierać rośliny i nasiona, lecz to wszystko za mało, by przetrzymać zimę. Stracili namioty i wiele innych cennych rzeczy. Zachowali jeszcze mięso zabrane murgu, przechowywane w pęcherzach. Nikomu nie smakowało i dopóki mieli coś innego do jedzenia, trzymali je w zapasie. Zostało go sporo, w potrzebie mogło okazać się zbawienne.
Herilak czekał cierpliwie, dopóki polowania się udawały i wszyscy jedli to, na co mieli ochotę. Kobiety wyprawiły kilka skór, gdy zdobędą ich więcej, znów rozbiją namioty. Mastodonty odżywiały się dobrze, ich pomarszczone boki znów się wypełniły. Herilak widział to i czekał. Czekał, póki nie najedzą się do syta, a dzieci nie nabiorą sił. Każdej nocy patrzył w niebo, widział, jak księżyc rośnie, aż stał się jasny, a potem znów niknie. Gdy przepadł ponownie, nabił kamienną fajkę gorzką korą i znów zawołał łowców wokół ogniska.
— Zima nadejdzie jak zawsze. Nie możemy czekać tu na nią. Musimy wyruszyć tam, gdzie łowy bywają udane i gdzie nie ma murgu. Mówię, byśmy przekroczyli wysokie góry i dotarli do leżących za nimi zielonych wzgórz. Jeśli pójdziemy teraz, osiągniemy je jeszcze w lecie; zdołamy też bez trudu pokonać wysokie przełęcze. Munan powiedział nam, że tylko latem można je przebyć. Ruszymy wkrótce i będziemy szli bez obciążenia, tak jak w czasie ucieczki przed murgu. Jeżeli ruszymy zaraz, znajdziemy się przed zimą na zielonych wzgórzach za górami. Mówię, że nadeszła pora załadowania włóków i skierowania się na zachód.
Nikt nie chciał stąd odchodzić, ale też nikt nie potrafił uzasadnić, dlaczego mieliby pozostać. Tkwiąc między lodem a murgu, nie mieli wyboru. Mówili o tym do późna w noc, lecz nie zdołali znaleźć innego wyjścia. Muszą iść za góry.
Rano złożyli włóki, zastąpili stare rzemienie nową skórą. Mali chłopcy poszukali w lesie zbitych kulek sierści i kości wyplutych przez sowy. Fraken otwierał je i odczytywał znaki.
— Nie dziś, lecz jutro — powiedział. — To pora wyruszenia, o pierwszym brzasku. Gdy słońce wzejdzie nad wzgórza i zajrzy tutaj, nie zobaczy nas. Musimy iść.
Tej nocy, po posiłku, Kerrick siedział przy ognisku, przywiązując trawki do długich cierni głogu. Zapasy strzałek do hèsotsanów znacznie się zmniejszyły, a nie znaleźli tu drzew, na których rosną. Na szczęście nie były konieczne. Hèsotsany wystrzeliwały wszystko, co miało taką samą wielkość. Robione własnoręcznie strzałki spisywały się równie dobrze. Kerrick odgryzł zębami końce węzła. Obok stanęła Arm un, wrzuciła do ognia resztki jedzenia i zaczęła robić pakunek z nielicznych rzeczy. Robiła to bez słowa i Kerrick nagle spostrzegł, że wróciła do swego dawnego zwyczaju przykrywania twarzy włosami.
Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie, lecz nadal odwracała twarz. Dopiero gdy ujął ją za nadgarstki i obrócił ku sobie, dojrzał w jej oczach łzy.
— Skaleczyłaś się? Co się stało? — spytał ze współczuciem. Potrząsnęła głową i choć usiłowała zachować milczenie, rozszlochała się. W końcu odwróciła twarz, zakryła ją włosami i powiedziała:
— Będę miała dziecko. Na wiosnę.
Rozradowany Kerrick zapomniał o jej łzach, przyciągnął ją do siebie, śmiejąc się głośno. Wiedział już dużo o dzieciach, widział jak się rodziły, jak stawały się dumą rodziców. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Arraun zamiast się cieszyć, płacze z tego powodu. Nie chciała mu powiedzieć i nadal odwracała twarz. Jej milczenie najpierw go martwiło, potem zaczęło złościć, potrząsnął nią, aż zapłakała głośno. Zawstydził się swej brutalności, wytarł jej łzy i objął ją. Gdy się uspokoiła, zrozumiała, że musi mu wszystko powiedzieć. Odchyliła włosy i wskazała na swą twarz.
— To będzie dziewczynka wyglądająca jak ja — powiedziała, dotykając szpary w swych ustach.
— To bardzo dobrze, bo jesteś piękna. Uśmiechnęła się lekko.
— Tylko dla ciebie — powiedziała. — Gdy byłam mała, wytykali mnie palcami. Śmiali się ze mnie i nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak inne dzieci.
— Teraz nikt się z ciebie nie śmieje.
— Nie. Nie przy tobie. Lecz dzieci będą się śmiały z naszej córki.
— Nie będą. Nasza córka może okazać się synem podobnym do mnie. Czy twoja matka lub ojciec mieli takie usta jak ty?
— Nie.
— To dlaczego ma je mieć nasze dziecko? Ty jako jedyna będziesz tak wyglądać i cieszę się, że ktoś ma taką twarz. Nie powinnaś płakać.
— Nie powinnam — wytarła oczy. — Nie powinnam też martwić cię moimi obawami. Musisz być silny, gdy jutro wyruszymy w góry. Czy po ich drugiej stronie naprawdę będą dobre łowy?
— Oczywiście. Tak mówi Munan, a on tam był.
— Czy będą tam… murgu? Śmiercio-kijowe murgu?
— Nie. Zostawimy je za sobą. Pójdziemy tam, gdzie nigdy ich nie było.
Ani słowem nie wspomniał, że jest coś, czego się obawiał najbardziej. Vaintè żyła. Nie spocznie nigdy, nie zaprzestanie poszukiwań, dopóki nie zginie on i wszyscy Tanu.
Mogą uciekać, lecz to, że pójdzie za nimi, jest tak pewne jak to, że po dniu następuje noc.
ROZDZIAŁ XVIII
Piątego dnia marszu teren zaczął się wznosić; zachodni wiatr był zimny i suchy. Łowcy z sammadu Har-Havoli wciągali powietrze i śmiali się radośnie, gdyż znali ten zakątek świata. Rozmawiali z ożywieniem, wskazywali na znajome miejsca, poganiali sammady i człapiące mastodonty. Herilak nie dzielił ich radości, bo sądząc po tropach, marne były tu łowy. Parę razy widział ślady przechodzących tu innych Tanu, raz znalazł nawet resztki ogniska z jeszcze ciepłym popiołem. Nigdy nie widział łowców; na pewno trzymali się z dala od tak wielkiego i dobrze uzbrojonego oddziału.
Szlak, którym szli, wiódł ich coraz dalej między wzgórza, szli jak po stopniach, każde następne było wyższe od poprzedniego. Dni były ciepłe, słońce grzało mocno, lecz nocą z chęcią otulali się w futra. Pewnego świtu Har-Havola krzyknął radośnie i wyciągnął rękę przed siebie, gdzie wschodzące słońce dotykało na horyzoncie wysokich, białych szczytów. To te pokryte śniegiem góry mieli przejść.
Codziennie wspinali się coraz wyżej, aż góry przed nimi stary się zaporą rozciągającą się daleko w obie strony. Wydawały się jednolite, monumentalne. Dopiero gdy sammady podeszły bliżej, dostrzegli dolinę wprowadzającą łagodnie do ich wnętrza. Płynąca nią rzeka miała szybki nurt; zimną, szarą wodę. Szli wzdłuż jej zakrętów, aż stracili z oka pogórze. Zmienił się krajobraz, drzew było mniej, przeważały szpilkowe.
Pewnego popołudnia coś się poruszyło na zboczu ponad nimi i zobaczyli białe, rogate zwierzęta skaczące do kryjówki. Jedno zatrzymało się na występie skalnym, spojrzało w dół; dosięgła je strzała z łuku Herilaka. Zwierzę stoczyło się po skalnym stoku. Miało kręconą, miękką sierść, a mięso, gdy przyrządzili je wieczorem, było smaczne i tłuste. Har-Havola zlizał z palców resztki sadła i czknął zadowolony.