Выбрать главу

— Dotąd tylko raz jadłem górską kozę. Dobra. Bardzo trudna do podejścia. Żyje tylko w wysokich górach. Musimy teraz pomyśleć o paszy dla mastodontów i drwach na ogniska.

— Dlaczego? — spytał Herilak.

— Wejdziemy jeszcze wyżej. Wkrótce skończą się drzewa, a potem nawet trawa stanie się niska i rzadka. Będzie zimno, bardzo zimno.

— No, to musimy zabrać z sobą wszystko, co trzeba — powiedział Herilak. — Bez namiotów włóki są niemal puste. Pościnamy drzewa, załadujemy, a dla zwierząt weźmiemy gałązki z liśćmi. Nie mogą głodować. Czy będzie tam woda?

— Nie, ale to nieważne, bo będziemy mogli topić śnieg. To da się zrobić.

Dni były nadal ciepłe, lecz budząc się, rano zastawali na ziemi szary szron, a mastodonty burczały z niezadowolenia, wypuszczając kłęby pary na chłodzie. Choć skarżono się na rozrzedzone powietrze, a stary Fraken dyszał ciężko, nie mógł się wspinać i jechał na włóku, Kerricka wypełniało nie znane mu dotąd szczęście. Radowała go przejrzystość powietrza, cisza gór, wyrazistość nieba i skał. Jakże różniło się to od wilgotnego upału południa, potu i owadów. Yilanè mogą sobie mieć bagna i niekończące się lato. Pasowały do tego. Nie potrafiłyby tu żyć. To nie był ich świat — czy nie mogą zostawić go Tanu? Choć wciąż przyglądał się niebu, nie dostrzegł żadnego z wielkich drapieżców ani innych ptaków, które mogłyby zauważyć ich przemarsz. Może Yilanè ich nie wyśledzą. Może nareszcie uchronią się przed nimi.

— Tam jest najwyższa przełęcz — oznajmił Munan pewnego popołudnia, wskazując przed siebie. — Tam, gdzie te chmury i gdzie pada śnieg. Przypomniałem sobie, że chmury pędzą od zachodu, tak iż pada tam niemal bez przerwy.

— Nie możemy czekać, aż się przejaśni — powiedział Herilak. — Mamy mało drewna i paszy. Musimy iść dalej.

Dotarcie do przełęczy wymagało całego dnia mozolnej wspinaczki. Leżał tam gruby śnieg, mastodonty zapadały się, przebijając jego skorupę, potykały się w zawiei. Była to dla nich wyczerpująca droga, z wysiłkiem stawiały każdy krok. O zmroku sammady były jeszcze na stoku, musiały tam spędzić bezsenną noc. Niezadowolone zwierzęta stękały w mroku. Nie mogąc rozpalić ognisk, zawinęli się w futra i trzęsąc się z zimna doczekali świtu. Ruszyli o brzasku, wiedząc, że jeśli tego nie zrobią, zamarzną na śmierć.

Gdy minęli przełęcz, droga stała się jeszcze trudniejsza, musieli schodzić po stromym, oblodzonym stoku. Nie mogli się jednak zatrzymać. Skończyła się karma, mastodonty nie przeżyłyby następnej nocy w śniegu. Szli uparcie, tonąc w ogarniających wszystko kłębach chmur. Po południu osiągnęli rumowisko skalne i przekonali się, że idzie się po nim jeszcze gorzej niż po śniegu. Tuż przed szarówką wyszli z chmur i poczuli na twarzach ciepło zachodzącego słońca. W dole rozpościerały się doliny, w oddali widzieli zielone palmy roślinności.

Zapadł mrok, lecz stanęli tylko na chwilę, by rozniecić ogniska i zapalić pochodnie. Trwało tak, dopóki nie poczuli pod stopami rozmiękłej ziemi i nie zrozumieli, że mają już za sobą największe trudności. Zatrzymali się wtedy na zboczu, obok bystrego strumienia wypływającego spod płata śniegu. Brzeg strumienia pokryty był kępkami trawy. Padli wyczerpani na ziemię, a mastodonty z rykiem wydzierały trąbami wielkie kawały darni. Tej nocy smakowało im nawet przechowywane mięso murgu.

Najgorsze minęło; schodzenie dolinami okazało się o wiele łatwiejsze niż droga pod górę. Wkrótce znaleźli się znowu wśród drzew. Mastodonty urządziły sobie ucztę, zrywając zielone liście z gałęziami. Łowcy byli szczęśliwi. Spotkali tego dnia świeże bobki górskich kozłów i przysięgali, że rano dostarczą mięsa. Kozły były jednak zbyt czujne, wspinały się w bezpieczne miejsca, znikały z oczu, zanim łowcy podeszli je na zasięg strzału z łuku. Następnego dnia na skrytej wśród drzew polanie wytropili stado małych saren, zabili dwie, nim pozostałe uciekły. Jedli nie tylko sarny. Rosły tu sosny, jakich dotąd nie znali, z ukrytymi w szyszkach słodkimi orzeszkami. Zostawili za sobą góry, przyszłość wydawała się radosna.

Następnego dnia potok doprowadził ich do otoczonego skałami stawu. Ślady zwierząt wskazywały, że używają go jako wodopoju. Staw nie miał ujścia. Woda musiała wypływać więc spod ziemi, spotykali się już z czymś takim.

— Tu się zatrzymamy — powiedział Herilak. — Mamy tu wodę, paszę dla zwierząt, łowy zapowiadają się dobrze, jeśli nie mylą mnie tropy. Jest tu wszystko, czego potrzeba. Sammady rozbiją obóz, a łowcy przyniosą świeże mięso. Są też jagody, korzonki. Nieprędko odczujeny głód. Z Munanem, który tu był, pójdę sprawdzić, co znajduje się dalej. Zabierzemy z sobą Kerricka.

— Musimy zabrać wodę w bukłakach — dodał Munan. — Dalej będzie jej mało, a na pustyni — już wcale.

— Tak zrobimy — stwierdził Herilak.

Gdy tylko trzej łowcy znaleźli się u stóp wzgórza, teren zaczął się zmieniać. Rosło coraz mniej drzew, trawa była sucha, występowały ościste, wyglądające na niebezpieczne, rośliny. W miarę jak stawało się bardziej płasko, trawa rzedniała, szli po żwirze i nawiewanym piasku. Wszystkie rośliny były teraz kolczaste, wysuszone, rosły z rzadka. Powietrze było suche i nieruchome. Mignęła im nagle jaszczurka. Poza nią nic się nie poruszało.

— Mieliśmy długi, ciężki dzień — powiedział Herilak. — Zatrzymamy się tutaj, dalej wygląda tak samo. Czy to ta pustynia, o której opowiadałeś? Munan przytaknął.

— Bardzo ją przypomina. Niekiedy jest więcej piasku, czasem występują rumowiska skalne. Poza tym kolcozielskiem nic nie rośnie. Nie ma wody.

— Rano pójdziemy dalej. Musi mieć koniec.

Pustynia była gorąca, sucha i mimo słów Herilaka zdawała się nie mieć końca. Szli cztery dni, od rana do wieczora, odpoczywając w środku dnia, gdy słońce stało wysoko i było zbyt gorąco na marsz. Pod koniec czwartego dnia góry stały się jedynie szarą kreską na horyzoncie. Przed nimi niezmiennie leżała pustynia. O zmroku Herilak stanął na małym wzniesieniu, osłaniając oczy popatrzył na zachód.

— To samo — powiedział. — Żadnych wzgórz czy gór, nic zielonego. Tylko pustynia.

Kerrick uniósł skórzany bukłak.

— To ostatni.

— Wiem. Wracamy rano. Doszliśmy tak daleko, jak tylko było można. Nie mamy już wody na ostatni dzień marszu. Napijemy się, gdy znów dojdziemy do wzgórz.

— Co zrobimy potem? — spytał Kerrick, układając suche gałązki na ognisko.

— Musimy o tym pomyśleć. Jeśli łowy będą dobre, to może zostaniemy na tych wzgórzach. Zobaczymy.

W ciemnościach rozległo się blisko pohukiwanie sowy. Kerrick wzdrygnął się, obudził nagle, poczuł chłód. To tylko sowa, nic więcej. Żyły tu, na pustyni, zjadały jaszczurki. To tylko sowa.

Yilanè nie mogą wiedzieć, gdzie są, nie mogą pójść za nimi przez śniegi przełęczy górskich. Są tu bezpieczni.

Mimo to tej nocy śnił mu się Alpèasak, był znów wśród krzątających się fargi. Na drugim końcu smyczy tkwiła Inlènu*. Jęczał przez sen, lecz się nie obudził, nie wiedział, że zaciskał palce na żelaznym pierścieniu otaczającym mu szyję.

Gdy obudził się rano, sen przygniatał go jak wielkie brzemię. To tylko sen, powtarzał sobie, lecz szedł z przeczuciem zagrożenia i klęski.