Wracali prędko. Bez jedzenia i wody mogli poruszać się szybciej po suchej pustyni, a następnie po trawiastych stokach pogórza. Przed wieczorem pokonali ostatni grzbiet, mając sucho w ustach i wypatrując niecierpliwie wody. Droga wiodła przez gęste poszycie, przebijali się przez nie z trzaskiem. Herilak szedł pierwszy, wspinając się wytrwale. Zobaczył, że wyprzedził pozostałych i stanął, by go dogonili.
W tej chwili bzyknęła obok niego strzała, uderzyła w ziemię.
Rzucił się w bok, ostrzegając pozostałych krzykiem. Leżąc za pniem drzewa, wyciągnął z kołczanu swoją strzałę i nałożył na cięciwę. Ze stoku nad nim rozległ się głos.
— Herilaku, to ty? Czy to ty wołałeś?
— Kto tam?
— Sorli. Uważaj. W tyra lesie jest niebezpiecznie.
Herilak rozejrzał się, lecz niczego nie dostrzegł. Co miało grozić? Nie chciał więcej hałasować. Między drzewami pojawił się zmęczony Kerrick. Herilak skinął mu, by szedł dalej, trzymając się ścieżki. Gdy minął go i Munan, poszedł za nimi, cicho i ostrożnie.
Sorli czekał na nich skryty za wielkimi głazami. W pobliżu byli inni łowcy jego sammadu, schowani i wpatrujący się w podnóże wzgórza. Sorli machnął przybyłym, by przeszli, a potem się zatrzymali. Gdy znaleźli się za grzbietem, zdjął strzałę z łuku.
— Słyszałem, jak idziecie przez krzaki, potem mignęła mi tylko twoja sylwetka. Nie poznałem cię, dlatego wypuściłem strzałę. Myślałem, że to tamci. Zaatakowali nas dziś rano, tuż po świcie. Zabili wartowników, lecz ci zdążyli nas ostrzec. Zabili też jednego mastodonta, może dla mięsa, lecz odparliśmy ich, nim zdołali zrobić coś więcej.
— Kto to był?
— Nie Tanu.
— Murgu! — Kerrick bezwiednie zawołał przerażonym głosem. — Nie tu. Nie, tylko nie tu.
— Nie murgu. Ale też nie Tanu, jakich znamy. Zabiliśmy jednego, zobaczycie. Mieli tylko włócznie. Nie znają łuków. Gdy zaczęliśmy strzelać, załamali się i uciekli.
Poszli dalej ścieżką, aż Sorli zatrzymał się i wskazał na trupa.
Ciało leżało tam, gdzie padło, twarzą w dół między krzakami. Wypełniona krwią dziura na plecach wskazywała, którędy wleciała strzała, powodując śmiertelną ranę. Biodra zmarłego owijało futro. Miał skórę ciemniejszą niż oni i długie, czarne — inne niż ich jasne — włosy. Herilak nachylił się i przewrócił ciało, rozgarnął futra końcem włóczni.
— Łowca. Byłby Tanu, gdyby nie skóra i włosy.
Kerrick nachylił się i uniósł powiekę. Zamglone czarne oko wpatrywało się ślepo, kontrastując kolorem z niebieskimi oczyma Tanu. Munan przyjrzał się także i splunął ze wstrętem.
— Harwan — powiedział. — Gdy byłem mały, straszono mnie opowieściami o czarnych ludziach spoza wysokich gór, którzy przychodzili w nocy, by kraść dzieci i zjadać niemowlęta. Nazywano ich Harwan, są wojowniczy i straszni. Niektórzy twierdzili, że to prawda, inni się śmiali.
— Teraz wiemy — powiedział Sorli. — Te opowieści były prawdziwe. Jest jeszcze coś. Spójrzcie na to.
Poprowadził ich kawałek w górę, do leżącego pod drzewami ciemnego kształtu. Herilak spojrzał na niego i chrząknął ze zdumienia:
— Długoząb, rzadko widywałem równie wielkie.
Był ogromny, długi na półtora chłopa. Z szeroko otwartego pyska wystawały dwa długie zęby, olbrzymie, ostre, śmiercionośne. To im zwierzę zawdzięczało swą nazwę.
— Przyszedł z ciemnymi Tanu — były też inne. Chodziły z nimi jak mastodonty, atakowały na rozkaz.
Herilakowi bardzo się to nie spodobało.
— To niebezpieczne. Uzbrojeni Tanu i te stwory. Skąd przyszli?
— Z północy — i wróciły tam. To mogła być wyprawa łowiecka. Herilak spojrzał ku północy i pokręcił głową.
— Czyli ta droga jest przed nami zamknięta. Podobnie jak i na zachód, przynajmniej w tym miejscu. Nie wiemy, ilu jest tych ciemnych Tanu ani ile długozębów biegnie u ich boku. Możemy więc iść tylko w jedną stronę.
— Na południe — powiedział Kerrick. — Na południe tymi wzgórzami. Mogą tam jednak być murgu.
— Mogą być wszędzie — odparł Herilak z rezygnacją. — To nieważne. Musimy iść. Może skończy się tara pustynia, może udadzą się łowy. Napijmy się teraz słodkiej wody. Wystawcie straże na noc. Wyruszamy jutro rano.
ROZDZIAŁ XIX
Dziecko wytropiłoby drogę sammadów, tak wyraźnie odcinała się na miękkiej darni. Widniały na niej głębokie rowki wyryte drągami włóków, wielkie odciski stóp mastodontów, ich piętrzące się wysoko odchody. Herilak nie próbował zacierać tych śladów — zostawiał jednak ukrytych łowców, niektórych nawet dwa dni drogi za sammadami, by mieć pewność, że nikt ich nie ściga. Mijały dni, lecz nic nie wskazywało, by ciągnęli za nimi ciemni Tanu czy ich długozębni towarzysze. Pomimo to Herilak sprawdzał ciągle, czy wystawiane są warty czuwające w dzień i w noc.
Wszystkie doliny i grzbiety wychodziły z wysokich gór, spłaszczały się i znikały na jałowej równinie. Zeszli na nią ze wzgórz. Zamiast pokonywać granie, maszerowali skrajem pustyni. Przodem szli łowcy, poszukując wody w dolinach. Gdy co wieczór rozbijali obóz, wprowadzali mastodonty w głąb wąwozów, by napiły się tam i napasły.
Szli dalej. Niewiele mogli upolować na pogórzu i równinie. Łąki u podnóża wzgórz zaczęły sięgać coraz dalej i dalej w wysuszoną pustynię, poprzecinaną niekiedy wyschłymi korytami potoków. Na trawiastej równinie nie było jednak wody, dlatego też prawie nie było zwierząt Mogli jedynie iść naprzód.
Dopiero gdy księżyc dwa razy urósł i zmalał, doszli do rzeki. Woda musiała pochodzić z wysokich gór, bo nurt był bystry, wyrył głęboki wąwóz. Stanęli na wysokim brzegu patrząc, jak w dole rozbija się o skały, kotłuje w białą pianę.
— Nie przekroczymy tu rzeki — powiedział Kerrick. Herilak przytaknął i spojrzał w dół kanionu.
— Może lepiej jej nie przekraczać, lecz pójść wzdłuż brzegu. Niesie tyle wody, że pokona pustynię. Za nią znajdziemy zwierzynę. Musimy znaleźć miejsce, gdzie można zbierać żywność i polować.
Potem wypowiedział głośno dręczącą ich wszystkich myśclass="underline"
— Musimy to uczynić przed nadejściem zimy.
Podążali za wijącym się po równinie nurtem. W wielu miejscach brzeg stawał się mniej stromy, mogli tam poić mastodonty. Niekiedy znajdowali tam ślady saren. I coś jeszcze. Pierwszy wspomniał o tym Munan. Dołączył do Herilaka i Kerricka przy ognisku i usiadł zwrócony plecami do wzgórz.
— Poluję od wielu lat — powiedział. — Tylko raz polowano na mnie. Opowiem wam o tym. Było to na wysokich wzgórzach, które nazywacie górami. Tropiłem jelenia. Ślady były świeże. Wczesnym rankiem szedłem cicho, czułem jednak, że coś jest nie tak. Potem zrozumiałem dlaczego. Byłem obserwowany. Czułem na sobie czyjeś oczy. Gdy się o tym upewniłem, odwróciłem się nagle — był na skale nade mną. Długoząb. Jeszcze za daleko, by skoczyć. Musiał mnie tropić, jak ja tropiłem jelenia. Spojrzał mi w oczy i zniknął.
Herilak skinął potwierdzająco.
— Zwierzęta wiedzą, kiedy są tropione. Kiedyś przyglądałem się pewnemu długozębowi; odwrócił się, bo poczuł mój wzrok. Także łowca czuje, gdy ktoś na niego patrzy.
— Jesteśmy teraz obserwowani — powiedział spokojnie Munan, podsycając ogień. — Nie odwracajcie się, lecz idźcie po drwa i spójrzcie przy tym na wzgórze za mymi plecami. Coś tam jest, obserwuje nas. Jestem tego pewien.
— Przynieś chrustu, Kerricku — polecił Herilak. — Masz dobry wzrok. Kerrick wstał powoli i odszedł kilka kroków; wrócił z paroma gałązkami, które dorzucił do ogniska.