Выбрать главу

Tym razem łowca usiadł bliżej. Kerrick zobaczył, że przyniósł jakąś ciemną miskę pełną wody. Uniósł ją oburącz i napił się, potem pochylił się daleko i położył ją na ziemi między nimi.

„Pijących razem łowców coś łączy” — pomyślał Kerrick. To czyn pokojowy. Miał taką nadzieję. Patrząc uważnie na tamtego, wyciągnął rękę i wziął miskę. Uniósł ją, napił się i odstawił na trawę.

Tamten znów się pochylił, wziął miskę i wylał na trawę obok siebie resztę wody. Potem stuknął w nią i powiedział jedno słowo:

— Waliskis.

Następnie oddał miskę Kerrickowi. Zaskoczyło go to, lecz kiwnął głową i uśmiechnął się. Podniósł czarkę wysoko i zobaczył, że zrobiona jest z jakiejś ciemnobrązowej substancji, której nie mógł poznać. Szorstka i brązowa, lecz z czarnym wzorem przy głównej krawędzi. Obrócił miskę w dłoniach — i odkrył, że po drugiej stronie jest większy czarny rysunek.

Była to dobrze uchwycona, wyraźna, czarna sylwetka, a nie przypadkowa plama czy prosty, powtarzający się wzór. Przedstawiała zwierzę. Miało niewątpliwie kły, a także trąbę. Mastodont.

— Waliskis — powiedział tamten. — Waliskis.

ROZDZIAŁ XX

Kerrick obracał wciąż miseczkę w dłoniach, potem dotknął rysunku mastodonta. Tamten, kiwając głową i uśmiechając się, powtarzał stale „waliskis”. Co to znaczyło? Czy ci Tanu też mają mastodonty? Nie sposób do tego dojść, jeśli nie zdoła z nimi porozmawiać. Obcy łagodnie ciągnął za czarkę, aż Kerrick ją puścił, potem odwrócił się i wszedł między drzewa.

Wrócił z czarką pełną jakichś gotowanych warzyw, białych i bryłowatych. Łowca wziął je palcami i zjadł, potem położył miskę na ziemi. Kerrick zrobił to samo; smakowały całkiem dobrze. Gdy tylko skończył, obcy znów odwrócił się i pośpieszył do zagajnika. Kerrick czekał, lecz tamten nie wrócił.

Wyglądało to na koniec spotkania. Mimo wołań Kerricka nikt się nie pokazał, a gdy podszedł powoli do zagajnika, nie znalazł w nim nikogo. Spotkanie było niezrozumiałe, lecz zachęcające. Ciemny łowca nie pokazał broni, przyniósł wodę i jedzenie. Kerrick podniósł czarkę, chwycił włócznię i wrócił do namiotów. Wartownicy krzyknęli na jego widok i Heiilak wybiegł mu na spotkanie. Spróbował potrawy, pochwalił ją, lecz również nie zrozumiał znaczenia tego poczęstunku.

Sammady zgromadziły się, by wysłuchać relacji, musiał im stale opowiadać o wszystkim. Każdy chciał spróbować nowego jedzenia i czarka szybko się opróżniła. Wzbudziła wielkie zaciekawienie. Herilak obracał ją na wszystkie strony i pukał w nią palcami.

— Twarda jak kamień, lecz zbyt lekka. A ten mastodont jest równie twardy. Nic z tego nie rozumiem.

Nawet Fraken nie ośmielił się zabrać głosu. I dla niego była to zupełna nowość. W końcu Kerrick musiał zdecydować sam.

— Wrócę tam jutro, z samego rana, tak jak dziś. Przyniosę im w misce trochę mięsa. Może chcą się z nami podzielić jedzeniem.

— A może chcą, byś nakarmił tym mastodonty? — zastanowił się Sorli.

— Nie mamy się jak o tym przekonać — powiedział Kerrick. — Zaniosę im trochę naszego jedzenia. Ale nie w ich misce. Położę je na jednej z naszych ozdobnych drewnianych tacek.

Nim się ściemniło, Armun wzięła najlepszą tackę, którą sama wyrzeźbiła, i umyła ją do czysta w rzece.

— To niebezpieczne — powiedziała. — Może tam wrócić ktoś inny.

— Nie, tamci łowcy już mnie znają. Czuję też, że niebezpieczeństwo minęło, największe było na początku. Ci obcy Tanu polują na tych terenach i jeśli mamy tu zostać, musi dojść między nami do porozumienia. Poza tym nie mamy dokąd iść. Zostaw najlepsze kawałki mięsa, bym miał co zabrać na tacce.

Kiedy następnego dnia Kerrick przyszedł na łąkę przed zagajnikiem, nie zastał tam nikogo. Gdy jednak odrzucił włócznię i wszedł na trawę z tacką, pod drzewami pojawiła się znajoma postać. Kerrick usiadł i położył tackę przed sobą. Tym razem obcy zbliżył się bez lęku i także usiadł na trawie. Kerrick zjadł kawałek mięsa i podsunął tackę. Patrzył, jak łowca również wybrał sobie kawałek i zjadł go z wyraźnym zadowoleniem. Potem odwrócił się i zawołał głośno. Z zagajnika wyszło i zbliżyło się do nich pięciu dalszych łowców. Wszyscy czarnowłosi i bez bród, ubrani jak pierwszy.

Teraz Kerrick poczuł lęk. Skoczył na nogi i cofnął się. Dwaj podchodzący nieśli włócznie. Zatrzymali się na jego ruch i spojrzeli nań z wyraźnym zaciekawieniem. Kerrick wskazał na nich i gestem poprosił o odrzucenie broni. Jedzący łowca zrozumiał, krzyknął coś do zbliżających się, niewątpliwie rozkaz, bo położyli włócznie na trawie, nim ruszyli ponownie.

Kerrick czekał na nich z założonymi rękoma, próbując ukryć zaniepokojenie. Wszystko wyglądało dość pokojowo — mogli jednak ukryć noże pod białą skórą. Nie potrzebowali ich właściwie, gdyby tylko chcieli, w sześciu pokonaliby go i bez trudu zabili. Musiał zaryzykować. Albo odwrócić się i uciec.

Gdy łowcy podeszli bliżej, Kerrick zobaczył, że dwaj z nich niosą krótkie pałki. Wskazał na nie i pokazał możliwość użycia ich w walce. Zatrzymali się i zaczęli ze sobą rozmawiać, minęła chwila, nim pojęli znaczenie gestu. Najwidoczniej drewniane kije nie były wcale pałkami używanymi w walce. Jeden wrócił do włóczni i Kerrick znów wstał, gotów uciec. Tamten jednak pokazał tylko zastosowanie drewnianego narzędzia. Trzymając je w jednej ręce, w zrobione w nim nacięcie włożył koniec włóczni. Potem opierając włócznię o rękę, przytrzymując ją palcami, odchylił się mocno do tyłu i wysłał oszczep wysoko w górę. Wzbił się wysoko, potem spadając zarył się głęboko w ziemię. Kerrick nie wiedział, jak działa to urządzenie, lecz na pewno dzięki niemu włócznia leciała dużo dalej. Nie ruszył się, gdy łowca rzucił narzędzie obok włóczni i dołączył do pozostałych.

Zgromadzili się wokół niego, rozmawiając z ożywieniem. Kerrick wzbudzał ich zainteresowanie. Wyciągnęli badawczo palce, by dotknąć dwóch noży z gwiezdnego metalu, zwisających z pierścienia na jego szyi, podobnie jak i samego pierścienia. Mruczeli przy tym z podziwu. Kerrick przyjrzał się ich skórzanym strojom — i zrozumiał, że to wcale nie skóra. Gdy wziął w palce kawałek okrycia głowy jednego z nich, łowca zdjął je i wręczył Kerrickowi. Było miękkie jak futro, a gdy obejrzał je bliżej, dostrzegł, że jest plecione niby kosz, choć wykonane z materiału delikatnego jak włosy. Chciał je oddać, lecz łowca sprzeciwił się i wskazał na głowę Kerricka. Gdy owinął włosy opaską, wszyscy się uśmiechnęli przychylnie.

Wyglądali na zadowolonych z tego pierwszego kontaktu i cicho rozmawiali między sobą, aż coś postanowili. Ruszyli z powrotem do zagajnika. Pierwszy łowca chwycił Kerricka za rękę i wskazał na pozostałych. Znaczyło to niewątpliwie, iż chcą, by im towarzyszył. Czy ma pójść? Może to podstęp mający na celu porwanie go lub zabicie. Wydawali się jednak serdeczni. Obaj oszczepnicy wzięli po drodze swe włócznie i szli przodem, nie oglądając się za siebie.

To przekonało Kerricka. Gdyby przygotowali jakąś pułapkę, nie zbliżyliby się do włóczni; bez trudu ukryliby wśród drzew innych uzbrojonych łowców. Musiał postępować tak, jakby wierzył w ich dobre zamiary. Nie mógł okazać lęku. Nie zostawi jednak swojej włóczni. Wskazał na nią i zawrócił. Pierwszy łowca wyprzedził go i podniósł włócznię. Kerrick poczuł nagły strach, gdy ten wracał biegiem, trzymając wyciągniętą broń. Lecz obcy tylko wręczył ją Kerrickowi i odwrócił się plecami, by podążyć za resztą, Napięcie opuściło margalusa; może rzeczywiście proponują porozumienie? Głęboko odetchnął. Może się o tym przekonać tylko w jeden sposób. Obcy łowcy zatrzymali się na skraju lasku i czekali na niego.