Выбрать главу

Kerrick poszedł za nimi.

Ścieżka wiodła przez wierzchołek wzniesienia i w dół stoku do wąwozu wyrytego przez rzekę, wzdłuż której podążały sammady. Wiła się ona między wzgórzami, wkrótce znaleźli się nad jej brzegiem, którym prowadziła wyraźna teraz dróżka.

Z każdym zakrętem skalne ściany wznosiły się coraz wyżej, rzeka rwała coraz szybciej. Szli tuż przy wodzie po kamieniach i piasku, na pewno zalewanych podczas wiosennych powodzi. Część skały się osunęła, woda huczała i pieniła się między olbrzymimi głazami leżącymi w nurcie. Musieli wspiąć się na jeszcze większe rumowisko spadłych ze zboczy kamieni. Wypełniały całkowicie głęboki parów, rzeka szalała między nimi, rozbryzgi sięgały wysokiej ściany skalnej po drugiej stronie doliny. Wspinaczka stawała się coraz trudniejsza. Kerrick spojrzał w górę i stanął nagle.

Przyglądali mu się z wysoka czarnowłosi, uzbrojeni we włócznie obcy. Zawołał łowców, za którymi się wspinał i wskazał w górę. Ci spojrzeli tam i zrozumieli; wydali rozkazy, po których tamci się wycofali. Kerrick osiągnął wierzchołek i sapiąc stanął; popatrzył na pokonaną przez siebie drogę.

Kawałki skał strącane jego nogami spadały wprost do huczącej głęboko w dole rzeki. Wysokie skaliste brzegi otaczały ją z obu stron. Tej naturalnej zapory łatwo mogli bronić nieliczni łowcy, odesłani na bok, by przeszedł. Doskonała pozycja obronna — ale czego strzegła? Miejsce strachu zajęła teraz ciekawość. Schodził już bez obawy na drugą stronę zapory, podążając za obcymi.

Krajobraz zaczął się zmieniać. Skalne ściany cofały się, przy rzece pojawiły się ławice piasku, nakrapiane gdzieniegdzie roślinnością i karłowatymi drzewkami. Teren stawał się coraz bardziej płaski i zielony, równymi rzędami pokrywały go niskie krzewy. Kerrick dziwił się tej regularności, zanim minął grupę mężczyzn kopiących wzdłuż jednego rzędu.

Podziwiał dwie rzeczy. Po pierwsze rzędy zostały celowo tak posadzone. Po drugie roślinami zajmowali się łowcy, wykonywali pracę kobiet Było to bardzo dziwne. Ale Yilanè uprawiały pola wokół swego miasta; czemu Tanu nie mieliby robić tego samego, czemu mężczyźni nie mieliby pracować jak kobiety? Patrzył wzdłuż zielonych rzędów, ciągnących się od wznoszącej się za nimi kamiennej ściany doliny, aż do ciemnych otworów w skale.

Minęli grupę kobiet. Wszystkie owinięte były w miękką, białą materię. Wskazywały na niego i mówiły coś wysokimi głosami. Kerrick, choć powinien się bać sam pomiędzy ciemnymi obcymi, nie czuł lęku. Gdyby zamierzali go zabić, to na pewno zrobiliby to już dawno. Może coś mu grozi, ale nad obawami przeważała ciekawość. Miał przed sobą dymy ognisk, biegające dzieci, świadomie ukształtowany teren — aż stanął z nagłym zrozumieniem.

— Miasto! — powiedział na głos. — Miasto Tanu, a nie Yilanè.

Prowadzący go łowcy zatrzymali się i poczekali, póki się nie rozejrzał. Oparte o skalne ściany, ponacinane belki, zrobione z całych pni drzew, prowadziły do leżących wysoko otworów. Można się było tam wspinać, bo wychylały się z nich przyglądające się mu twarze. Pełno tu było ruchu i krzątaniny, co także przypominało miasto Yilanè, choć wiele zajęć było dlań niepojętych. Kerrick zauważył, że pierwszy spotkany przez niego łowca przywołuje go, wskazując na długi, czarny otwór u podnóża skał. Wszedł za nim do środka i spojrzał po sklepiających się z tyłu kamiennych ścianach. Zmrużył oczy w panującym tu półmroku, do którego wszedł z pełnego słońca. Łowca wskazywał na skałę u góry.

— Waliskis — powiedział to samo słowo, którego użył, wskazując na naczynie z wodą.

Kerrick przyglądał się wizerunkom na skale i zaczął rozumieć to, co łowca starał się mu przekazać.

Były tam zwierzęta, narysowane w kolorach na powierzchni skały, wiele z nich przypominało znane mu sarny. Na honorowym miejscu, nad wszystkimi innymi, widniał mastodont niemal naturalnej wielkości.

— Waliskis — powtórzył łowca i pochylił głowę przed wizerunkiem wielkiego zwierzęcia. — Waliskis.

Kerrick skinął głową, choć zupełnie nie rozumiał znaczenia malunku. Podobieństwo było duże, podobnie jak czarnego mastodonte na czarce. Wszystkie malowidła były ściśle realistyczne. Podniósł rękę i dotknął sarny, mówiąc jednocześnie „sarna”. Ciemnowłosy łowca nie zwrócił na to uwagi, lecz wrócił na słońce i skinął na Kerricka.

Kerrick wolałby stanąć i przyjrzeć się życiu miasta, lecz tamten zmierzał do jednej z karbowanych kłód opartych o urwisko. Wszedł na występ skalny i poczekał na Kerricka. Wspinaczka była łatwa. Za występem zobaczył ciemny otwór prowadzący do jakieś komory. Musiał się schylić, aby wejść. Na skalnej podłodze stały garnki, z tyłu piętrzyły się skóry. Odziany na biało łowca odezwał się i spod skór i futer odpowiedział mu cienki głos.

Kerrick zobaczył, że ktoś tam jest — szczupła postać leżąca pod przykryciem, spod którego wystawała tylko głowa. Pokryta bliznami, pomarszczona twarz. Otwarły się bezzębne usta i dobiegł go ponownie szept.

— Skąd przybywasz? Jak się nazywasz?

ROZDZIAŁ XXI

Gdy oczy Kerricka przystosowały się do półmroku komory, zauważył, że skóra starej kobiety, choć ściemniała przez lata, była jasna jak u niego, a oczy jej są niebieskie. Włosy, które mogły być niegdyś jasne, teraz poszarzały i stały się rzadkie. Gdy odezwała się ponownie słabym głosem, zrozumiał większość słów. Nie był to marbak, dobrze mu znany, przypominał bardziej mowę sammadu Har-Havoli spoza gór.

— Twe imię, twe imię — domagała się znowu.

— Jestem Kerrick, przybywam zza gór.

— Poznałam to. Tak, masz takie jasne włosy. Podejdź bliżej, by Huanita mogła cię widzieć. Tak, jesteś Tanu. No, Sanone, czy nie mówiłam ci, że nie zapomniałam mówić jak oni? — cicho zaśmiała się, przypominając sobie młodość.

Kerrick i Huanita zaczęli rozmawiać. Czarny łowca, Sanone, przysłuchiwał się i kiwał głową, choć nie rozumiał ani słowa. Kerricka nie zdziwiło, że Huanitę porwali łowcy, gdy była młodą dziewczyną. Mówiła niejasno, często zbaczała z tematu. Wiele razy podczas rozmowy zapadała w sen. Za którymś razem odezwała się do Kerricka w seseku, języku Sasku, jak nazywał siebie ten czarnowłosy lud, i wpadła w gniew, że jej nie odpowiedział. Potem poprosiła o jedzenie i zjadł razem z nią. Przed wieczorem Kerrick przerwał jej wywód.

— Powiedz Sanone, że muszę wracać do mego sammadu, ale przyjdę tu rano. Powiedz mu to.

Huanita zasnęła jednak, chrapiąc i wzdychając, nie można jej było dobudzić. Sanone chyba zrozumiał życzenie Kerricka, bo odprowadził go do zapory skalnej i wydał rozkazy stojącym tam na straży dwóm włócznikom.

Kerrick biegł niemal całą drogę do obozowiska nad rzeką, gdyż chciał dotrzeć do namiotów przed zmrokiem. Herilaka musiała zaniepokoić jego całodzienna nieobecność, bo na wzgórzach czekali łowcy i niecierpliwie zadawali pytania. Kerrick zwlekał z odpowiedziami, dopóki nie znalazł się wśród namiotów i nie napił się zimnej wody. Herilak, Fraken i sammadarzy usiedli blisko, wokół zgromadziła się reszta sammadów.