Выбрать главу

— Wpierw powiem wam jedno — oznajmił Kerrick. — Ci ciemni Tanu nazywają się Sasku. Nie zamierzają z nami walczyć ani nas przegnać.

Chcą nam pomóc, a nawet dać żywność. To chyba z powodu mastodontów.

Spotkało się to z pomrukiem zdziwienia. Zaczekał, aż umilkną, po czym mówił dalej.

— Jestem równie zdumiony jak wy, bo słabo ich rozumiem. Jest tam stara kobieta, której słowa mogę pojąć, lecz ich znaczenie nie zawsze jest jasne. Sasku nie mają mastodontów, znają je jednak, widzieliście jednego na czarce. Mają także jego wielki wizerunek w jaskini, gdzie namalowane są też inne zwierzęta. Nie pojmuję tego dobrze, ale coś, co dotyczy mastodontów, jest dla nich bardzo ważne. Widzieli nasze, widzieli, że zwierzęta nas słuchają, dlatego pomogą nam, na ile zdołają. Nie chcą nas skrzywdzić. Mają też wiele rzeczy, które mi się podobały. Odłożyli na zimę zapasy żywności, mieszkają w jaskiniach, za dużo tego, by zapamiętać od razu. Rano wrócę do nich z Herilakiem. Pogadamy z nimi, z ich sammadarami. Nie wiem dokładnie, co postanowimy, ale jedno jest pewne: znaleźliśmy bezpieczne miejsce na zimę.

Było to coś więcej niż tylko schronienie przed zimą; mieli szansę zdobyć spokój, uchronić się przed burzami szarpiącymi świat Nigdy nie było tu Yilanè — Sasku nic o nich nie wiedzieli. Niewiele zrozumieli z opowiadań łowców, bo staruszka drzemała, zapomniała też wielu słów, by tłumaczyć bardziej złożone pojęcia. Najważniejsze było, że Sasku zaproponowali, by przybysze zostali w ich pobliżu. Obawiali się chyba Harwanów, ciemnych łowców północy, którzy stale niepokoili ich swymi napadami. Zapora na rzece była pierwotnie naturalnym osuwiskiem, lecz Sasku przez wiele lat zwalali na nią dodatkowe głazy i kamienie, aż powstała ogromna barykada, zagradzająca teraz od północy dostęp do doliny. Za zwaliskiem skalnym wysokie ściany doliny rozstępowały się, obejmując zalesione wzgórza i płaskie pastwiska. Dalej na południe skalne mury znów się zbliżały, ścieśniając nurt, tak iż rzeka stawała się wąska z wieloma bystrzami. Nie mogła tamtędy przepłynąć żadna łódź. Pomimo tych zapór Harwani nadal sprawiali kłopoty, schodzili w dolinę w miejscach, gdzie urwiska się obniżały, tak iż Sasku musieli wystawiać straże. Nie będzie to teraz konieczne, jeśli w pobliżu rozbiją obóz sammady; ich obecność odstraszy Harwanów. Sasku z chęcią dostarczą im żywności. Ta ugoda zadowalała wszystkich.

Sammady zostały w swych namiotach nad rzeką, bo tu i na zalesionej wyżynie było dość paszy dla zwierząt. Łowy niezbyt się udawały i gdyby nie Sasku, doskwierałby głód. Sasku mieli nadmiar jedzenia dzięki plonom z pól nad rzeką. Nie chcieli nic w zamian, choć z wdzięcznością przyjmowali świeże mięso po udanym polowaniu. Jeśli prosili o coś, to jedynie o zgodę na przyglądanie się mastodontom, zbliżanie się do nich.

Największą radość sprawiało im dotykanie ich pomarszczonych włochatych skór.

Szczęście Kerricka było jeszcze większe, gdyż ogromnie interesował go każdy nie znany mu szczegół w życiu Sasku. Innych łowców zupełnie to nie ciekawiło, śmiali się nawet z mężczyzn grzebiących w ziemi jak kobiety. Kerrick lepiej rozumiał Sasku, dostrzegał podobieństwo między ich pracą na polach a hodowlą zwierząt przez Yilanè, doceniał bezpieczeństwo wynikające ze zgromadzonych zapasów żywności, które uniezależniały od pogody. Ponieważ w okolicy było więcej łowców niż zwierzyny, w sammadach patrzono z zadowoleniem, że Kerrick spędzał tyle czasu z Sasku. Nocował wiele razy w wyżłobionych skalnych komorach, w końcu przeniósł się do jednej z nich z Armun, futrami i wszystkimi rzeczami. Przyjęto ich chętnie, kobiety i dzieci patrzyły z podziwem na jasną cerę Armun, z szacunkiem dotykano jej sięgających do ramion włosów.

Armun bardzo szybko opanowała język Sasku. Kerrick odwiedzał często staruszkę, Huanitę, nauczył się od niej wymowy kilku słów Sasku. Również Armun chętnie się ich uczyła, próbując swych umiejętności podczas spotkań z kobietami. Śmiały się, zasłaniając usta, gdy mówiła, ale ona reagowała na to przyjaźnie, bo wiedziała, że w tym śmiechu nie było złośliwości. Gdy wreszcie domyślały się, co chce powiedzieć, wymawiały to słowo prawidłowo, powtarzały stale, jakby była dzieckiem, a Armun naśladowała ich wymowę. Szło jej tak dobrze, że wkrótce zaczęła uczyć Kerricka, który nie musiał już polegać jedynie na wiekowej kobiecie i jej starczych kaprysach.

Ponieważ Armun intensywnie pracowała nad opanowaniem nowego języka, Kerrick mógł poświęcić cały swój czas na poznawanie ciekawiących go zajęć i umiejętności Sasku. Dowiedział się, że twarde miski robiono z miękkiej gliny, występującej cienką warstwą na jednym tylko zboczu. Glinę lepiono i kształtowano, póki była wilgotna, potem wkładano do ogromnego gorącego pieca, zrobionego z kamieni i gliny. Pod spodem dzień i noc palono drwa, a glina wysychając zmieniała się w kamień.

Jeszcze ciekawsze były włókna, z których splatano liny i sznurki, tkano materiały na szaty. Pochodziły z małej, zielonej rośliny nazywanej „charadis”. Jej ziarna nie tylko były smaczne, lecz gniecione i wyciskane, dawały olej, wykorzystywany na wiele sposobów. Najcenniejsze jednak były jej łodygi.

Naręcza charadisu wkładano do płytkich stawów i obciążano wielkimi kamieniami, by pozostawały pod wodą. Po pewnym czasie wyjmowano rozmiękłe łodygi, suszono na słońcu, a następnie rozbijano na kamiennych płytach. Rozczesywano je za pomocą specjalnych drewnianych narzędzi z zębami. Kobiety skręcały i zwijały rozdzielane w ten sposób włókna w mocne nici. Ich pęki można było splatać w liny i sznury, które następnie wiązano w sieci do łowienia ryb i łapania zwierząt. Najlepsze, cienkie nici rozpinano na drewnianych ramach, blisko obok siebie. Potem kobiety przeplatały je innymi nićmi, otrzymując białą tkaninę, tak bardzo podziwianą przez Armun. Szybko odrzuciła ona skóry i futra, zaczęła na wzór innych kobiet nosić miękką szatę z charadisu.

Armun była szczęśliwa wśród Sasku, szczęśliwsza niż kiedykolwiek w życiu. Wkrótce miała urodzić dziecko, bardzo się cieszyła, że spędza tu czas w cieple i wygodzie, że nie musi zimować w chłodnym namiocie. Ciąża dobiegała końca, nie odczuwała potrzeby powrotu na czas porodu do sammadu nad rzekę. Jej sammad zresztą był tu, Kerrick był jej sammadarem. Za początek swego nowego życia uznała chwilę, w której spojrzał na jej twarz i się nie roześmiał. Sasku też się z niej nie śmiali, nie zwracali zupełnie uwagi na jej podzieloną wargę. Podziwiali natomiast jej bladą skórę, włosy jasne jak charadis. Tak o nich mówili, bo były niemal równie białe jak tkanina. Czuła się dobrze wśród nich, mówiła swobodnie ich językiem, nauczyła się prząść i gotować warzywa. Jej dziecko tu się urodzi.

Kerrick nie sprzeciwiał się temu, podobało mu się to, podobnie jak schludność kamiennych jaskiń, miękkość i wygoda tkanych strojów. Przewyższało to znacznie przewiewne namioty i pełne robactwa futra. Życie Sasku przypominało mu pod wieloma względami miasta Yilanè, choć rzadko świadomie się do tego przyznawał. Nie lubił myśleć o Yilanè, odpędzał je od siebie, gdy tylko wywołało je jakieś przypadkowe podobieństwo. Góry i pustynia stanowiły zaporę, Yilanè nie znajdą ich tutaj. Tak powinno być. Miał teraz obowiązki, które były ważniejsze niż wszystko inne. Narodziny były najważniejsze jednak tylko dla niego i Armun. Dla Sasku szczególnego znaczenia nabrały inne narodziny i tylko o nich potrafili rozmawiać.

Krowa mastodonta, Dooha, miała wkrótce rodzić. Będzie to jej czwarte cielę, tak iż nikt w sammadach nie widział w tym nic nadzwyczajnego.

Inaczej Sasku. Kerrick zaczął już rozumieć ich fascynację mastodontami. Wiedzieli wiele rzeczy nie znanych Tanu, zwłaszcza dotyczących dusz zwierząt i skał, tego, co leżało poza niebem, pochodzenia świata i jego przyszłości. Byli wśród nich tak zwani mandukto, zajmujący się wyłącznie takimi sprawami. Pierwszym wśród nich był Sanone, kierował nimi, tak jak mandukto kierowali pozostałymi Sasku. Jego władza przypominała bardzo władzę eistai Yilanè. Dlatego, gdy posłał po Kerricka, ten natychmiast przyszedł do jego jaskini. Sanone siedział przed wizerunkiem mastodonta i poprosił Kerricka, by usiadł obok.