Herilak patrzył z podziwem, jak Kerrick wyjął z pudełka kawałek ciemnej skały i gładki kamień ponacinany rowkami. Potem wziął szczyptę próchna i szybkim ruchem uderzył kamienie o siebie — na drewno padła iskra. Musiał ją jedynie rozdmuchać, by buchnął płomień. Herilak wziął do rąk oba kamienie i przyjrzał się im z podziwem.
— Ogień schwytany w skałę — powiedział — a druga skała go wyzwala. Sasku poznali rzeczywiście dziwne i potężne tajemnice.
Kerrick ostrożnie odłożył pudełko. Herilak wyszedł na półkę przed komorę i podziwiał toczące się w dole życie. Gdy dołączył doń Kerrick, począł się wypytywać o wszystko. Słuchał uważnie o sposobach przędzenia i tkania, potem wskazał na dymiący piec, w którym wypalano dzbany.
— A tamte czerwone plamki na kozłach to chile. Wyciskało ci łzy przy jedzeniu. Suszy się je i tłucze. A w tych wielkich koszach trzymają słodkie korzenie i różne odmiany dyń. Po upieczeniu są smaczne, mielą ich ziarna na mąkę. Zawsze mają co jeść, nikt tu nie głoduje.
Herilak wyczuwał entuzjazm i zadowolenie w jego głosie.
— Zostaniesz tu? — spytał. Kerrick wzruszył ramionami.
— Jeszcze nie wiem. Takie życie nie jest mi obce, spędziłem przecież wiele lat w mieście Yilanè. Tu nie ma głodu, a zimy są ciepłe.
— Twój syn, zamiast ścigać sarny, będzie się grzebał w ziemi jak kobieta.
— Nie będzie musiał. Sasku także polują na sarny. Mają miotacze włóczni, to dobra broń.
Herilak nic już nie mówił, ruch głowy wystarczył za odpowiedź. To wszystko jest bardzo ciekawe, dobre dla urodzonych tutaj, lecz dalekie od życia łowcy. Kerrick nie chciał się z nim spierać. Odwrócił wzrok, przyglądając się Sasku kopiącym ziemię. Rozumiał oba ludy — rozumiał nawet Yilanè. Nie po raz pierwszy poczuł się rozdarty, nie był ani łowcą, ani rolnikiem. Ter lub marag.
Weszli do wnętrza i spojrzał na Armun trzymającą ich syna. Zrozumiał, że ma teraz korzenie, swój sammad. To nieważne, że mały. Armun dostrzegła jego wzrok, uśmiechnęła się. Odpowiedział jej tym samym. W wejściu jaskini pojawiła się kobieta i szepnęła do Kerricka.
— Jest tu mandukto, chce z tobą porozmawiać.
Czekał na niego na występie skalnym, miał rozszerzone oczy i drżał.
— Jest tak, jak powiedział Sanone. Urodził się mastodont — tak jak twój syn. Sanone prosi, byś z nim porozmawiał.
— Idź do niego i powiedz, że przyjdę z Herilakiem. — Odwrócił się do wielkiego łowcy. — Zobaczymy, czego chce Sanone. Potem pogadamy z innymi mandukto, dowiemy się, czy naprawdę jest droga przez pustynię.
Kerrick wiedział, gdzie o tej porze szukać Sanone. Przedwieczorne słońce wisiało nisko nad doliną, oświetlało jaskinię u podnóża urwiska, docierając do malowideł na skale. Sanone, jak Fraken, wiedział o wielu rzeczach, mógł o nich mówić od wschodu słońca do zapadnięcia nocnych ciemności. Dzielił się tą wiedzą z innymi mandukto, zwłaszcza młodymi. Śpiewali, powtarzali jego słowa, uczyli się ich. Kerrick mógł się przysłuchiwać i doceniał ten przywilej, bo jedynie mandukto pozwalano słuchać słów Sanone.
Gdy podeszli bliżej, Kerrick zobaczył Sanone, jak siedząc ze skrzyżowanymi nogami wpatrywał się w wielkie malowidło mastodonta. Obok siedzieli, pilnie się przysłuchując, trzej młodsi mandukto.
— Poczekajmy, aż skończy — powiedział Kerrick. — Opowiada im o Kadairze.
— Co to jest?
— Nie co, lecz kto. Tu nie mówią o Ermanpadarze, nie wiedzą, jak stworzył Tanu z mułu rzeki. Znają za to Kadaira, który pod postacią mastodonta wędrował po ziemi. Był tak samotny, że kiedyś mocno uderzył nogą w czarną skałę, aż pękła i wyszli z niej pierwsi Sasku.
— Wierzą w to?
— Tak, bardzo mocno. Wiele to dla nich znaczy. Wiedzą o innych sprawach, duchach skał i wody, uważają, że wszystko to stworzył Kadair. Wszystko.
— Rozumiem teraz, dlaczego tak nas przywitali, dawali jedzenie. Przyprowadziliśmy im mastodonty. Czy mają jakiegoś?
— Nie. Znają je tylko z malowideł. Wierzą, że sprowadziliśmy tu mastodonty z ważnego powodu. Teraz, gdy urodziło się cielę, znają może ten powód. Nie wszystko z tego rozumiem, lecz jest to dla nich bardzo ważne. Młodzi odchodzą, możemy już pomówić z Sanone. Sanone wyszedł im na powitanie, uśmiechając się radośnie.
— Urodziło się cielę mastodonta, wiecie o tym? I powiadomiono mnie właśnie, że urodził się także twój syn. To bardzo znaczące. — Zawahał się. — Czy twój syn ma już imię?
— Tak. Nazywa się Arnwheet, co w naszym języku oznacza jastrzębia. Sanone zastanowił się i ciągnął z opuszczoną głową.
— Te narodziny jednego dnia mają swój powód, tak jak wszystko, co zdarza się na świecie. Przywiodłeś tu mastodonta nie bez przyczyny. Twój syn nie bez przyczyny narodził się tego samego dnia co cielę. Nazwałeś go Arnwheet i wiesz dobrze dlaczego. Oto nasza prośba. Pragniemy, by cielę otrzymało imię twego syna. Ma to dla nas wielkie znaczenie. Jak sądzisz, czy sammadar pozwoli na to?
Kerrick z powagą potraktował tę dziwną prośbę, bo wiedział, jak bardzo Sanone i pozostali przywiązani są do swych wierzeń.
— To się da zrobić. Pewny jestem, że sammadar na to przystanie.
— Poślemy dalsze dary, by sammadar zgodził się spełnić naszą prośbę.
— Spełni ją. Teraz ja zwracam się z prośbą. To Herilak, wiodący lud waliskisów w walce.
— Powiedz mu, że witamy go tutaj, bo jego zwycięstwa w bitwie przywiodły do nas waliskisy. Wiedzieliśmy o jego przybyciu. Teraz zbiorą się mandukto i wypijemy porro sporządzone na tę okazję.
Herillak zdziwił się, gdy Kerrick powtórzył słowa Sanone.
— Wiedzieli, że przyjdę? Jak to możliwe?
— Nie rozumiem tego, wiem jednak, że dużo lepiej widzą przyszłość niż Fraken w kostkach myszy. Nie wiem wciąż, skąd to się bierze.
Mandukto zbierali się w milczeniu, przynosząc ze sobą wielkie zakryte dzbany. Były pięknie wykończone, na każdym widniał czarny mastodont Podobnie ozdobione były kubki. Sanone własnoręcznie zanurzał je wszystkie w pienistym, brunatnym napoju. Pierwszy kubek wręczył Herilakowi. Kerrick pociągnął ze swego, przekonał się, że porro jest gorzkie, ale i smaczne. Wypił do dna i dolano mu jeszcze do pełna.
Bardzo szybko poczuł dziwne oszołomienie, które przeszło w wielką lekkość. Poznawał po minie Herilaka, że ten czuje to samo.
— To woda Kadaira — zaintonował Sanone. — W niej przybywa do nas, okazuje, że patrzy i słucha.
Kerrick pomyślał, że Kadair jest potężniejszy, niż mu się zdawało.
— Kadair przyprowadził tu lud waliskisów, to wiadomo. Jednocześnie z narodzinami cielęcia urodziło się dziecko Kerricka, tak iż mógł mu nadać imię. Teraz przybył do nas po radę wódz ludu waliskisów, szuka drogi na zachód, przez pustynię.
Gdy Kerrick to przetłumaczył, oczy Herilaka rozszerzyło zdumienie. Ci ludzie potrafią czytać w myślach. Słuchał uważnie dalszych słów Sanone, czekając niecierpliwie, aż Kerrick mu je przetłumaczy.
— Lud waliskisów opuści nas, bo spełnił swoje zadanie. Mamy tu wcielenie Kadaira na Ziemi. Mamy tu cielę Arnwheet, zostanie tu z nami. lak będzie.
Herilak przystał na to bez sprzeciwu. Wierzył teraz, że Sanone widzi przyszłość, że spełni się to, co zapowiada. Oszołomienie Kerricka częściowo minęło; miał nadzieję, że Sorti tak samo podejdzie do utraty cielęcia. Była to korzystna zamiana, bo Sasku karmili ich całą zimę.
Sanone wskazał na młodego mandukto, przywołał go do siebie.