Выбрать главу

— To Meskawino, jest silny i pokaże wam drogę przez pustynię. Przekażę mu tajemnicę stawów wodnych w dzikiej pustce i on ją zapamięta. Powiem mu, jakich śladów ma wypatrywać i on je zapamięta. Nikt żywy nie przebył pustyni, lecz nie zapomniano drogi przez nią.

Sammady odejdą, Kerrick wiedział o tym. Ale czy ma iść z nimi? Ich decyzja była łatwa — jego nie. Jaka czeka go przyszłość? Chciał o to zapytać Sanone, lecz bał się trochę odpowiedzi. Napełniono mu kubek pono, chwycił go i wypił łapczywie.

ROZDZIAŁ XXIII

Była to dolina Sasku, szeroka i bogata, obramowana chroniącymi ją ścianami skalnymi, wysokimi i nieprzebytymi. Na początku była tu tylko lita skała, lecz Kadair przeciął ją pierwszego dnia po narodzinach świata. Tak przynajmniej nauczano. Nenne wierzył w to, bo widział przed sobą dowód. Któż, jeśli nie Kadair, miałby moc przekrojenia twardej skały, jakby była miękkim błotem? Kadair oddzielił od siebie ziemię i skałę, wydrapał koryto rzeki na dnie doliny i napełnił je świeżą wodą. Było to oczywiste. Siedzący w cieniu występu skalnego Nenne rozmyślał o tym, bo zawsze pilnie słuchał słów Sanone, pamiętał je stale. Przypominały mu się zawsze, gdy strzegł doliny.

Tylko Kadair mógł w jednej chwili przeciąć dolinę, lecz prawdą jest też, ze nawet najmocniejsza skała słabnie z czasem. W tym miejscu ściany doliny zapadały się, tworząc pochyłość i piarg, który można było przebyć. Sasku wychodzili tędy z doliny, udając się na polowanie. Dlatego też Nenne siedział tu, obserwując zbocze, którym można było zarówno zejść w dół, jak i wejść do góry. A na pobliskich wzgórzach polowali Kargu.

Nenne spostrzegł szybki ruch między skałami. Nie był pewien. Może to zwierzę albo ptak. A może i nie. Sasku nie występowali przeciw Kargu, dopóki tamci trzymali się z dala. Czasami przybywali, by wymienić mięso na szaty czy dzbany. Trzeba ich było jednak pilnować. Woleli zawsze kraść. I cuchnęli. Mieszkali pod gołym niebem jak zwierzęta i choć mówili zrozumiale, bliższe im były zwyczaje zwierząt Różnili się od Sasku, ich futra śmierdziały, sami też śmierdzieli. Znowu coś mignęło i Nenne skoczył na nogi, wystawiając włócznię.

Tam coś było, coś dużego przesuwało się między wielkimi głazami. Nenne nałożył włócznię na miotacz, przygotował do rzutu.

Pokazał się Kargu. Musiał być wyczerpany, bo często stawał i odpoczywał. Nenne przyglądał mu się bez ruchu, póki się nie upewnił, że przybysz jest sam. Wystawiano straże w tym miejscu, bo panowano nad biegnącą niżej ścieżką. Każdy wchodzący do doliny musiał przejść obok Nenne. Gdy tylko przekonał się, że za Kargu nikt nie idzie, zeskoczył cicho ze skalnej półki.

Rozległ się odgłos spadających kamieni, potem wolno biegnących stóp. Łowca minął dwa wysokie słupy skalne, tkwiące jak wartownicy u szczytu doliny. Gdy tylko minął Nenne, ten wyskoczył z ukrycia i uderzył mocno końcem włóczni w plecy intruza. Kargu wrzasnął i upadł. Nenne przydeptał mu nogą nadgarstek, drugą kopnął włócznię, przyciskając grot swej broni do brudnych futer okrywających brzuch obcego łowcy.

— Nie wolno wam wchodzić do doliny.

Grot niebezpiecznie naciskał na futro. Kargu patrzył na niego ciemnymi oczami, które tkwiły w twarzy okolonej splątaną brodą i czupryną.

— Przechodzę… do wzgórz — powiedział stłumionym głosem.

— Wracaj. Bo zostaniesz tu na zawsze.

— Szybko przejść. Do innych sammadów.

— Przybyłeś, by kraść, tylko po to. Nie przechodzicie przez dolinę, musisz o tym wiedzieć. Dlaczego próbowałeś to zrobić? Z oporami, niezdarnie, Kargu powiedział mu dlaczego.

Porro skończyło się, co ucieszyło Kerricka. Z jego głową działy się dziwne rzeczy. Dobre lub złe, nie był pewien. Wstał, przeciągnął się i wyszedł przez jaskinię z malowidłami, gdzie dołączył doń Herilak. Patrzyli na Sanone prowadzącego innych mandukto w uroczystej procesji do nowo narodzonego cielęcia mastodonta, które spoczywało na posłaniu z siana. Śpiewali razem, a Sanone natarł drobną trąbę zwierzęcia czerwoną glinką. Jego matce nie przeszkadzała obecność ludzi; pożerała spokojnie zieloną gałąź. Kerrick miał właśnie coś powiedzieć, gdy spostrzegł poruszające się na brzegu rzeki postacie. Obok wartownika — czarny, odziany w futro Kargu. Jego obecność dziwiła. Wiedział, że łowcy przybywali tu czasem handlować, lecz ten miał puste ręce; idący za nim Sasku niósł dwie włócznie. Szturchnął Kargu jedną z nich i wskazał na Sanone, skierował łowcę w jego stronę.

— Co to? — spytał Herilak. — Co się dzieje?

— Nie wiem. Daj mi posłuchać.

— Ten tu wszedł do doliny — powiedział Nenne. — Przyprowadziłem go do ciebie, Sanone, byś wysłuchał, co ma do powiedzenia. — Jeszcze raz pchnął włócznią. — Mów to, co mi powiedziałeś.

Kargu rozejrzał się spode łba, brudną ręką otarł pot z twarzy.

— Byłem na wzgórzach, polowałem jeden — mówił z trudem. — Całą noc przy wodopoju. Sarny nie przychodziły. Rano wróciłem do namiotów. Wszyscy martwi.

Kerricka opanowało lodowate przeczucie.

— Martwi? Twój sammad? Co się stało?

— Martwi. Sammadar Arderidh bez glowa. — Przeciągnął szybko palcem przez gardło, naśladując cięcie. — Nie włócznie, nie strzały. Wszyscy martwi. Tylko to.

Pogrzebał pod futrami, wyciągnął zwitek ze skóry i rozchylił go powoli. Kerrick wiedział, czego się spodziewać, co zobaczy w środku. Małe, ostre, z piórami. Strzałki hèsotsanu.

— Wyśledziły nas! Są tutaj!

Herilak wrzasnął załamującym się głosem. Walnął swą pięścią tak mocno w rękę Kargu, że ten jęknął z bólu. Strzałki spadły na ziemię. Herilak zadeptał je z wściekłością.

Sasku przyglądali się temu ze zdumieniem, niczego nie rozumiejąc. Sanone szukał wyjaśnienia u Kerricka, którego jednak opanowała ta sama co Herilaka mieszanina ślepego gniewu i lęku. Wciągnął mocno powietrze i wydusił z siebie pierwsze słowa.

— To one. Z południa. Murgu. Murgu-chodzące-jak-Tanu. Znów są.

— Te murgu, o których mi opowiadałeś? Przed którymi uciekacie?

— Te same. Murgu, jakich nigdy nie widziałeś, nie podejrzewałeś nawet ich istnienia. Chodzą, mówią, budują miasta i zabijają Tanu. Zabiły mój sammad, zabiły sammad Herilaka. Każdego łowcę, każdą kobietę, każde dziecko. Każdego mastodonta. Nie żyją.

Przy tych ostatnich słowach Sanone skinął z powagą głową. Wiele myślał na ten temat, odkąd Kerrick po raz pierwszy opowiedział mu o murgu. Nie ujawniał wniosków, do których doszedł. Zrobi to jednak teraz. Wiedział, że tylko jedna istota mogła się ośmielić zabić mastodonta.

— Karognis… — powiedział głosem tak pełnym nienawiści, że stojący blisko wzdrygnęli się i cofnęli. — Karognis wędruje swobodnie po tym kraju, zbliża się do nas.

Kerrick słuchał go jednym uchem, nie interesowały go słowa Sanone.

— Co zrobimy, Herilaku? Czy znów uciekniemy?

— Jeśli uciekniemy, to pójdą za nami. Widzę teraz znaczenie mych snów. Nadszedł dzień, który widziałem. Spotkam je i będę walczył. Potem zginę, ale śmiercią wojownika, bo wraz ze mną zginie wiele murgu.

— Nie — odparł Kerrick głosem ostrym jak uderzenie w twarz. — Mógłbyś to zrobić, gdybyś był sam i pragnął śmierci. Jesteś jednak sacripexem. Czy chcesz, by z tobą zginęli łowcy i sammady? Czy zapomniałeś, że murgu jest tyle, co piasku na brzegu? W otwartej bitwie czeka nas klęska. Musisz mi teraz powiedzieć: jesteś sacripexem, który poprowadzi nas w bitwie, czy też łowcą Herilakiem, który chce pójść na murgu w pojedynkę i zginąć?