— Pokaż mi to samo miejsce na większym zdjęciu — zażądała.
Ptaki latały dniem i nocą, blisko ziemi i wysoko na niebie. Ustuzou nie mają teraz gdzie uciec. Nowe zdjęcie, przyniesione przez szybującego drapieżnika, ukazywało meandry rzeki, jej dolinę i wielki szmat otaczających ją terenów. Okotsei stuknęła w nie kciukiem.
— Tu spałyśmy ubiegłej nocy. Tam jest legowisko zabitych przez nas ustuzou, skąd pochodzi zakurzony łeb. — Przesunęła kciukiem. — Jesteśmy tutaj. Szukane przez nas ustuzou są tam nad rzeką.
— To te, których szukam, jesteś pewna?
— Pewna jestem tylko tego, że jako jedyna horda po tej stronie śniego-gór mają ze sobą mastodonty. Inne bandy ustuzou są tu, tu i tu. Większa grupa w tej dolinie nad rzeką. Dalej na północ, poza zdjęciem, jest ich więcej. Nigdzie jednak, poza tym miejscem, nie ma mastodontów. Po wschodniej stronie gór wiele hord podobnych do tej, ale po tej stronie — tylko ta jedna.
— Dobrze. Zanieś zdjęcia Stallan, by mogła zaplanować poranny atak.
Fargi, do których to należało, przyniosły Vaintè wieczorny posiłek, lecz była ona tak skoncentrowana na swych planach, że jadła go niemal bezwiednie. Tkwiła myślami przy długotrwałych i wielostronnych działaniach, które doprowadziły ją i uzbrojone fargi do tego miejsca. Jeszcze raz przeanalizowała wszystkie ogniwa operacji, by upewnić się, że żadne nie zostało opuszczone, żadna praca nie została nie dokończona, żadnego szczegółu nie przeoczono. Wszystko jest tak jak należy. Zaatakują rano. Przed zachodem słońca Kerrick będzie martwy — lub w jej rękach. Marzyła, by go pojmać, ta myśl nie opuszczała jej przez chwilę.
Próbowała podchodzić do tego bez emocji, logicznie, lecz teraz pozwoliła dojść do głosu nienawiści. Ileż to zdjęć przeglądała? Niezliczoną ilość. Wszystkie hordy ustuzou były do siebie podobne, trudno było odróżnić te stwory. Wiedziała na pewno, że szukanej przez nią postaci nie ma na żadnym ze zdjęć robionych wcześniej bandom na wschód od gór. Dopiero gdy spojrzała na zdjęcie ukazujące mastodonty, jedyne mastodonty na zachód od gór, poczuła, że nareszcie go znalazła. Jutro się o tym upewni.
Zasnęła po zapadnięciu zmroku — jak wszystkie Yilanè, chronione przez starannie rozkładane środki obronne. Tej nocy nic nie zakłóciło ich snu, obeszło się bez alarmów. Bladym świtem rozruszały się fargi, rozpoczęto przygotowania do dalekiego marszu i dzisiejszej walki. Słońce jeszcze grzało słabo i Vaintè otulała się wielkim płaszczem nocnym, gdy wraz ze Stallan obserwowała załadunek. Wszystko przebiegało gładko, z właściwą Yilanè precyzją, grupy i ich przywódczynie sprawnie wykonywały przydzielone im zadania. Wodę, żywność i inne zapasy ładowano na specjalnie wyhodowane ogromne uruktopy. Zadowolenie z przebiegu przygotowań opuściło Vaintè, gdy spostrzegła proszącą o uwagę Peleinè.
— Vaintè, chcę z tobą porozmawiać.
— Wieczorem, po pracy. Teraz jestem zajęta.
— Wieczorem może być za późno, bo może praca, której pragniesz, nie zostanie wykonana.
Vaintè nie poruszyła się ani nie odezwała, lecz zmierzyła Peleinè jednym okiem od stóp do głów. Tej jednak nie przejęło jej niezadowolenie.
— Choć staram się do tego nie dopuścić, Córy mają wątpliwości, wiele jest zmartwionych. Zaczynają podejrzewać, że popełniono omyłkę.
— Omyłkę? Zapewniałaś mnie, że nie należy już nazywać was Córami Śmierci, że we wszystkim jesteście teraz Córami Życia. Szczerymi obywatelkami Alpèasaku, które wyrzekły się wszelkich błędów, pragną pomagać we wszystkim. Dlatego dopilnowałam, by przywrócono wszystkie prawa i zaszczyty tym, które poszły za tobą, a ciebie wyniosłam do służby przy mym boku. Teraz za późno, by mówić o omyłce.
— Wysłuchaj mnie, potężna Vaintè — Peleinè skręciła kciuk w nieświadomej rozpaczy, wnętrze jej dłoni grało barwami zmartwienia. — Planować coś i podejmować decyzje to jedna sprawa, wykonywać zaś je to zupełnie coś innego. Poszłyśmy za tobą z własnej woli, przebyłyśmy z tobą morze, ląd i rzeki, bo ustaliłyśmy, że postępujesz słusznie. Ustaliłyśmy, że ustuzou to drapieżniki, które należy wyrżnąć tak, jak zarzyna się zwierzęta na mięso.
— Tak ustaliłyście.
— Ustaliłyśmy to, nim ujrzałyśmy te zwierzęta. Dwie Córy były w oddziale, który wczoraj znalazł hordę ustuzou.
— Wiem. Sama je wysłałam. — „By je przyzwyczaić do krwi” — pomyślała — tak określiła to Stallan. Przyzwyczaić do krwi. Stallan zawsze to robi z fargi, które wybiera na przyszłe łowczynie. Wiele z nich nie potrafiło łatwo zabijać, bo zbyt długo mieszkały w miastach, zbyt dawno wyszły z morza, zbyt się oddaliły od własnych początków. Zabójca nie zastanawia się, zabójca działa. Te Córy Śmierci za dużo myślą, myślą bez przerwy, niewiele poza tym robią. Przyzwyczajenie do krwi dobrze im zrobi.
Peleinè z trudem szukała słów. Vaintè traciła już cierpliwość.
— Nie powinny były iść — stwierdziła wreszcie Peleinè, zaciemniając znaczenie tego zdania niepotrzebnymi ruchami ciała.
— Zamierzasz kwestionować me rozkazy? Vaintè wyprostowała grzebień, drżała z wściekłości.
— Nie żyją, Vaintè. Obie nie żyją.
— To niemożliwe! Opór był słaby, nikt nie odniósł ran.
— Obie wróciły. Opowiedziały o obozie ustuzou, iż nie przypomina małego miasta, że ustuzou mają wiele dziwnych rzeczy zrobionych przez siebie i że umierając krzyczały z bólu. Obie użyły hèsotsanów i zabijały. Gdy opowiadały o tym głośno, któraś stwierdziła, że są teraz Córami Śmierci, a nie Życia. Przyznały wtedy, iż były dawczyniami śmierci. Dlatego zmarły. Zmarły tak, jakby eistaa zabrała im imiona i wygnała z miasta. Tak umarły. Dowiedziawszy się o tym, zrozumiałyśmy, że myliłyśmy się w naszych przekonaniach. Zabijanie ustuzou daje śmierć, a nie życie. Nie możemy ci dłużej pomagać, Vaintè. Nie możemy dla ciebie zabijać.
Peleinè wstrzymała swe nerwowe ruchy, powiedziała to, co miała do powiedzenia. Decyzja została podjęta. Nie, nie podjęta. Została wymuszona. Teraz decyzja zależy od Vaintè.
Vaintè zamarła w myślach, podobnie jak Peleinè w oczekiwaniu. Stały naprzeciw siebie bez ruchu, wpatrując się w swe twarze, bezwiednie wykręcając stopy. Milczały.
„To bunt! — pomyślała Vaintè — musi być natychmiast przełamany”. Lecz od razu zrozumiała, że nie może go złamać, bo te zdradzieckie istoty na pewno odmówią w przyszłości brania broni do rąk. Teraz jej przeciwnikiem była śmierć. Te nierozważne samice widziały, jak zmarły dwie spośród nich i uwierzyły, że je też czeka taki los. Cóż, mają rację. Śmierć na pewno ich teraz nie minie. Mogą nie walczyć, ale i tak umrą. W tej wojnie nie ma miejsca dla stojącego z boku. Zajmie się nimi.
— Jesteś zwolniona — powiedziała. — Wracaj do swych Cór Śmierci i powiedz im, że przyniosły hańbę swemu miastu. Hèsotsany zostaną im zabrane. Będą pracować, lecz nie będzie się od nich wymagać zabijania.
Peleinè okazała wdzięczność, odwróciła się i szybko odeszła. Choć gdyby pozostała chwilę, usłyszałaby, jak Vaintè mówiła dalej:
— Nie będzie się wymagać zabijania, ale będzie się od nich wymagać śmierci.
Przywołała swego tarakasta, kazała pochylić się fargi, która go przyprowadziła, by wejść na zwierzę po jej ramionach. Zawróciła je i pobudziła do biegu. Minęła fargi i uruktopy, kierując się na czoło kolumny, która była już w drodze.