Выбрать главу

Uzbrojone Yilanè na szybkich tarakastach poprzedzały oddział, inne jechały po bokach, strzegąc skrzydeł. Stallan starannie, jak zwykle, przejrzała zdjęcia i wskazała drogę. Nie natrafiły na żadne przeszkody do zaplanowanego miejsca postoju nad rzeką. Vaintè nakazała zatrzymać się, gdy przybyła spiesznie jedna ze zwiadowczyń.

— Zniknęły — powiedziała po prostu, ruchem dodając znaczenie wielkiej grupy i ustuzou.

— Znów zmieniły swe miejsce postoju — powiedziała Vaintè, kręcąc ogonem w nadziei, że tak jest.

— To możliwe — przyznała zwiadowczyni. — Śledziłam tropy, prowadziły do ich poprzedniego miejsca postoju, a dalej wzdłuż rzeki do doliny. Wtedy wróciłam, by cię zawiadomić.

— Nie skręciły, nie zawróciły ani nie uciekły w inny sposób? — spytała Stallan, która pochyleniem ciała wyrażała wielką uwagę.

— Niemożliwe. Szłam za nimi, póki skalne ściany nie urosły i nie została tylko jedna droga.

— Złapani! — powiedziała z triumfem Stallan, kierując swego wierzchowca do Vaintè, by przekazać jej zdjęcie. — Zobacz, sarn'enoto, to pułapka, w którą weszli. Dolina rzeki jest szeroka, lecz z wysokimi ścianami, ma tylko to jedno wejście. Rzeka wypływa między głazami, przez bystrza. Nie ma stamtąd wyjścia.

Sarn'enoto, pradawny tytuł z na wpół zapomnianej przeszłości — teraz odnowiony. Przywódczyni w konflikcie zbrojnym — której wszystkie słuchały. Musi teraz myśleć jak taka przywódczyni. Wzięła zdjęcie i dotknęła go kciukiem.

— Tu, z boku, sama pokazałaś mi zejście do doliny.

— Można je zablokować. Można wysłać tam oddział, by zagrodził wyjście, główne siły zaatakują tędy.

— Tak zrobimy. Wydaj rozkazy. Na innych zdjęciach widzę dobrze ustuzou w dolinie.

— Tym więcej ich zginie — padła odpowiedź Stallan. Wbiła ostre pazury w bok tarakasta, aż ten cofnął się, sycząc z bólu. Opanowała go łatwo, obróciła i pognała.

Słońce właśnie minęło zenit, gdy Okotsei wręczyła Vaintè najnowsze zdjęcia, jeszcze ciepłe i mokre. Obejrzała je dokładnie, potem przekazała kolejno stojącej obok Stallan.

— Wszystko gotowe — powiedziała Stallan po przejrzeniu ostatniego. — Nie mają ucieczki.

Podarła niepotrzebne już zdjęcia.

— Ścieżka przez uskok jest strzeżona i zamknięta. Oczekujemy na twe rozkazy, sarn'enoto.

ROZDZIAŁ XXV

— Szybki atak wzdłuż rzeki — powiedziała Vaintè. — Najpierw nagły wypad za zaporę skalną z wybiciem wszystkich ustuzou, które mogą się tam kryć. Potem wtargnięcie do doliny. Rusz fargi, ale sama ich nie prowadź. Być może ustuzou wiedzą o naszych ruchach. Jeśli tak, to pierwsze atakujące zginą. Zaczynaj!

Masy fargi posuwały się wzdłuż brzegu rzeki. Tak się tłoczyły przez wąską gardziel, że niektóre wpadły do wody. Vaintè patrzyła, jak wyruszają, potem usiadła na ogonie i czekała cierpliwie bez ruchu na wynik ataku. Z tyłu pozostałe fargi zaczęły rozładowywać zapasy. Ledwo skończyły, gdy z doliny wyszła zmęczona Stallan, podeszła powoli do milczącej Vaintè.

— Leżą w zasadzce — oznajmiła Stallan. — Strzelałyśmy, lecz nie wiadomo, czy któreś trafiłyśmy. Idące przodem zginęły, jak przewidziałaś. Zabrałyśmy poległym hèsotsany, ile tylko było można, zanim wycofałyśmy się z walki. Ustawiłam linię obrony poza zasięgiem ich broni i przybyłam tu natychmiast.

Vaintè nie wydawała się zdziwiona tym nieprzyjemnym meldunkiem.

— Wiedziały, że przybywamy. To dlatego weszły do doliny. Chcę zobaczyć sama, jak to wygląda.

Stallan torowała drogę przez tłoczące się fargi nakazując im ustępowanie przed sarn'enoto. Dalej rzeka skręcała wokół skały. Tam właśnie Stallan przygotowała pozycję obronną. Fargi kuliły się za głazami z gotową do strzału bronią, inne kopały okopy w miękkim piasku. Stallan uniosła hèsotsan i wskazała nim na zakręt.

— Odtąd trzeba uważać. Pójdę pierwsza.

Szły wolno, potem stanęły. Stallan przywołała gestem Vaintè.

— Widać stąd zaporę.

Vaintè podeszła ostrożnie i ujrzała pierwsze zwłoki. Zalegały podnóże urwistych skał, kilka fargi przed śmiercią wspięło się kilka kroków. Rzeka obmywała zaporę, mknęła w kipieli przez wąskie przejście. Tam też widać było ciała fargi; niektóre leżały do polowy w wodzie. Na szczycie zapory coś się szybko poruszało. Wróg czekał na kolejny atak. Nim się wycofała, Vaintè spojrzała na słońce, wiszące nadal wysoko na niebie.

— Zaatakujemy ponownie. Jeśli dobrze pamiętam, hèsotsany mogą przetrwać pod wodą.

— Przetrwają. Zanurzone, zaciskają nozdrza.

— Tak sądziłam. Oto co zrobimy. Atak na zaporę zostanie ponowiony. Nie chcę, by go przerwano po zabiciu kilku fargi.

— To nie będzie łatwe. Na pewno zginie ich wiele.

— Nic nie jest łatwe, Stallan. Inaczej wszystkie byłybyśmy eistaami, a fargi by nam nie służyły. Czy wiesz, że Córy Śmierci nie będą walczyły?

— Zabrałam im broń.

— Dobrze. Mimo to mogą nam się przydać. Poprowadzą atak na zaporę.

Stallan zrozumiała. Powoli cofnęła wargi, odsłaniając rzędy ostrych zębów. Ten niby-uśmiech akceptował brutalność decyzji, wyrażał zadowolenie z niej.

— Jesteś pierwsza we wszystkim, najmądrzejsza, wielka Vaintè. Ich ciała przyciągną wiele strzałek śmierci, osłonią uzbrojone fargi. Tylko ty mogłaś wymyślić tak wspaniałe wykorzystanie tych zawadzających stworzeń. Będzie dokładnie tak, jak rozkazałaś. Ustozou i Córy Śmierci umrą razem. Zasłużyły na wspólny los.

— Atak nie ograniczy się do tego. Możemy ich w ten sposób pokonać, lecz z ciężkimi stratami. Podczas tego natarcia inne uzbrojone fargi niech wejdą do wody i przepłyną gardziel. Uderzą na obrońców od tyłu, zabiją ich, rozproszą. Wtedy pokonamy zaporę bez strat i zniszczymy pozostałych.

Muchy zaczęły już krążyć nad ciałami zalegającymi skały w dole. Nic się nie poruszało poza owadami, których brzęczenie słychać było wyraźnie w ciszy. Kerrick wziął garść strzałek i wsuwał je kolejno do hèsotsanu.

— Uciekły — powiedział Sanone, ostrożnie wysuwając głowę spoza osłony.

— Walka jeszcze się nie zaczęła — odparł Kerrick. — Wypróbowały tylko naszą siłę. Wrócą. — Spojrzał na Sanone i zamarł. — Nie ruszaj się! Zostań na miejscu.

Wyciągnął pewnie dłoń i wyrwał strzałkę z opaski na głowie Sanone.

— Gdyby ją przebiła, już byś nie żył.

Sanone przyjrzał się spokojnie śmiercionośnemu cierniowi z listkiem.

— Nasz strój ma zalety, którzych nigdy nie podejrzewałem. Nie powstrzyma włóczni, ale chroni przed trucizną murgu. Może powinniśmy ubrać się i osłonić w ten sposób.

Kerrick wyrzucił strzałkę.

— Za głazami jesteśmy bezpieczni. Gorzej będzie, gdy strzałki zaczną spadać gęsto, jak liście jesienią.

Obrócił głowę, przyglądając się łowcom rozciągniętym na wierzchołku zapory. Wszyscy mieli hèsotsany i dobrze się już nimi posługiwali, oszczędzając strzały i włócznie. Uzbrojeni we włócznie Sasku znajdowali się za zaporą i na dole, gotowi w razie potrzeby przyjść z pomocą. Teraz wszyscy mogli jedynie czekać.

Stojący na szczycie skalnej ściany Herilak jako pierwszy zauważył napastniczki.

— Znów nadchodzą — zawołał i schował się za osłonę.

— Nie marnować strzałek — rozkazał Kerrick. — Tym razem dopuśćcie je bliżej, zanim wystrzelicie.