Выбрать главу

Wiedział, że należy tak postąpić. Przy pierwszym ataku ktoś wystrzelił z hèsotsanu za wcześnie, gdy murgu były jeszcze poza zasięgiem broni, a inni dołączyli do niego. Było to marnotrawstwo: mieli odpowiednie zapasy strzałek, lecz hèsotsany męczyły się i często używane, nie reagowały szybko. Tym razem obrońcy zaczekają, aż fargi wejdą na skały.

Były coraz bliżej i nagle Kerrick poznał, że idące na przedzie nie mają broni. Co to znaczy? Czy to jakiś podstęp? Nieważne, to nawet lepiej, bo łatwiej je będzie zabić.

— Teraz, strzelać! — krzyknął i naciskając hèsotsan wysłał śmiertelny pocisk ku skórze najbliższej napastniczki. Tanu wrzeszczeli i strzelali, ale nieprzyjaciel nadal nacierał. Czasem rozległ się wrzask, lecz przeważnie ginęli w milczeniu. Obrońcy tak hałasowali, że Kerrick w pierwszej chwili nie dosłyszał wołania. Potem zrozumiał słowa.

— Rzeka, tam, w wodzie!

Kerrick odwrócił się, spojrzał i cofnął. Ciemne plamki w burzliwej wodzie, coraz ich więcej, niektóre kierowały się ku brzegowi. Yilanè płynęły z prądem, trzymając ciemne, długie przedmioty w łapach, hèsotsany, zamierzały lądować…

— Włóczniami, strzałami, zabijać te w wodzie! — zawołał Herilak, zeskakując z zapory. Jego tubalny głos zagłuszał wszystko. — Kerrick, zostań tu ze śmiercio-kijami. Atakują teraz główną siłą. Powstrzymaj je tutaj!

Kerrick obejrzał się z niepokojem. Zrozumiał, że Herilak dobrze odgadł zamiary wroga. Za nie uzbrojonymi napastniczkami, tworzącymi teraz stertę trupów, pojawiało się coraz więcej fargi strzelających z marszu.

— Nie przepuszczajcie ich! — krzyknął Kerrick. — Zostańcie tu, strzelajcie. — Sam wystrzelił jeszcze raz do fargi, która podeszła tak blisko, że zobaczył jak strzała utkwiła jej w gardle, jak rozszerzały się jej oczy, gdy spadała ze zbocza.

Teraz żywe wspinały się po martwych, kryły się za nimi, strzelały. Ofiary były po obu stronach. Padł jeden łowca, potem następny. Hèsotsan Kerricka dygotał podczas naciskania; dopiero po chwili zrozumiał, że opróżnił go ze strzałek. Nie miał czasu na załadowanie. Chwycił włócznie, dźgnął fargi, która wdrapała się na wierzchołek, zwalił ją skrzeczącą z bólu.

Była ostatnia, atak załamał się na krótko. Kerrick oparł się plecami o skałę; dyszał ciężko, starając się zmusić palce, by szybko wsuwały strzałki do hèsotsanu. Inni również przestali strzelać. Gdy zapanował chwilowy spokój, rzucił okiem na rzekę.

Sporo fargi osiągnęło brzeg, lecz były już martwe. Poległo też kilku obrońców, bo doszło do walki wręcz. W cieniu dojrzał ciemną postać Sasku leżącą w śmiertelnym uścisku Yilanè. Inne zwłoki, najeżone strzałami, spływały z nurtem. Na wołanie Sanone Kerrick odwrócił się i zobaczył, jak stoi na wierzchołku zapory i osłania oczy przed zachodzącym słońcem.

— Odchodzą — zawołał. — Przerwały natarcie. Zwyciężyliśmy!

„Zwyciężyliśmy — pomyślał Kerrick, rozglądając się po martwych Tanu. — Co osiągnęliśmy? Zabiliśmy kilka fargi, lecz świat jest ich pełen. Zginęło paru naszych, a przy następnym ataku zginiemy wszyscy. Powstrzymaliśmy je, lecz nie osiągnęliśmy zwycięstwa. Choćbyśmy nawet pokonali je teraz, to powrócą. Ich nienawiść jest równa naszej. Znajdą nas wszędzie, nie możemy się kryć. Podążą za nami, nie potrafimy im uciec”.

— Zrozumiał, że nie o wszystkich tu chodzi. Polują przecież na niego. Gdyby chciały jedynie zabijać Tanu, znalazłyby ich mnóstwo po drugiej stronie gór. Ptaki drapieżne i nocne widzą wszystko, wypatrzą wszystko. A jednak ta wielka armia przybyła tutaj, kierując się dokładnie ku tej dobrze bronionej dolinie. Dlaczego? Bo on tu jest; zmroziła go ta myśl. Vaintè. To musi być ona! Żyje i szuka zemsty.

Co można zrobić? Dokąd można uciec? Jak mogą się obronić?

Opanował go gniew, trząsł nim, sprawił, że skoczył na nogi, wywijając hèsotsanem nad głową i krzyczał.

— Nie uda ci się, Vaintè, nie zdołasz zabić nas wszystkich. Będziesz próbowała, lecz nie zdołasz. To nasza ziemia, nie zdołasz przebyć oceanu ze swymi zimnymi stworami i wypędzić nas z niej. Nie wygrasz z nami, poczołgasz się do domu z paroma niedobitkami, gdy tylko to zrozumiesz. Potem wrócisz…

Kerrick poczuł, że Sanone przygląda mu się ze zdumieniem, nie rozumiejąc ani słowa. Opuściło go podniecenie, lecz pozostał zimny gniew. Uśmiechnął się do mandukto i powiedział w seseku:

— Widziałeś je dziś po raz pierwszy. Czy ci się podobają? Czy z chęcią patrzysz, jak murgu zabijają twój lud? Musimy z tym skończyć — raz na zawsze.

Kerrick urwał, dysząc ciężko. Spoglądał na wysokie stosy martwych i garstkę żywych. Czy można powstrzymać Yilanè? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Jest tylko jeden sposób. Nie można dłużej uciekać i kryć się.

Należy przenieść walkę na teren wroga. Oto szansa, która może przynieść trwałe zwycięstwo.

Sanone patrzył ze zdumieniem na mówiącego Kerricka. To nie była normalna rozmowa. Wydawane przezeń głosy nie były podobne do języka Tanu. Jednocześnie poruszył ciałem, odrzucił głowę do tyłu i trząsł rękoma, jakby dostał ataku.

Kerrick dojrzał minę Sanone i zrozumiał, że mówi w języku Yilanè, bo myślał o Yilanè — i myślał tak jak one. Zimno analizował, co należy robić, ważył fakty, a następnie wyciągał wnioski. Gdy znów się odezwał, mówił w seseku, spokojnie i wyraźnie.

— Przeniesiemy wojnę do murgu. Pójdziemy do ich miasta, daleko na południe. Znajdziemy je tam i zabijemy. Gdy zniknie miejsce Alpèasak, one znikną wraz z nimi. Znam to miasto i wiem, jak je zniszczyć. Oto co zrobimy.

Odwrócił się i zawołał w języku marbak do stojącego na skraju wody Herilaka.

— Spełni się to, co widziałeś w swych snach, Herilaku. Odejdziemy stąd, wyruszymy na południe, będziesz sacripexem wszystkich Tanu, którzy pójdą z nami. Murgu zginą, ty nas poprowadzisz. Wiem teraz, co trzeba zrobić i jak tego dokonać — jak zniszczyć je wszystkie. Co ty na to, wielki łowco? Poprowadzisz nas?

Herilak poczuł moc w głosie Kerricka. Był pewien, że nie mówiłby tak, gdyby nie wiedział, jak osiągnąć cel. Opanowała go nadzieja, radosny ryk bez słów był wymowną odpowiedzią.

— Znów idą! — zawołał Sanone.

Bitwa rozgorzała na nowo, myśli o przyszłości ustąpiły wobec niebezpieczeństwa tej chwili.

ROZDZIAŁ XXVI

Wypad Yilanè załamał się na skalnym wale obronnym. Fargi ginęły. Opuścił je zapał, nie atakowały zawzięcie. Tego dnia było to ostatnie natarcie, bo słońce stało nisko na niebie, ukryte za zasłoną chmur. Wycofały się nieliczne niedobitki.

Kerrick odsunął od siebie marzenia o przyszłych bitwach, bo jeszcze trwała ta obecna. Stał na szczycie zapory obserwując, jak sępy i wrony już zlatują się na czekającą je w dole obfitą ucztę. Wkrótce się ściemni. Nie nastąpią teraz żadne ataki, bo Yilanè zajmą się rozbijaniem obozu i przygotowaniem go do obrony. Gdyby tylko mógł zobaczyć, co robią. Może dałoby się je jakoś zaatakować po zapadnięciu zmroku. Nie można im pozwolić na spokojny sen, nabranie sił przed poranną walką. Dziś ich ataki omal nie zakończyły się powodzeniem; nie można dopuścić, by to się powtórzyło. Zwierzyna musi zamienić się w łowcę.

— Nie możemy leżeć tu tylko i czekać na następne ataki — powiedział Herilakowi, gdy wielki łowca do nich dołączył. Ten skinął z powagą.

— Muszę pójść za nimi — dodał Kerrick.

— Pójdziemy.

— Dobrze, lecz nie wolno nam narazić się na śmierć. Coś interesującego dziś zauważyłem. Strzałka trafiła w opaskę na głowie Sanone, ale nie przebiła skręconej tkaniny. Strzałki różnią się od strzał czy włóczni — są lekkie i nie lecą zbyt daleko.