Выбрать главу

Reynevan nie skomentował i tym razem. Czarodziej przypatrywał mu się bystro.

– Buko Krossig – podjął – ma, póki co, przede mną mores, ale byłoby nierozsądnym nie doceniać go. To cap, owszem, ale w swych złych skłonnościach tak nieraz przedsiębiorczy i pomysłowy, że aż skóra cierpnie. Teraz, w aferze z Bibersteinówną, również czymś zabłyśnie, jestem o tym przekonany. Dlatego postanowiłem ci pomóc.

– Wy, mnie? Dlaczego?

– Dlaczego, dlaczego. Bo nie w smak mi, by Jan Biberstein rozpoczął tu oblężenie, a Inkwizycja odgrzebała moje nazwisko w archiwach. Bo o twoim bracie, Piotrze z Bielawy, słyszałem same dobre opinie. Bo nie podobały mi się nietoperze, które ktoś poszczuł na ciebie i na twych kompanów w Cysterskim Borze. Tandem dlatego, że Toledo alma mater nostra est, nie chcę, byś źle skończył, konfratrze mój w arkanach. A źle skończyć możesz. Z Bibersteinówną coś cię łączy, nie ukryjesz tego, nie wiem, afekt dawny czy od pierwszego wejrzenia, ale wiem, że amantes amentes. W drodze o włos byłeś od tego, by ją porwać na siodło i pójść w galop, zginęlibyście wówczas obydwoje w Czarnym Lesie. Teraz też, gdy sprawy się skomplikują, gotowyś chwycić ją wpół i skoczyć z murów. Bardzo się pomyliłem?

– Nie bardzo.

– Mówiłem – czarodziej uśmiechnął się kącikiem ust. – Amantes amentes. Tak, tak, życie to prawdziwy Narrenturm. Czy wiesz, nawiasem, co dzisiaj za dzień? A raczej: co za noc?

– Nie bardzo. Troszkę pomieszały mi się daty…

– O daty mniejsza, kalendarze mylą. Ważniejsze, że dziś wypada równonoc jesienna. Aequinoctium autumnalis.

Wstał, wyciągnął spod stołu rzeźbioną dębową ławkę długości mniej więcej dwóch łokci, nieco ponad łokieć wysoką. Ustawił ją obok drzwi. Z komody wydobył gliniany, zawiązany cielęcą skórą, opatrzony etykietą garnek.

– W tym naczyniu – wskazał – przechowuję dość specjalną maść. Sporządzoną według klasycznych receptur miszkulancję. Recipe, jak widzisz, zapisałem na karteluszu. Solanum dulcamara, solanum niger, akonitum, pięciornik, liście topoli, krew nietoperza, cykuta, mak czerwony, portulaka, dziki seler… Jedyne, co zmieniłem, to tłuszcz. Zalecane przez Grimorium Verum sadło wytopione z nie ochrzczonego dziecięcia zastąpiłem olejem słonecznikowym. Tańszy i trwalszy.

– Czy to jest… – Reynevan przełknął ślinę. – Czy to jest to, co myślę?

– Drzwi pracowni – czarodziej jakby nie dosłyszał pytania – nie zamykam nigdy, w oknie, jak widzisz, nie ma krat. Maść stawiam tu, na stole. Jak się aplikuje, zapewne wiesz. Radzę aplikować oszczędnie, powoduje skutki uboczne.

– A czy to w ogóle jest… bezpieczne?

– Nic nie jest bezpieczne – Huon von Sagar wzruszył ramionami. – Nic. Wszystko jest teorią. A jak mawia jeden z moich znajomych: Grau, teurer Freund, ist alle Theorie.

– Ale ja…

– Reinmarze – przerwał zimno magik. – Miejże wzgląd. Powiedziałem i pokazałem ci dość, by być podejrzewanym o wspólnictwo. Nie żądaj więcej. No, czas na nas. Weźmiemy kamforowe unquentum, by wysmarować bolączki naszych poobijanych rozbójników. Weźmiemy też wyciąg z papaver somniferum… Ból uśmierza i usypia… Sen zaś leczy i koi, a nadto, jak mawiają: qui dormit non peccat, kto śpi, nie grzeszy. I nie przeszkadza… Pomóż mi, Reinmarze.

Reynevan wstał, nieostrożnie potrącił przy tym stosik ksiąg, chwycił je szybko, ocalając przed upadkiem. Poprawił księgę leżącą na wierzchu, którą przydługa tytułowa inskrypcja identyfikowała jako Bernardi Siluestri libri duo; quibus tituli Megacosmos et Microcosmos…, dalej czytać się Reynevanowi nie chciało, jego wzrok przykuł drugi inkunabuł, ten leżący pod spodem, wyrazy, z których składał się tytuł. Nagle zdał sobie sprawę, że już widział te wyrazy. A raczej ich fragmenty.

Dość gwałtownie odsunął na bok Bernarda Silvestra. i westchnął.

DOCTOR EVANGELICUS SUPER OMNES EVANGELISTAS '.'., JOANNES WICLEPH ANGLICUS DE BLASPHEMIA DE APOSTASIA DE SYMONIA DE POTESTATE PAPAE DE COMPOSITIONE HOMINIS

Anglicus, nie basilicus, pomyślał. Symonia, nie sanctimonia. Papae, nie papillae. Nadpalona karta z Powojowic. Rękopis, który Peterlin kazał spalić. To był Jan Wiklef.

– Wiklef – bezwiednie głośno powtórzył myśl. – Wiklef, który skłamie i prawdę powie. Spalony, z grobu wyrzucony…

– Słucham? – Huon von Sagar odwrócił się z dwoma słojami w rękach. – Kogóż to wyrzucili z grobu?

– Nie wyrzucili – Reynevan myślami wciąż był gdzie indziej. – Dopiero wyrzucą. Tak mówiła wieszczba. John Wycliffe, doctor euangelicus. Kłamca, bo kacerz, ale w goliardzkiej pieśni ten, który prawdę powie. Pochowany w Lutterworth, w Anglii. Jego resztki będą wykopane i spalone, popioły wrzucone do rzeki Avon popłyną do mórz. Stanie się to za trzy lata.

– Interesujące – rzekł poważnie Huon. – A inne proroctwa? Losy Europy? Świata? Chrześcijaństwa?

– Przykro mi. Tylko Wiklef.

– Kiepściuchno. Ale lepszy rydz niż nic. Wypieprzą, powiadasz, Wiklefa z mogiły? Za trzy lata? Zobaczymy, czy da się tę wiedzę jakoś wykorzystać… A ty, jeśli my już przy tym, czemu się tak Wiklefem… Ach… Przepraszam. Nie powinienem. W dzisiejszych czasach nie zadaje się takich pytań. Wiklef, Waldhausen, Hus, Hieronim, Joachim… Niebezpieczne to lektury, niebezpieczne poglądy, niejeden już przez to życie stracił…

Niejeden, pomyślał Reynevan. Faktycznie, niejeden. Ech, Peterlin, Peterlin.

– Weź naczynie. I chodźmy.

Towarzystwo za stołem podochociło sobie już tymczasem nieźle, na jedynych trzeźwych wyglądali Buko von Krossig i Szarlej. Kontynuowano obżarstwo, z kuchni przyniesiono bowiem danie drugie – kiełbasę z dzika w piwie, serwolatkę, kiszkę westfalską i dużo chleba.

Huon von Sagar namaścił siniaki i stłuczenia, Reynevan zmienił opatrunek Woldanowi z Osin. Odwinięta z bandaża spuchnięta gęba Woldana wzbudziła ogólną i hałaśliwą wesołość. Sam Woldan bardziej niż raną przejmował się hełmem z hundsguglem, którego zapomniano w lesie, a który kosztował jakoby całe cztery grzywny. Na uwagi, że hełm był zniszczony, replikował, że dałby się wyklepać.

Woldan był też jedynym, który wypił makowy eliksir. Buko, skosztowawszy, wylał dekokt na pokrytą słomą posadzkę i zbeształ Huona za „gorzkie gówno”, reszta poszła za jego przykładem. Plan zmorzenia raubritterów snem spełzł tedy na niczym.

Węgrzyna i dwójniaka nie pożałowała sobie też Formoza von Krossig, znać to było tak z pokraśniałych policzków, jak i z nieskładnej już krzynę wymowy. Gdy Reynevan i Huon wrócili, Formoza przestała słać uwodzicielskie spojrzenia w stronę Weyracha i Szarleja, zajęła się natomiast Nikolettą, która, zjadłszy nieco, siedziała z opuszczoną głową.

– Całkiem coś ona – orzekła, taksując dziewczynę wzrokiem – nie jak Bibersteinówna. Niepodobna. Kibić cienka, zadek mały, a odkąd się Bibersteinowie z Pogorzelami skoligacili, córki u nich zwykle bardziej są dupiaste. Po Pogorzelkach nosy też w spadku wzięły perkate, a ta tu ma nos prosty. Wysoka jest, prawda, jak bywają Sędkowicówny, a Sędkowice też z Bibersteinami spiknięci. Ale Sędkowicówny czarne oczy miewają, ona zaś ma bławe…

Nikoletta spuściła głowę, usta jej drżały. Reynevan zaciskał pięści i zęby.