– Panowie wynalazcy – gderał demeryt, opędzając się od much – pan Gutenberg et consortes, mogliby wreszcie wynaleźć coś praktycznego. Jakiś, dajmy na to, inny sposób komunikacji. Jakieś perpetuum mobile, coś, co porusza się samo, bez konieczności zdawania się na konie i woły, jak te tu, bez ustanku demonstrujące nam ogromne zaiste możliwości swych kiszek. Ach, zaprawdę powiadam wam, marzy mi się coś, co samo jedzie, nie zanieczyszczając zarazem środowiska naturalnego. Co? Reinmarze? Samsonie? Hę? Co ty na to, przybyły z zaświatów filozofie?
– Coś, co samo jeździ, a nie smrodzi – zastanowił się Samson Miodek. – Samo się porusza, a nie paskudzi na drogi i nie zatruwa środowiska. Ha, zaiste, niełatwy to dylemat. Doświadczenie podpowiada mi, że wynalazcy go rozwiążą, ale tylko w części.
Szarlej może i miał zamiar indagować olbrzyma o sens wypowiedzi, przeszkodził mu jednak jeździec, oberwaniec na chudej szkapie, wyrywający na oklep w stronę czoła kolumny. Szarlej opanował spłoszonego ciska, pogroził oberwańcowi pięścią, rzucił za nim serię wyzwisk. Samson stanął w strzemionach, spojrzał w tył, skąd oberwaniec przygalopował. Szybko zdobywający doświadczenie Reynevan wiedział, czego wypatruje.
– Na złodzieju czapka gore – odgadł. – Tego uciekiniera ktoś spłoszył. Ktoś jadący od strony miasta…
– …i uważnie przyglądający się wszystkim podróżnym – dokończył Samson. – Pięciu… Nie, sześciu zbrojnych. Kilku ma godło na jakach. Czarny ptak z rozpostartymi skrzydłami…
– Znam ten herb…
– Ja też! – rzekł ostro Szarlej, ściągając wodze. – W konie! Za chudą kobyłą! Jazda! Co tchu!
Blisko już czoła kolumny, w miejscu, gdzie droga wchodziła w mroczne bukowiny, skręcili w las, po jakimś czasie ukryli się w krzakach. I widzieli, jak oboma skrajami drogi, przyglądając się wszystkim, skrupulatnie zaglądając do wozów i pod płachty furgonów, przejechało sześciu konnych. Stefan Rotkirch. Dieter Haxt. Jencz von Knobelsdorf, zwany Puchaczem. Oraz Wittich, Morold i Wolfher Sterczowie.
– Taak – powiedział przeciągle Szarlej. – Tak, Reinmarze. Siebie miałeś za mądrego, a cały świat za głupi. Z przykrością informuję cię, że było to mniemanie błędne. Bo cały świat już przejrzał i ciebie, i twoje łatwe do przejrzenia zamiary. Wie, że zmierzasz do Ziębic, gdzie twa luba. Jeśli zaś właśnie zaczynasz mieć wątpliwości, jeśli zaczynasz szukać sensu jazdy do Ziębic, to nie trudź się myśleniem. Ja ci to powiem: sensu nie ma. Żadnego. Twój plan jest… Pozwól, niech poszukam odpowiedniego słowa… Hmm…
– Szarleju…
– Mam! Absurdalny.
Spór był krótki, ostry i zupełnie bezcelowy. Reynevan pozostał głuchy na logikę Szarleja, Szarlej a nie wzruszyły Reynevanowe miłosne tęsknoty. Samson Miodek wstrzymał się od głosu.
Reynevan, którego myśli zaprzątała głównie kalkulacja dni rozłąki z kochanką, nalegał, rzecz jasna, by kontynuować jazdę ku Ziębicom, bądź to śladem Sterczów, bądź też podjąwszy próbę wyprzedzenia ich, na przykład gdy staną na popas, prawdopodobnie gdzieś w pobliżu Rychbachu lub w samym mieście. Szarlej był zdecydowanie przeciw. Dany przez Sterczów pokaz ostentacji, twierdził, świadczyć może tylko o jednym.
– Oni – pouczył – mają za zadanie właśnie wypłoszyć cię w kierunku Rychbachu i Frankensteinu. A tam gdzieś czekają już Kyrielejson i de Barby. Wierz mi, chłopcze, to standardowy sposób chwytania zbiegów.
– Jakie więc masz propozycje?
– Moje propozycje – Szarlej wskazał wokół siebie szerokim gestem – limituje geografia. Tamto wielkie, zasnute chmurami, na wschodzie, to jest, jak wiesz, Ślęża. To, co się wznosi tam, to są zaś Góry Sowie, tamto duże to jest góra zwana Wielką Sową. Przy Wielkiej Sowie są dwie przełęcze, Walimska i Jugowska, tamtędy migiem moglibyśmy dostać się do Czech, na Broumovsko.
– Czechy, jak twierdziłeś, są ryzykowne.
– W tej chwili – odparł zimno Szarlej – największym ryzykiem jesteś ty. I pościg, który depcze ci po piętach. Wyznam, że najchętniej ruszyłbym teraz właśnie do Czech. Z Broumova przeskoczył na Kłodzko, z Kłodzka na Morawę i na Węgry. Ale ty, podejrzewam, nie zrezygnujesz z Ziębic.
– Słusznie podejrzewasz.
– Cóż, przyjdzie więc nam zrezygnować z bezpieczeństwa, jakie zapewniłyby przełęcze.
– Byłoby to – wtrącił niespodzianie Samson Miodek – bezpieczeństwo bardzo względne. I trudno osiągalne.
– To fakt – zgodził się spokojnie demeryt. – Nie jest to najbezpieczniejsza okolica. Cóż, zatem kierujmy się jednak na Frankenstein. Ale nie traktem, lecz podnóżem gór, skrajem borów Przesieki Śląskiej. Drogi nadłożymy, trochę powędrujemy przez bezdroża, ale cóż nam pozostaje?
– Jechać traktem – wybuchnął Reynevan. – Za Sterczami! Dopaść ich…
– Sam – uciął ostro Szarlej – nie wierzysz w to, co mówisz, chłopcze. Bo przecież nie chcesz wpaść im w łapy. Bardzo nie chcesz.
Jechali więc, początkowo przez bukowiny i dąbrowy, potem duktami, wreszcie drogą, wijącą się wśród pagórków. Szarlej i Samson gawędzili cicho. Reynevan milczał i rozpamiętywał ostatnie słowa demeryta.
Szarlej po raz kolejny dowiódł, że umie jeśli nie czytać w myślach, to bezbłędnie zgadywać na podstawie przesłanek. Widok Sterczów obudził, co prawda, w Reynevanie zrazu wściekłość i dziką żądzę zemsty, gotów był niemal natychmiast ruszyć tropem, doczekać nocy, zakraść się i podrzynać gardła uśpionym. Powstrzymywał go jednak nie tylko rozsądek, ale i paraliżujący strach. Kilka razy już budził się, zlany zimnym potem, ze snu, w którym pojmano go i wleczono do katowni w lochach Sterzendorfu, względem zaś zgromadzonych tam narzędzi sen był przerażająco dokładny. Gdy Reynevan przypominał sobie te narzędzia, robiło mu się na przemian zimno i gorąco. Teraz też ciarki pełzały mu po plecach, a serce stawało, ilekroć na skraju drogi wyrastały ciemne sylwetki, które dopiero po uważniejszym spojrzeniu okazywały się nie Sterczami, lecz jałowcami.
Sprawę pogorszyło jeszcze, gdy Szarlej i Samson zmienili temat rozmowy i jęli się rozważań z zakresu historii literatury.
– Gdy trubadur Gwilelm de Cabestaing – prawił Szarlej, wymownie zerkając na Reynevana – uwiódł żonę pana de Chateau-Roussillon, ów kazał zakatrupić poetę, wypatroszył go, serce kazał kucharzowi usmażyć i dał niewiernej małżonce do zjedzenia. Ta zaś rzuciła się z wieży.
– Tak przynajmniej mówi legenda – odpowiadał Samson Miodek z erudycją, która w zestawieniu z jego kretyńską gębą wprawiała w osłupienie. – Panom trubadurom nie zawsze można dawać wiarę, ich strofy o miłosnych sukcesach u zamężnych dam częściej oddają chęci i marzenia, rzadziej zdarzenia rzeczywiste. Przykładem choćby Marcabru, którego, pomimo nachalnych sugestii, zdecydowanie nic nie łączyło z Eleonorą Akwitańską. Wyolbrzymione są też, moim zdaniem, romanse Bernarta de Ventadorn z panią Alaiz de Montpellier i Raula de Coucy z panią Gabrielą de Fayel. Wątpliwości budzi też Tybald z Szampanii, gdy przechwala się względami Blanki Kastylijskiej. A także Arnold de Mareil, według własnych słów kochanek Adalazji z Beziers, faworyty króla Aragonii.
– Tu może być – godził się Szarlej – że trubadur konfabulował, bo skończyło się na przepędzeniu z dworu, byłoby w poezji ziarno prawdy, rzecz mogłaby mieć smutniejszy finał. Albo gdyby król był bardziej krewki. Jak choćby pan de Saint-Gilles. Ten za dwuznaczną kanconę do swej żony kazał trubadurowi Piotrowi de Vidal uciąć język.
– Według legendy.
– A trubadur Giraut de Corbeilh, zrzucony z murów Carcassonne, to też legenda? A Gaucelm de Pons, otruty za przyczyną jakiejś pięknej mężatki? Mów co chcesz, Samsonie, ale daleko nie każdy rogacz był takim błaznem jak markiz Montferrat, który znalazłszy w ogrodzie swą żonę, śpiącą w objęciach trubadura Raimbauta de Vaqueyras, nakrył oboje płaszczem, by nie przemarzli.