– Jest tylko jeden szkopuł.
– Jaki?
– Nie chcę wojować.
Rycerz odwrócił się w kulbace, długo mu się przyglądał.
– A to – spytał z przekąsem – niby dlaczego? Reynevan nie zdążył odpowiedzieć. Rozległ się jadowity świst i syk, a zaraz potem donośny trzask. Hackeborn zachłysnął się, sięgnął rękami do gardła, w którym, przebiwszy blachę gorgetu, tkwił bełt z kuszy. Rycerz obficie opluł się krwią, powoli przechylił do tyłu i spadł z konia. Reynevan widział jego oczy, szeroko otwarte, pełne bezbrzeżnego zdumienia.
Potem zaczęło się dziać dużo i szybko.
– Napaaad! – wrzasnął armiger, wyszarpując miecz z pochwy. – Do broooni!
Z krzaków przed nimi huknęło straszliwie, błysnął ogień, zakłębił się dym. Koń pod jednym z pachołków padł jak rażony gromem, przygniatając jeźdźca. Pozostałe konie postawały dęba, spłoszone wystrzałem, stanął dęba także koń Reynevana. Związany Reynevan nie zdołał utrzymać równowagi, spadł, boleśnie uderzając biodrem o grunt.
Z chaszczy wypadli konni. Reynevan, choć skulony na piasku, poznał ich od razu.
– Bij, zabij! – ryczał, wywijając mieczem, Kunz Aulock. Znany jako Kyrielejson.
Ziębiccy strzelcy dali salwę z kusz, ale wszyscy trzej bezbożnie chybili. Chcieli uciekać, ale nie zdążyli, padli pod ciosami mieczy. Armiger mężnie ścinał się z Kyrielejsonem, konie chrapały i tańczyły, klingi dzwoniły. Starciu koniec położył Stork z Gorgowic, wbijając armigerowi burderz w plecy. Armiger wyprężył się, a wtedy Kyrielejson dobił go pchnięciem w gardło.
Głęboko w lesie, w gęstwinie, alarmująco krzyczała wystraszona sroka. Śmierdziało prochem.
– Proszę, proszę – powiedział Kyrielejson, trącając leżącego Reynevana czubkiem buta. – Pan Bielawa. Dawnośmy się nie widzieli. Nie cieszysz się?
Reynevan nie cieszył się.
– Naczekaliśmy się tu na ciebie – poskarżył się Aulock – w słocie, chłodzie i niewygodzie. No, ale finis coronat opus. Mamy cię, Bielawa. I to gotowego, że tak powiem, do użycia, już stroczonego jak pakunek. Oj, nie jest, nie jest to twój dzień.
– Daj, Kunz, kopnę go w zęby – zaproponował jeden z bandy. – On mnie oka wonczas mało nie wybił, w tamtej karczmie pod Brzegiem. To ja mu tera zębce wykopnę.
– Zostaw, Sybek – warknął Kyrielejson. – Trzymaj nerwy na wodzy. Idź lepiej i sprawdź, co ów rycerz miał w jukach i kiesce. A ty, Bielawa, czemu tak gały na mnie wytrzeszczasz?
– Zabiłeś mi brata, Aulock.
– Hę?
– Brata mi zabiłeś. W Balbinowie. Będziesz za to wisiał.
– Bredzisz – rzekł zimno Kyrielejson. – Musiałeś z tego konia na głowę spaść.
– Zabiłeś mi brata!
– Powtarzasz się w bredniach.
– Łżesz!
Aulock stanął nad nim, z wyrazu jego twarzy dało się odczytać, iż rozważa dylemat – kopnąć, azali nie kopnąć. Nie kopnął, w sposób oczywisty z lekceważenia. Odszedł kilka kroków, stanął nad koniem zabitym wystrzałem.
– Niech mnie diabli schwycą – powiedział, kiwając głową. – Oręż prawie groźny i morderczy, ta twoja handkanona, Stork. Podziwuj się sam, jaką dziurę w kobyle zrobiło. Kułak się zmieści! Iście, broń to przyszłości. Nowoczesność!
– Do dupy z taką nowoczesnością – odrzekł kwaśno Stork z Gorgowic. – Nie w konia, jeno w jeźdźca mierzył żem z tej cholernej rury. I nie w tego jeźdźca, ale w tamtego.
– Nic to. Nieważne, gdzie mierzony, grunt, że trafiony. Hej, Walter, co tam czynisz?
– Dorzynam tych, co jeszcze dychają! – odkrzyknął Walter de Barby. – Świadków nam nie trza, nie?
– Pospiesz się! Stork, Sybek, ruk-cuk, wsadźcie Bielawę na konia: Na tego rycerskiego kastelana. A przywiążcie krzepko, bo to zbytnik. Pamiętacie?
Stork i Sybek pamiętali, oj, pamiętali, bo wsadzenie Reynevana na siodło poprzedzili serią kuksańców i niewybrednych wyzwisk. Skrępowane ręce przywiązano mu do łęku siodła, a łydki do puślisk. Walter de Barby skończył dorzynanie, trupy ziębiczan zawleczono w krzaki, konie przegnano, na komendę Kyrielejsona cała czwórka – plus Reynevan – ruszyła z kopyta. Jechali ostro, ewidentnie pragnąc jak najszybciej oddalić się od miejsca napadu i odsądzić od możliwej pogoni. Reynevan podrygiwał w siodle. Żebra kłuły przy każdym oddechu, bolały jak diabli. Nie może tak dalej być, pomyślał niedorzecznie, nie może tak być, by mnie co i rusz bito.
Kyrielejson poganiał kamratów krzykiem, jechali galopem. Cały czas gościńcem. Najwyraźniej przedkładali tempo nad możliwość ukrycia się, gęsty las nie pozwoliłby nawet na kłus, o galopie nie wspominając.
Wpadli na rozstaje. Wprost w zasadzkę.
Ze wszystkich dróg, także z tyłu, runęli na nich ukryci dotąd w zaroślach konni. Było ich łącznie ze dwudziestu, z czego połowa pancernych w pełnych białych zbrojach. Kyrielejson i jego kompania nie mieli żadnych szans, ale i tak, trzeba przyznać, stawili zaciekły opór. Aulock zwalił się z konia jako pierwszy, z głową strasznie rozrąbaną toporem. Runął pod końskie kopyta Walter de Barby, na wylot przebity mieczem przez wielkiego rycerza z polskim Ogończykiem na tarczy. Wziął po łbie buzdyganem Stork. Sybka z Kobylejgłowy zsiekano i skłuto tak, że krew sowicie obryzgała skulonego w siodle Reynevana.
– Wolnyś, kamracie.
Reynevan zamrugał oczami. W głowie mu wirowało. Wszystko stało się zbyt szybko jak na jego gust.
– Dzięki, Bolko… Przepraszam… Wasza książęca mość…
– Dobra, dobra – przerwał Bolko Wołoszek, dziedzic Opola i Prudnika, pan na Głogówku, przecinając kordelasem jego więzy. – Nie mościuj mi. W Pradze tobie było Reynevan, a mnie Bolko. Przy piwie i w bitce. I wtedy, kiedyśmy dla oszczędności brali we dwu jedną kurwę w bordelu na Celetnej, na Starym Mieście. Zapomniałeś?
– Nie zapomniałem.
– Ja też nie. Jak widzisz. Nie zostawia się scholara kamrata w biedzie. A Jan Ziębicki w rzyć mnie może pocałować. Zresztą stwierdzam z zadowoleniem, że to wcale nie ziębickich porąbaliśmy. Choć przypadkiem, ale uniknęliśmy dyplomatycznego incydentu, bośmy, wyznaję, na drodze do Stolza czatując, ziębickiej się raczej spodziewali eskorty. A tu masz, niespodzianka. Cóż to za jedni, panie podstarosto? Poznaj, Reynevan, to mój podstarosta, pan Krzych z Kościelca. Cóż tedy, panie Krzychu? Rozpoznano którego? Żyje który może?
– To Kunz Aulock i jego kompania – uprzedził Reynevana olbrzym z Ogończykiem na tarczy. – Dycha zaś jeszcze ino jeden. Stork z Gorgowic.
– Oho! – zmarszczył brew i zaciął usta pan na Głogówku. – Stork. I żywy? Dawać go tu.
Wołoszek ruszył konia, z wysokości siodła przyjrzał się zabitym.
– Sybek z Kobylejgłowy – rozpoznał. – Kilka razy uciekł już katu, ale, jak to mówią, nosił wilk razy kilka. A tu Kunz Aulock, cholera, z takiej porządnej rodziny. Walter de Barby, cóż, jakie życie, taka śmierć. A kogóż tu mamy? Pan Stork?
– Litości – zabełkotał Stork z Gorgowic, krzywiąc zalaną krwią twarz. – Pardonu… Pomiłuj, panie…
– Nie, panie Stork – odparł zimno Bolko Wołoszek. – Opole to niebawem moja będzie dziedzina, moje księstwo. Gwałt na opolskiej mieszczce to zatem w moich oczach bardzo ciężka zbrodnia. Zbyt ciężka na szybką śmierć. Szkoda, że tak mało mam czasu.
Młody książę stanął w strzemionach, rozejrzał się.
– Związać łotra – rozkazał. – I utopić.
– Gdzie? – zdziwił się Ogończyk. – Toć nie masz tu nijakiej wody.
– Tam w rowie – wskazał Wołoszek – jest kałuża. Fakt, niewielka, ale głowa zmieści się akuratnie.