Głogóweccy i opolscy rycerze zawlekli ryczącego i szamoczącego się w więzach Storka do rowu, obrócili i trzymając za nogi, wepchnęli głową do kałuży. Ryk zmienił się we wściekłe bulgotanie. Reynevan odwrócił twarz.
Trwało to bardzo, bardzo długo.
Wrócił Krzych z Kościelca w towarzystwie drugiego rycerza, również Polaka, herbu Nieczuja.
– Całą wodę z kałuży wychlał, niecnota – powiedział wesoło Ogończyk. – Dopiero mułem się zadławił.
– Czas by nam stąd znikać, wasza książęca mość – dodał Nieczuja.
– Racja – zgodził się Bolko Wołoszek. – Racja, panie Śląski. Posłuchaj, Reynevan. Ze mną jechać nie możesz, nie zdołam cię ukryć u siebie w Głogówku ani w Opolu, ani w Niemodlinie. Ani ojciec, ani stryj Bernard nie będą chcieli zwady z Ziębicami, wydadzą cię Janowi, gdy się upomni. A upomni się.
– Wiem.
– Wiem, że wiesz – młody Piast zmrużył oczy. – Ale nie wiem, czy rozumiesz. Dlatego wejdę w szczegóły. Obojętne, który kierunek wybierzesz, omijaj Ziębice. Omijaj Ziębice, kamracie, radzę ci to po starej amicycji. Omijaj to miasto i księstwo z daleka. Wierz mi, nie masz tam czego szukać. Może miałeś, ale już nie masz. Czy to dla cię jasne? Reynevan kiwnął głową. Było to dla niego jasne, ale przyznanie za nic nie chciało mu przejść przez gardło.
– Tedy – książę szarpnął wodze, obrócił konia – każdy w swoją drogę. Radź sobie sam.
– Jeszcze raz dzięki. Jestem twoim dłużnikiem, Bolko.
– Nie ma o czym gadać – machnął ręką Wołoszek. – Rzekłem, po starej uczelnianej drużbie. Ech, to były czasy, w Pradze… Bywaj, Reinmar. Bene vale.
– Bene vale, Bolko.
Wkrótce ścichły na trakcie kopyta koni opolskiego orszaku, znikł wśród brzeziny wiozący Reynevana skarogniady kastelan, do niedawna własność Henryka Hackeborna, rycerza z Turyngii, przybyłego na Śląsk po własną śmierć. Na rozstaju uspokoiło się, ucichły wrzaski srok i sójek, wznowiły śpiew wilgi.
Nie minęła godzina, gdy pierwszy lis zaczął obgryzać twarz Kunza Aulocka.
Wydarzenia na wiodącym do Stolza gościńcu stały się – na kilka dni przynajmniej – sensacją, ewenementem towarzyskim, modnym tematem rozmów i plotek. Książę ziębicki Jan przez kilka dni chodził zachmurzony, wścibscy dworacy rozpowiedzieli, że dąsa się na siostrę, księżną Eufemię, irracjonalnie przypisując jej winę za wszystko. Rozniosło się też, że boleśnie po uszach oberwała służka pani Adeli de Sterczą. Fama głosiła, że za wesołość, za szczebiotanie i za śmiech – w chwili, gdy pani całkiem nie było do śmiechu.
Hackebornowie z Przewozu zapowiedzieli, że morderców młodego Henryka dostaną choćby spod ziemi. Piękna i pełna temperamentu Jutta de Apolda śmiercią zalotnika nie przejęła się, jak mówiono, wcale.
Młodzi rycerze zorganizowali pościg za zbrodniarzami, cwałując od zamku do zamku wśród grania rogów i grzmotu kopyt. Pościg bardziej przypominał piknik i rezultaty też przyniósł piknikowe. Niektóre, jak ciąże i słanie swatów – z dużym opóźnieniem.
Ziębice odwiedziła Inkwizycja, lecz tego, z czym przybyła, nie dowiedzieli się zza dominikańskich murów najbardziej nawet wścibscy i żądni sensacji plotkarze. Inne wieści i plotki rozchodziły się szybko.
We Wrocławiu, u świętego Jana Chrzciciela, kanonik Otto Beess modlił się żarliwie przed głównym ołtarzem, dziękował Bogu, opuściwszy czoło na złożone dłonie.
W Księginicach, wsi pod Lubinem, staruteńka, zupełnie zgrzybiała matka Waltera de Barby myślała o nadchodzącej zimie i o głodzie, który teraz, gdy została bez opieki i pomocy, niezawodnie zabije ją na przednówku.
W Niemczy, w karczmie „Pod Dzwonkiem”, było przez jakiś czas bardzo głośno – Wolfher, Morold i Wittich Sterczowie, a z nimi Dieter Haxt, Stefan Rotkirch i Jencz von Knobelsdorf, zwany Puchaczem, wrzeszczeli, klęli i odgrażali się, wypijając kwaterkę za kwaterką i garniec za garncem. Donosząca napitek służba kurczyła się ze zgrozy, słysząc opisy mąk, jakie biesiadnicy zamierzają w najbliższej przyszłości zadać niejakiemu Reynevanowi de Bielau. Nad ranem nastroje poprawiła nadspodziewanie trzeźwa uwaga Morolda. Nie ma tego złego, stwierdził Morold, co by na dobre nie wyszło. Skoro Kunza Aulocka diabli wzięli, tysiąc złotych reńskich Tammona Sterczy zostanie w kieszeni. Znaczy, w Sterzendorfie.
Po czterech dniach wieść doszła i do Sterzendorfu.
Mała Ofka Baruth była bardzo, ale to bardzo niezadowolona. I bardzo zła na ochmistrzynię. Ofka nigdy nie darzyła ochmistrzyni sympatią, nazbyt często jej matka wyręczała się ochmistrzynią przy zmuszaniu Ofki do czynności przez Ofkę nielubianych – zwłaszcza jedzenia kaszy i mycia. Dziś jednak ochmistrzyni podpadła Ofce strasznie – przemocą oderwała ją od zabawy. Zabawa polegała na rzucaniu płaskiego kamienia na świeże krowie kupy i dzięki swej radosnej prostocie była ostatnio w modzie wśród rówieśników Ofki, głównie potomstwa straży grodowej i czeladzi.
Oderwana od igraszek dziewczynka marudziła, dąsała się i starała, jak mogła, utrudnić ochmistrzyni zadanie. Stawiała na złość małe kroczki, przez co ochmistrzyni musiała ją niemal wlec. Złym fukaniem reagowała na upomnienia i na wszystko, co ochmistrzyni mówiła. Bo guzik ją to obchodziło. Miała dość przekładania mów dziadka Tammona, bo u dziadka w komnacie śmierdziało, dziadek zresztą też śmierdział. Guzik ją obchodziło, że właśnie przyjechał do Sterzendorfu wuj Apecz, że wuj Apecz przywiózł dziadkowi niesłychanie ważne wiadomości, że właśnie przekazuje je, a gdy skończy, dziadek Tammo będzie miał, jak zwykle, dużo do powiedzenia, a przecie oprócz niej, urodzonej panienki Ofki, nikt nie rozumie tego, co dziadek Tammo gada.
Urodzona panienka Ofka miała to wszystko gdzieś. Miała tylko jedno pragnienie – wrócić pod wał grodowy i rzucać płaski kamień na krowie kupy.
Już na schodach usłyszała dźwięki dobiegające z komnaty dziadka. Wieści przekazane przez wuja Apecza musiały być zaiste przerażające i wielce niemiłe, Ofka bowiem jeszcze nigdy nie słyszała, by dziadek tak ryczał. Nigdy. Nawet wtedy, gdy dowiedział się, że najlepszy ogier stadniny struł się czymś i zdechł.
– Wuaahha-wuaha-buhhauahhu-uuuaaha! – dobiegało z komnaty. – Hrrrrhyr-hhhyh… Uaarr-raaah! O-o-oooo…
Potem zaś rozległo się:
– Bzppprrrr… Ppppprrrruuu… I zapadła głucha cisza.
A potem z komnaty wyszedł wuj Apecz. Długo patrzył na Ofkę. Jeszcze dłużej zaś na ochmistrzynię.
– Proszę naszykować jadła w kuchni – powiedział wreszcie. – Wywietrzyć w komnacie. I wezwać księdza. W takiej właśnie kolejności. Dalsze dyspozycje wydam, gdy zjem.
– Wiele – dodał, widząc odgadujące prawdę spojrzenie ochmistrzyni. – Wiele się teraz tutaj zmieni.
Rozdział dwudziesty pierwszy
w którym znowu zjawiają się czerwony goliard i czarny wóz, a na wozie pięćset z górą grzywien. A wszystko skutkiem tego, że Reynevan znowu leci za spódniczką.
Około południa drogę zatarasował mu wiatrołom – ogromna, sięgająca dalekiej ściany boru połać połamanych, lezących pokotem pni. Zapora strzaskanych tramów, bezład splątanych konarów, chaos powykręcanych jakby w męce, wydartych z ziemi korzeni i labirynt wykrotów były iście obrazem jego duszy. Alegoryczny krajobraz nie tylko zatrzymał go, lecz zmusił do myślenia.
Po rozstaniu z księciem Bolkiem Wołoszkiem Reynevan apatycznie jechał na południe, tam, dokąd wiatr gnał zwały ciemnych chmur. Właściwie nie wiedział, czemu właśnie taki kierunek wybrał. Czy dlatego, że wskazał go na odjezdnym Wołoszek? Czy instynktownie wybrał szlak oddalający go od miejsc i spraw budzących w nim lęk i odrazę? Od Sterczów, Strzegomia i pana von Laasan, Hayna von Czirne, świdnickiej Inkwizycji, zamczyska Stolz, Ziębic, księcia Jana…