Выбрать главу

– Tym razem zgodzę się z tobą w całej rozciągłości.

Na rozstaju, wśród jasnej brzeziny, stał kamienny krzyż pokutny, jedna z licznych na Śląsku pamiątek zbrodni i skruchy.

Na wprost jaśniał piaszczysty gościniec, w pozostałych kierunkach wiodły mroczne leśne dukty. Wiatr szarpał korony drzew, miotał suchymi liśćmi. Deszcz – na razie tylko drobny – zacinał w twarze.

– Na wszystko – rzekł Reynevan do Tybalda Raabe – jest czas. Tak mówi Eklezjastes. Przyszedł zatem czas się pożegnać. Zawracam ku Ziębicom. Nic nie mów.

Kolektor przyglądał się im. Podobnie Bracia Mniejsi, pątnicy, żołnierze, Hartwig Stietencron i jego córka.

– Nie mogę – podjął Reynevan – zostawić przyjaciół, którzy mogą być w biedzie. Nie godzi się to. Przyjaźń to rzecz wielka i piękna.

– A czy ja co mówię?

– Jadę.

– Jedźcie – kiwnął głową goliard. – Gdyby jednak przyszło wam zmienić plany, paniczu, gdybyście jednak woleli Bardo i drogę do Czech… Dogonicie nas łatwo. Będziemy jechać wolno. A podle Ściborowej Poręby mamy w planie dłużej popasać. Ściborowa Poręba, zapamiętacie?

– Zapamiętam.

Pożegnanie było krótkie. Wręcz zdawkowe. Ot, zwykłe życzenia szczęścia i boskich auxiliów. Reynevan obrócił konia. W pamięci miał spojrzenie, którym rozstała się z nim córka Stietencrona. Spojrzenie cielęce, maślane, spojrzenie wodnistych i pełnych tęsknoty oczu spod wyskubanych brwi.

Takie brzydactwo, pomyślał w galopie pod wiatr i deszcz. Taka szpeciula, taki wypłosz. Ale wdałego mężczyznę zauważy od razu i umie się poznać.

Koń przecwałował ze staje, nim Reynevan rzecz przemyślał i pojął, jaki jest głupi.

Gdy wpakował się na nich w okolicy wielkiego dębu, nawet się bardzo nie zdumiał.

– Ho! Ho! – krzyknął Szarlej, wstrzymując tańczącego konia. – Wszelki duch! Toż to nasz Reynevan!

Zeskoczyli z siodeł, za moment Reynevan zastękał w serdecznym, acz grożącym pogruchotaniem żeber uścisku Samsona Miodka.

– Proszę, proszę, proszę – mówił zmienionym nieco głosem Szarlej. – Uciekł ziębickim siepaczom, uciekł panu Bibersteinowi z zamku Stolz. Moje uznanie. Spójrz jeno, Samsonie, cóż za zdolny młodzieniec. Jest ze mną dwie niedziele zaledwie, a ile się już nauczył! Sprytny się zrobił, mać jego, jak dominikanin!

– Jedzie ku Ziębicom – zauważył Samson, pozornie chłodno, ale w jego głosie też brzmiało wzruszenie. – A to świadczy wybitnie na niekorzyść sprytu. I rozumu. Jak to jest, Reinmarze?

– Sprawę ziębicką – rzekł Reynevan, zaciskając zęby – uważam za zakończoną. I niebyłą. Nic mnie już nie łączy z… z Ziębicami. Nic mnie już nie łączy z przeszłością. Ale bałem się, że was tam schwytali.

– Oni? Nas? Wolne żarty!

– Rad jestem was widzieć. Naprawdę się cieszę.

– Uśmiejesz się. My też.

Deszcz przybrał na sile, wiatr targał konarami drzew.

– Szarleju – rzekł Samson. – Myślę, że nie ma co jechać dalej tropem… To, cośmy zamierzyli, nie ma już ni celu, ni sensu. Reinmar jest wolny, nic go nie łączy, dajmy tedy koniom ostrogi i hajda, ku Opawie, ku węgierskiej granicy. Zostawmy, sugeruję, za plecami Śląsk i wszystko, co śląskie. W tym i nasze desperackie plany.

– Jakie plany? – zaciekawił się Reynevan.

– Nieważne. Szarleju? Co powiesz? Ja radzę zamiary porzucić. Zerwać umowę.

– Nie rozumiem, o czym mówicie.

– Później, Reinmarze. Szarleju? Demeryt chrząknął głośno.

– Zerwać umowę? – powtórzył za Samsonem.

– Zerwać.

Szarlej, widać to było, bił się z myślami.

– Noc zapada – rzekł wreszcie. – A noc przynosi radę. La notte, jak mawiają w Italii, porta la consiglia. Warunkiem jest, dodam już od siebie, aby była to noc przespana w miejscu suchym, ciepłym i bezpiecznym. Na koń, chłopcy. I za mną.

– Dokąd?

– Zobaczycie.

Było już zupełnie niemal ciemno, gdy zamajaczyły przed nimi płoty i budynki. Rozszczekały się psy.

– Co to jest? – spytał Samson z niepokojem w głosie. – Czy aby…

– To jest Dębowiec – przerwał Szarlej. – Grangia należąca do klasztoru cystersów w Kamieńcu. Gdy siedziałem u demerytów, kazali mi tu, bywało, pracować. W ramach kary, jak słusznie podejrzewacie. Stąd wiem, że to miejsce suche i ciepłe, jakby stworzone do tego, by się dobrze wyspać. A rano da się i coś do żarcia zorganizować.

– Rozumiem – rzekł Samson – że cystersi cię znają. Że poprosimy o gościnę…

– Tak dobrze nie ma – uciął znowu demeryt. – Pętajcie konie. Zostawimy je tu, w lesie. A sami za mną. Na paluszkach.

Cysterskie psy uspokoiły się, szczekały już ciszej i od niechcenia, gdy Szarlej zręcznie wyłamywał deskę w ścianie stodoły. Po chwili byli już w ciemnym, suchym, ciepłym wnętrzu, miło pachnącym słomą i sianem. Po chwili, wlazłszy po drabinie na strop, już się w siano zagrzebywali.

– Śpijmy – zamruczał Szarlej, szeleszcząc. – Szkoda, że na głodno, ale z jedzeniem proponuję wstrzymać się do rana, wtedy z pewnością da się ukraść jakiejś spyży, choćby jabłek. Ale jeśli mus, mogę pójść zaraz. Jeśli ktoś do rana nie strzyma. Co, Reinmarze? Ciebie głównie miałem na myśli jako osobę mającą trudności z opanowywaniem prymitywnych popędów… Reinmarze?

Reynevan spał.

Rozdział dwudziesty drugi

w którym okazuje sią, że nasi bohaterowie bardzo pechowo wybrali miejsce na nocleg. Potwierdza się też – choć rzecz ujawni się dużo później – znana prawda, że w historycznych czasach najdrobniejsze nawet zdarzenie może okazać się brzemienne w historyczne skutki.

Reynevan, mimo zmęczenia, spał źle i niespokojnie. Przed zaśnięciem ciskał się w kłującym, pełnym ostów sianie i wiercił między Szarlejem a Samsonem, zarabiając na kilka przekleństw i kuksańców. Potem jęczał przez sen, widząc krew płynącą z ust przeszywanego mieczami Peterlina. Wzdychał, widząc nagą Adelę de Sterczą, siedzącą okrakiem na księciu Janie Ziębickim, pojękiwał, widząc, jak książę bawi się jej tańczącymi rytmicznie piersiami, głaszcząc je i ściskając. Potem, ku jego zgrozie i rozpaczy, miejsce zwolnione przez Adelę zajęła na księciu Nikoletta Jasnowłosa, czyli Katarzyna Biberstein, ujeżdżając niezmordowanego Piasta z nie mniejszymi niż Adela energią i entuzjazmem. I z nie mniejszą w finale satysfakcją.

Potem były półgołe dziewczyny z rozwianym włosem, lecące na miotłach przez podświetlone łunami niebo, wśród stad kraczących wron. Był pełznący po ścianie pomurnik, bezgłośnie rozwierający dziób. Był oddział cwałujących wśród pól zakapturzonych rycerzy, krzyczących niezrozumiale. Była turris fulgurata, trafiona piorunem, rozsypująca się wieża, był spadający z niej człowiek. Był człowiek biegnący po śniegu, palący się, cały w płomieniach. Potem była bitwa, huk dział, palba samostrzałów, łomot kopyt, rżenie koni, szczęk oręża, krzyki…

Obudził go łomot kopyt, rżenie koni, szczęk oręża, krzyki. Samson Miodek w samą porę zakrył mu usta dłonią.

Podwórzec grangii roił się od pieszych i konnych.

– Aleśmy wpadli – mruknął Szarlej, obserwujący majdan przez szparę między belkami. – Zaprawdę, jak jeż w gówno.

– Czy to pościg? Z Ziębic? Za mną?

– Gorzej. To jakiś, cholera, zjazd. Cały tłum ludzi. Widzę wielmożów. I rycerzy. Psiakrew, akurat tutaj? Na tym odludziu?

– Zwiewajmy póki czas.

– Niestety – Samson wskazał głową w stronę owczarni – czas minął. Zbrojni gęsto otoczyli cały teren. Wygląda, że po to, by nikogo tu nie dopuścić. Ale wątpię, by zechcieli kogoś wypuścić. Zbyt późno się zbudziliśmy. Aż dziw, że nie wyrwał nas ze snu aromat, mięso pieką od świtu…