– Uciekamy stąd – mruknął Samson Miodek.
– Pospaliśmy się?
– I to solidnie.
– Koniec zjazdu?
– Przynajmniej chwilowo. Mów szeptem, za stodołą jest posterunek.
– Gdzie Szarlej?
– Już przeniknął się do koni. Teraz idę ja. A potem ty. Policz do stu i wychodź. Przez podwórzec. Weź snopek słomy, idź wolno, ze schyloną głową, niby pachołek do koni. A za węgłem skrajnej chaty w prawo i w las. Pojąłeś?
– No pewnie.
I wszystko poszłoby gładko, gdyby nie fakt, że mijając skrajną chatę, Reynevan usłyszał swoje nazwisko.
Po majdanie kręciło się trochę żołdactwa, paliły się ogniska i maźnice, ale mrok podsienia dawał ukrycie na tyle dobre, by Reynevan bez strachu wlazł na ławę, stanął na palcach i przez błony w oknie zajrzał do izby. Błony były mocno brudne, a wnętrze oświetlone skąpo. Dało się jednak rozpoznać, że rozmawiały trzy osoby. Jedną był Konrad, biskup Wrocławia. Każdą wątpliwość w tym względzie rozwiewał głos, młodzieńczo dźwięczny i wyraźny.
– Powtarzam, wielce jesteśmy wam, panie, wdzięczni za informacje. Nam samym niełatwo byłoby je zdobyć. Kupców gubi chciwość, a w handlu trudno o konspirację, tajemnicy nie utrzymasz, zbyt wiele ogniw i pośredników. Prędzej czy później przyjdzie doniesienie na takiego, co z husytami się kuma i handluje z nimi. Ale z panami szlachtą i z mieszczanami dużo trudniej, oni umieją trzymać język za zębami, muszą się wystrzegać Inkwizycji, wiedzą, co spotyka kacerzy i husyckich popleczników. I prawda to, powtarzam raz jeszcze, że bez pomocy z Pragi nigdy byśmy nie wpadli na trop takiego Albrechta Barta czy Piotra de Bielau.
Siedzący plecami do okna mężczyzna przemówił z akcentem, którego Reynevan pomylić nie mógł. Był to Czech.
– Piotr z Bielawy – odpowiedział biskupowi – umiał strzec tajemnicy. Nawet u nas, w Pradze, mało kto o nim wiedział. Ale wiecie, jak to jest: wśród wrogów człek się strzeże, wśród przyjaciół rozwiązują się języki. Jeśli już przy tym jesteśmy, to tuszę, że tu, wśród przyjaciół, nie wypsnęło się wam, biskupie, jakie niebaczne słóweczko na temat mojej osoby?
– Obrażacie mnie takim przypuszczeniem – rzekł dumnie Konrad. – Nie jestem dzieckiem. Nadto, zjazd nie bez kozery odbywa się tutaj, w Dębowcu, w głuszy. To miejsce pewne i sekretne. A zjechali się ludzie pewni. Przyjaciele i sprzymierzeńcy. Zresztą żaden z nich, pozwolę sobie zauważyć, was nawet nie widział.
– I chwali się taka przezorność. Bo są, możecie mi wierzyć, husyckie uszy na świdnickim zamku, u pana von Kolditza, są i u pana Puty w Kłodzku. Względem zaś goszczących tu morawskich panów, to też radziłbym szczególną ostrożność. Nie obrażając, lubią oni zmieniać stronnictwa. Pan Jan z Kravarz wielu ma wśród husytów krewniaków i powinowatych…
Przemówił trzeci z rozmawiających. Siedział najbliżej kaganka, Reynevan widział długie czarne włosy i ptasią twarz budzącą skojarzenia z wielkim pomurnikiem.
– Jesteśmy ostrożni – powiedział Pomurnik. – I czujni. A zdradę zdołamy ukarać, możecie mi wierzyć.
– A wierzę, wierzę – parsknął Czech. – Jak nie wierzyć? Po tym, co spotkało Piotra z Bielawy, pana Barta? Kupców Pfefferkorna, Neumarkta i Throsta? Demon, anioł zemsty, sroży się po Śląsku, z jasnego nieba uderza. W samo południe. Iście, daemone meridiano… Strach padł na ludzi…
– I bardzo dobrze – wtrącił spokojnie biskup – że padł. Miał paść.
– A efekty – pokiwał głową Czech – gołym okiem widać. Pusto się zrobiło na karkonoskich przełęczach, dziwnie mało kupców ku Czechom zmierza. Nasi szpiedzy nie idą już z misjami na Śląsk tak chętnie jak niegdyś, krzykliwi do niedawna emisariusze z Hradca i Taboru też coś przycichli. Ludzie gadają, sprawa w plotkę obrasta, rośnie jak śniegowa kula. Piotra de Bielau okrutnie pono skłuto. Pfefferkorna nie ocaliło, mówią, święte miejsce, w kościele go śmierć dosięgła. Hanusz Throst nocą umykał, ale anioł pomsty, okazało się, nie tylko w południe, ale i w ciemnościach nocy widzi i zabija. A że to ja wam ich nazwiska podałem, księże biskupie, tedy cóż, wychodzi, mam ich na sumieniu.
– Chcecie, wyspowiadam was. Choćby zaraz. Bez opłaty.
– Pięknie dziękuję – Czech nie mógł nie dosłyszeć drwiny, ale się nią nie przejął. – Pięknie dziękuję, ale jestem, jak wiecie, kalikstynem i utrakwistą, nie uznaję spowiedzi usznej.
– Wasza rzecz i wasza strata – skomentował chłodno i nieco lekceważąco biskup Konrad. – Oferowałem wam nie ceremoniał, lecz spokój duszy, a ten nie zależy wszak od doktryny. Ale wasza wola odmówić. Tyle że z sumieniem radźcie sobie wówczas sami. Ja wam zaś tylko rzeknę, że owi nieboszczycy, Bart, Throst, Pfefferkorn, Bielau… zawinili. Zgrzeszyli. A pisze Paweł do Rzymian: Zapłatą za grzech jest śmierć.
– Tamże – odezwał się Pomurnik – napisano o grzesznikach: Niech stół ich stanie się sidłem, pułapką, kamieniem potknięcia i odpłatą.
– Amen – dopowiedział Czech. – Ech, żal, żal prawdziwy, że ów anioł czy demon jeno nad Śląskiem czuwa. Nie brak grzeszników i u nas, w Czechach… Niektórzy z nas tam, w Złotej Pradze, rano i wieczór zanoszą błaganie, aby pewnych grzeszników szlag trafił, by piorun ich spalił… Czy jaki demon dopadł. Chcecie, a dam wam listę. Imienną.
– Jaką listę? – spytał spokojnie Pomurnik. – O co wam chodzi? Coś sugerujecie? Ludzie, o których mówimy, winni byli i zasłużyli na karę. Ale ukarał ich Bóg i ich własne grzeszne życie. Pfefferkorna zabił dzierżawca z zazdrości o żonę, po czym powiesił się, doznawszy skruchy. Piotra z Bielawy zabił w szale własny brat, będący niespełna rozumu czarownik i cudzołożnik. Albrechta Barta zabili Żydzi z zawiści, bo był od nich bogatszy, kilku pojmano, wyznają prawdę na torturach. Kupca Throsta zabili rozbójnicy, lubił włóczyć się po nocach i doczekał się. Kupiec Neumarkt…
– Dosyć, dosyć – machnął ręką biskup. – Wstrzymajcie się, nie zanudzajcie naszego gościa. Mamy ważniejszy temat i do niego wróćmy. Znaczy, do tego, kto z praskich panów gotów jest współpracować i rokować.
– Wybaczcie szczerość – powiedział po chwili milczenia Czech – ale byłoby korzystniej, gdyby Śląsk reprezentował któryś z książąt. Wiem, ma się rozumieć, proporcją, ale mieliśmy w Pradze dość zgryzot i kłopotów przez radykałów i fanatyków, bardzo źle się u nas duchowni kojarzą…
– Nie znacie, mój panie, proporcji, plącząc katolickich duchownych z heretykami.
– Wielu mniema – ciągnął niewzruszenie Czech – że fanatyzm to fanatyzm, rzymski od taborskiego nie lepszy. Przeto…
– Jestem – uciął ostro biskup Konrad – na Śląsku namiestnikiem króla Zygmunta. Jestem Piastem królewskiej krwi. Wszyscy książęta śląscy, moi krewniacy, cała śląska szlachta, wszyscy uznali moje przewodnictwo, wybierając mnie landeshauptmanem. Dźwigam ten trudny obowiązek od dnia świętego Marka Anno Domini 1422. Dość długo, by o tym wiedziano. Nawet tam u was, w Czechach.
– Ależ wiemy, wiemy. Tym niemniej…
– Nie ma tym niemniej – uciął znowu biskup. – Na Śląsku rządzę ja. Chcecie rokować, to ze mną. Wóz albo przewóz.
Czech milczał długo.
– Lubicie, oj, lubicie wy to, wielebni – rzekł wreszcie. – Uwielbiacie rządzić, wtrącać się do polityki, wścibiać wszędy nosy i wtykać paluchy. Zaprawdę, będzie dla was straszliwym ciosem, gdy ktoś was wreszcie władzy pozbawi, odbierze wam ją, wydrze z zachłannych łap. Jak wy to przeżyjecie? Co? Wyobrażacie to sobie? Żadnej polityki! Dzionek cały, od jutrzni do komplety nic, tylko modlitwa, pokuta, nauczanie, miłosierna dobroczynność. Jak wam to pachnie? Księże biskupie?