Выбрать главу

– Powitać – zawołał z wysokości siodła Notker von Weyrach. – Spotkaliśmy się jednak. A to dopiero traf.

– Traf – powtórzył z podobną drwiną w głosie Buko von Rrossig, lekko napierając na demeryta koniem. – Tym iściej, że w miejscu całkiem innym, niż było umówione! Całkiem innym!

– Niesłownyś, panie Szarleju – dodał, unosząc hunds-gugel, Tassilo de Tresckow. – Nie dotrzymujesz umów. A to rzecz karygodna.

– I nie minęła go, widzę, kara – parsknął Kuno Wittram. – Na lagę świętego Grzegorza Cudotwórcy! Patrzcie jeno, jak mu ktosik uszów ponadgryzał!

– Trzeba się stąd zabierać – siwowłosy przerwał rozgrywającą się na oczach zdumionego Reynevana scenę. – Pościg się zbliża. Konni idą tropem!

– A nie mówiłem? – parsknął Buko von Krossig. – Że ich ratujemy, wyciągamy dupska z pętli? Dobra, jedźmy. Panie Huonie? Ten pościg…

– Nie jest byle jaki – siwowłosy przyjrzał się podniesionemu za koniec skrzydła nietoperzowi, potem przeniósł wzrok na Szarleja i Samsona. – Tak, nie byle kto tu nadchodzi… Poznałem, poznałem po swędzeniu palców… No, no… Ciekawi z was ludzie, ciekawi… Można rzec: pokaż mi, kto cię ściga, a powiem ci, kim jesteś. Inaczej: mój pościg świadczy o mnie.

– O, wa, pościg – zawołał, obracając konia, Paszko Rymbaba. – Wielki mi szysz! Niech tylko nadjadą, zadamy im bobu!

– Nie sądzę – odrzekł siwowłosy – by to było takie proste.

– Ani ja – Buko też przyglądał się nietoperzom. – Panie Huonie? Można prosić?

Nazwany Huonem siwowłosy nie odpowiedział, miast tego skinął swym koślawym kosturem. Z traw i paproci momentalnie jęła podnosić się mgła, biała i gęsta jak dym. W niebywale krótkim czasie las zniknął w niej zupełnie.

– Stary czarownik – zamruczał Notker Weyrach. – Ciarki przechodzą…

– Ale! – parsknął wesoło Paszko. – Mnie tam nic nie przechodzi.

– Dla ludzi, którzy nas ścigają – odważył się odezwać Reynevan – mgła może nie być przeszkodą. Nawet magiczna.

Siwowłosy odwrócił się. Popatrzył mu w oczy.

– Wiem – powiedział. – Wiem, panie znawco. Dlatego to jest nie na ludzi, lecz na konie. Czym prędzej tedy zabierajcie się stąd z waszymi. Gdyby zwęszyły wapor, oszaleją.

– W drogę, comitiva!

Rozdział dwudziesty trzeci

w którym sprawy nabierają obrotu tak kryminalnego, że gdyby kanonik Otto Beess to przewidział, bez żadnych ceregieli ostrzygłby Reynevana w mnichy i zamknął w cysterskiej klauzurze. A Reynevan zaczyna zastanawiać się, czy alternatywa ta nie byłaby dla niego zdrowsza.

Węglarzy i smolarzy z pobliskiej wsi, zmierzających o świtaniu w stronę swego miejsca pracy, zaalarmowały i zaniepokoiły dochodzące stamtąd odgłosy. Co tchórzliwsi wzięli z miejsca nogi za pas. Za nimi pospieszyli ci rozsądniejsi, słusznie rozumiejący, że dziś nici z roboty, węgla się nie wypali, smoły i dziegciu nie wydestyluje, mało tego, jeszcze po karku dostać można. Jedynie nieliczni najśmielsi odważyli podkraść się pod smolarnię na tyle blisko, by wyjrzawszy ostrożnie zza pni, dostrzec na polanie jakieś piętnaście koni i tyluż zbrojnych, z czego część w pełnej płycie. Węglarze zobaczyli, że rycerze gestykulują żywo, usłyszeli podniesione głosy, krzyki, przekleństwa. To ostatecznie przekonało węglarzy, że nic tu po nich, że trzeba uciekać, póki jeszcze można. Rycerze toczyli spór, kłócili się, niektórzy byli wręcz wściekli, a od takich rycerzy biedny chłop mógł spodziewać się samych najgorszych rzeczy, na biednym chłopie rycerze zwykli byli wybijać złość i odreagowywać nerwy. Ba, mógł włażący rozeźlonemu szlachetnie urodzonemu pod rękę chłop wziąć nie tylko pięścią w pysk, butem w rzyć czy nahajką po plecach – bywało, sięgnął w złości pan rycerz po miecz, buzdygan lub topór.

Węglarze uciekli. I zaalarmowali wieś. Podpalać wsie rozzłoszczonym rycerzom zdarzało się również.

Na polanie węglarzy toczył się ostry spór, wrzała kłótnia. Buko von Krossig wrzeszczał, aż płoszyły się trzymane przez giermków konie. Paszko Rymbaba gestykulował, Woldan z Osin pomstował, Kuno Wittram przyzywał na świadków świętych i święte. Szarlej zachowywał względny spokój. Notker von Weyrach i Tassilo de Tresckow usiłowali godzić zwaśnionych.

Białowłosy mag siedział opodal na pieńku i demonstrował lekceważenie.

Reynevan wiedział, czego dotyczyła waśń. Dowiedział się w drodze, gdy nocą cwałowali lasami, kluczyli po dąbrowach i bukowinach, wciąż oglądając się, czy aby nie wyłoni się z mroku pościg, nie pojawią się jeźdźcy w rozwianych płaszczach. Pościgu jednak nie było i dało się porozmawiać. Reynevan dowiedział się wówczas wszystkiego od Samsona Miodka. Dowiedział się i osłupiał, dowiedziawszy.

– Nie pojmuję… – rzekł, gdy ochłonął. – Nie pojmuję, jak mogliście zdecydować się na coś podobnego!

– Chcesz powiedzieć – Samson odwrócił się ku niemu – że gdyby chodziło o któregoś z nas, ty nie podjąłbyś prób ratunku? Nawet desperackich? Chcesz mi coś podobnego powiedzieć?

– Nie, nie chcę. Ale nie rozumiem, jak…

– Właśnie – uciął dość ostro, jak na niego, wielkolud. Próbuję ci wyjaśnić, jak. Ale wciąż przeszkadzasz mi wybuchami świętego oburzenia. Racz posłuchać. Dowiedzieliśmy się, że zawiozą cię na zamek Stolz, by tam niebawem zamordować. Czarny furgon poborcy podatków Szarlej wypatrzył już wcześniej. Gdy więc niespodzianie nawinął się Notker Weyrach ze swą comitivą, plan ułożył się sam.

– Pomoc w napadzie na kolektora. Współudział w grabieży w zamian za pomoc w uwolnieniu mnie?

– Jakbyś przy tym był. Taką właśnie zawarto umowę. A że o przedsięwzięciu zwiedział się, pewnie przez czyjąś gadatliwość, Buko Krossig, trzeba było włączyć i jego.

– No i teraz mamy.

– Mamy – zgodził się spokojnie Samson.

Mieli. Dyskusja na węglarskiej polanie robiła się coraz bardziej ostra, tak ostra, że niektórym dyskutantom słowa przestawały wystarczać. Dość widoczne było to zwłaszcza w przypadku Buka von Krossig. Raubritter podszedł do Szarleja i chwycił go oburącz za kubrak na piersi.

– Jeszcze raz… – wycharczał wściekle. – Jeszcze raz wymówisz słowo „nieaktualne”, a pożałujesz. Co ty mi tu opowiadasz, łazęgo? Myślisz może, hultaju, że nie mam lepszych zajęć, jak jeżdżenie po lasach? Straciłem czas w nadziei na łup. Nie mów mi, że nadaremno, bo mnie ręka świerzbi.

– Wolnego, Buko – odezwał się pojednawczo Notker von Weyrach. – Po co zaraz gwałty czynić. Dogadamy się może. A ty, panie Szarleju, nieładnie, pozwól sobie rzec, postąpiłeś. Była umowa, ze będziecie podatkowego poborcę śledzili od Ziębic, że dacie nam znać, którędy ów pojedzie, gdzie się zatrzyma. Czekaliśmy na was. Była wspólna impreza. A wy co?

– W Ziębicach – Szarlej wygładził odzienie – gdy prosiłem pomocy panów, gdy za tę pomoc płaciłem intratną informacją i ofertą, co usłyszałem? Że może panowie pomogą, jeśli im się, cytuję, chciało będzie, w uwolnieniu obecnego tu Reinmara Hagenau. Ale z łupu z napadu na poborcę nie dostanie mi się nawet złamany szeląg. Tak ma wyglądać, według panów, wspólna impreza?

– Szło wam o druha. Miał być wolny…

– I jest wolny. Sam się uwolnił, własnym przemysłem. Chyba więc jasne, że pomoc panów nie jest mi już potrzebna.

Weyrach rozłożył ręce. Tassilo de Tresckow zaklął, Woldan z Osin, Kuno Wittram i Paszko Rymbaba zaczęli wrzeszczeć jeden przez drugiego. Buko von Krossig uciszył ich gwałtownym gestem.