Выбрать главу

– O niego szło, tak? – spytał z zaciśniętymi zębami, wskazując Reynevana. – Jego mieliśmy ze Stolza wyrwać? Jemu skórę ocalić? A ninie, gdy on wolny, tośmy ci, panie Szarlej, niepotrzebni, tak? Umowa rozwiązana, słowo z wiatrem uleciało? Nadto śmiało, panie Szarlej, nadto chybko! Bo jeśli tobie, panie Szarlej, skóra przyjaciela tak droga, jeśli tak o jej całość stoisz, to wiedz, że ja mogę zaraz tę całość naruszyć! Nie pyskuj mi więc, że umowa rozwiązana, bo twój kompan bezpieczny. Albowiem tu, na tej polanie, w zasięgu mojej ręki, obydwu wam cholernie do bezpieczności daleko!

– Spokojnie – uniósł dłoń Weyrach. – Hamuj się, Buko. Ale ty, panie Szarleju, spuść z tonu. Twój druh już fortunnie uwolniony? Dobra twoja. Myśmy tobie, mówisz, niepotrzebni? Ty nam, wiedz, jeszcze mniej. Ruszaj stąd, jeśli taka twoja wola. Wcześniej za ratunek podziękowawszy. Bo i dnia nie ma, jakeśmy was ratowali, jakeśmy wasze dupska, jak ktoś mądrze zauważył, wyciągnęli z pętli. Bo gdyby was tamten nocny pościg doszedł, to na uszach pokąsanych by się pewno nie skończyło. Zapomniałeś już o tym? Ha, prawda, ty szybko zapominasz. Cóż, rzeknij nam jeszcze tylko na odchodnym, którędy poborca z wozem pojechał, którą drogą z rozdroża. I bywaj, czort z tobą.

– Za waszą nocną pomoc – Szarlej odchrząknął, skłonił się lekko, ale nie przed Bukiem i Weyrachem, lecz w kierunku siedzącego na pniu i przyglądającego się obojętnie siwowłosego maga. – Za waszą nocną pomoc dziękuję. Nie chcąc bynajmniej przypominać, że ledwo jakiś tydzień minął, jakeśmy to my pod Lutomią ratowali dupska panów Rymbaby i Wittrama. Tedy kwita jesteśmy.

A którędy pojechał kolektor, nie wiem, niestety. Zgubiliśmy ślad orszaku przedwczoraj po południu. A że krótko przed zmierzchem spotkaliśmy Reinmara, to nas kolektor interesować przestał.

– Trzymajcie mnie! – wrzasnął Buko von Krossig. – Trzymajcie mnie, kurwa, bo go zabiję! Bo mnie szlag trafi! Słyszeliście? On zgubił ślad! Jego kolektor interesować przestał! Jego, kurwa, przestało interesować tysiąc grzywien! Nasze tysiąc grzywien!

– Jaki tam tysiąc – palnął bez zastanowienia Reynevan. – Tam nie było tysiąca. Tam było… tylko… pięćset…

Szybko, bardzo szybko pojął bezmiar głupstwa, jakie popełnił.

Buko von Krossig dobył miecza ruchem tak szybkim, że zgrzyt klingi w pochwie, zdało się, brzmiał jeszcze, jeszcze wisiał w powietrzu, gdy ostrze dotykało już Reynevanowego gardła. Szarlej zdołał zrobić tylko pół kroku, nim napotkał piersią równie szybko dobyte klingi Weyracha i de Tresckowa. Brzeszczoty pozostałych zaszachowały i zatrzymały Samsona. Znikły, jak zdmuchnięte wiatrem, wszelkie pozory rubasznej życzliwości. Złe, zmrużone, okrutne oczy raubritterów nie pozwalały wątpić, że z broni zrobią użytek. I że uczynią to bez najmniejszych skrupułów.

Siedzący na pniu siwowłosy mag westchnął i pokręcił głową. Minę miał jednak obojętną.

– Hubercik – rzekł powoli Buko von Krossig do jednego z giermków. – Weź rzemień, zrób stryk i zarzuć na tamten konar. Ani drgnij, Hagenau.

– Ani drgnij, Szarlej – powtórzył jak echo de Tresckow. Miecze pozostałych wparły się mocniej w pierś i szyję Samsona.

– A więc – Buko, nie odejmując sztychu od gardła Reynevana, przybliżył się, zajrzał mu w oczy. – A więc na wozie kolektora jest nie tysiąc, lecz pięćset grzywien. Ty to wiesz. A zatem wiesz i to, którędy wóz pojechał. Masz, chłopcze, wybór prosty: albo to wiesz, albo wisisz.

Raubritterzy spieszyli się, narzucali ostre tempo. Nie żałowali koni. Jeśli tylko teren pozwalał, podrywali je do galopu, gnali ile sił.

Weyrach i Rymbaba, pokazało się, znali okolicę, prowadzili na skróty.

Musieli zwolnić, gdy skrót wypadł poprzez silnie podmokły mszar w dolinie rzeczki Budzówki, lewego dopływu Nysy Kłodzkiej. Dopiero wtedy Szarlej, Samson i Reynevan znaleźli sposobność do krótkiej rozmowy.

– Nie róbcie żadnych głupstw – ostrzegł cicho Szarlej. – I nie próbujcie uciekać. Ci dwaj za nami mają kusze i nie spuszczają z nas oka. Lepiej posłusznie jechać z nimi…

– I wziąć – dokończył z przekąsem Reynevan – udział w bandyckim napadzie? Zaprawdę, Szarleju, daleko zawiodła mnie znajomość z tobą. Zostałem rozbójnikiem.

– Przypominam – wtrącił Samson – że zrobiliśmy to dla ciebie. By uratować ci życie.

– Kanonik Beess – dodał Szarlej – nakazał mi cię strzec i chronić…

– I uczynić wyjętym spod prawa?

– To dzięki tobie – odrzekł ostro demeryt – jedziemy na Ściborową Porębę, to ty wydałeś Krossigowi miejsce popasu poborcy. Szybko wydałeś, nawet nie musiał długo tobą potrząsać. Trzeba było twardziej się trzymać, mężnie milczeć. Byłbyś teraz uczciwym wisielcem o czystym sumieniu. Zda mi się, że lepiej byś się czuł w tej roli.

– Przestępstwo jest zawsze…

Szarlej żachnął się, machnął ręką, popędził konia.

Z mszaru unosiła się mgła. Bagno uginało się, mlaskało pod kopytami. Kumkały żaby, trąbiły bąki, pogęgiwały dzikie gęsi. Niespokojnie odzywały się i z chlupotem podrywały do lotu kaczki i kaczory. Coś wielkiego, zapewne łoś, łamało w ostępie.

– To, co Szarlej zrobił – rzekł Szamson – zrobił dla ciebie. Krzywdzisz go swym zachowaniem.

– Przestępstwo… – odchrząknął Reynevan – jest zawsze przestępstwem. Nic go nie usprawiedliwia.

– Doprawdy?

– Nic. Nie można…

– Wiesz, co, Reynevan? – Samson Miodek po raz pierwszy objawił coś na kształt zniecierpliwienia. – Graj ty w szachy. Tam będziesz miał wszystko wedle gustu. Tu czarne, tam białe, a pola wszystkie kwadratowe.

– Skąd wieść, że na Stolzu miałem być zamordowany? Kto wam to wyjawił?

– Zdziwisz się. Młoda kobieta, zamaskowana, szczelnie owinięta w płaszcz. Przyszła do nas w nocy, do gospody. W eskorcie uzbrojonych pachołków. Zdziwiłeś się?

– Nie.

Samson nie wypytywał.

Na Ściborowej Porębie nie było nikogo, ni żywego ducha. Było to widoczne wyraźnie i z daleka. Raubritterzy od razu zrezygnowali więc z planowanego skrytego podejścia, wpadli na polanę z marszu, galopem, z łomotem, tupotem i wrzaskiem. Który spłoszył jedynie gawrony, ucztujące obok obłożonego kamieniami paleniska.

Oddział rozjechał się, myszkując wśród szałasów. Buko von Krossig obrócił się w siodle i wpił w Reynevana groźny wzrok.

– Ostaw – uprzedził Notker von Weyrach. – On nie kłamał. Widać, że ktoś tu popasał.

– Był tu wóz – podjechał Tassilo de Tresckow. – Ot, ślady kół.

– Murawa zryta podkowami – zameldował Paszko Rymbaba. – Siła koni była!

– Popiół w ognisku ciepły jeszcze – doniósł Hubercik, giermek Buka, na przekór zdrobnieniu chłop silnie już w leciech. – Wokół baranie kości i kęski rzepy.

– Spóźnilim się – podsumował ponuro Woldan z Osin. – Kolektor tu popasał. I pojechał. Przybylim za późno.

– Oczywista – warknął von Krossig – jeśli młodzik nas nie ołgał. Bo on mi się nie podoba, ten Hagenau. Hę? Kto was w nocy ścigał? Kto gacki na was poszczuł? Kto…

– Ostaw, Buko – przerwał znowu von Weyrach. – Tematu nie trzymasz się. Dalej, comitiva, objedźcie polanę, śladów szukajcie. Trza wiedzieć, co dalej czynić.

Raubritterzy rozjechali się ponownie, część pozsiadała z koni i rozlazła po szałasach. Do poszukiwaczy, ku lekkiemu zdziwieniu Reynevana, dołączył Szarlej. Białowłosy mag natomiast, nie zwracając uwagi na rejwach, rozłożył kożuch, rozsiadł się na nim, dobył z juków chleb, wiór suszonego mięsa i bukłaczek.

– Pan, panie Huonie – zmarszczył się Buko – nie uzna za celowe pomóc w poszukiwaniach?